Jan Stanisław Smalewski – Z kart historii nieznanej (17)

0
386

Jan Stanisław Smalewski


Z kart historii nieznanej (17)

Sanitariuszka „Aldona” oczami swojego dowódcy „Maksa”

 

W południe 31 stycznia 1944 roku zmotoryzowana kolumna Niemców niespodziewanie podjechała pod wieś, w której kwaterowała 5. Brygada AK. Jej dowódca „Łupaszka” nie dał się zaskoczyć, szybko podejmując trafne decyzje. Wydane rozkazy do obrony, a jednocześnie podjęcie ataku — poprzez udane częścią sił obejście Niemców usiłujących otoczyć wioskę — zade­cydowały o powodzeniu walki.

Niemcy zaatakowali bez rozpoznania terenu i ubezpieczenia swoich pododdziałów, najwyraźniej nie spodziewając się na swej drodze tak du­żych sił polskiej partyzantki. W Worzianach znajdowało się około 160 ich ludzi. Rozproszone w tyralierę atakujące pododdziały niemieckie, znalazłszy się na odsłoniętej przestrzeni pomiędzy wsią i lasem, dostały się w podwójny ogień polskiej partyzantki.

W bitwie pod Worzianami AK-owcy stracili 19 ludzi, straty Niemców przekroczyły setkę. To była ciężka bitwa, krew lała się z obu stron. “Maks” widział, jak na jego oczach padł Rybański. Jak w pościgu za wymykającymi się z okrążenia Niemcami, kulą z pepeszy trafiony został kawalerzysta „Lech”. Widział, jak ginął dowódca konnego oddziału Roman Bamburski. Widział też, jak trafiony został w biegu, niemiecką kulą z cmentarza, Tomaszewski ze Święcian „Sokół”.

On na bitwę patrzył oczami dowódcy. Dowódcy plutonu odpowie­dzialnego za swoich ludzi, ale odpowiedzialnego również za los całej Brygady, za współpracę z kolegami — dowódcami pozostałych plutonów, odpowiedzialnego za los jego dowódcy — „Łupaszki”, za wszystko, co z nim i z nimi się stanie.

Własne bezpieczeństwo było tylko sumą: szczęśliwego zbiegu okoliczności, refleksu i dobrej orientacji w te­renie. Najwięcej uwagi należało poświęcić rozwojowi akcji, zachowaniu się przeciwnika i swoich ludzi. Od umiejętności ich oceny, słuszności wy­dawanych komend i rozkazów, zależało wszystko: porażka lub zwycię­stwo, życie lub śmierć.

Pod Worzianami doświadczenie i zdolności przywódcze partyzanckich dowódców wzięły górę nad przeciwnikiem. Nie bez znaczenia były jednak: wola walki i hart ducha partyzantów. Ich chłopcy walczyli z najwyższym poświęceniem. Szli w piekło. Zajadłość i nienawiść do wroga uskrzydlały ich, dawały im przewagę.

Dowodząc nimi „Maks” zawsze wiedział, na co mo­że liczyć, na ile ich stać. Przewidywał, jak ten i ów partyzant zachowa się w okre­ślonych warunkach pola walki. Może to dziwne, ale obserwując ich w ak­cji, często miał przed oczami pierwszy kontakt z każdym z nich. Dokładnie pamiętał, jak się zachowywali, co wtedy mówili. A wielu z nich przyjęcie do partyzantki traktowało jak największą świętość. Z radością i łzami w oczach. Motywacja była zawsze jedna: „Chcę walczyć za wolną Polskę”.

Ich młodzieńczy zapał, ich patriotyzm były autentyczne, praw­dziwe, nie porównywalne z niczym. “Maks” jako dowódca zawsze starał się to docenić. Po walce chwalił ich za męstwo, za oddanie. Niczym przysło­wiowy ojciec rozdawał przyjazne gesty i uśmiechy, ściskał ich dło­nie.

Inaczej na obraz walki patrzyła Aldona. Oczy sanitariuszki widziały — jak wielokroć mu opowiadała — przede wszystkim krew. Zapamiętane przez nią obrazy zawsze oscylowały pomiędzy życiem i śmiercią. Najbliższym, najpełniejszym był zawsze obraz rannego żołnierza.

Pod Worzianami były z nimi cztery sanitariuszki. „Lała”, która znajdowała się przy „Łupaszce”, „Myszka”, „Bronka” i „Aldona”.

Cztery sanitariuszki. Niemcy, którzy nie mieli wówczas żadnej pomo­cy medycznej i którzy dobijali swoich rannych, powiedzieliby, że aż czte­ry. Polacy, biorąc pod uwagę ogrom zadań, jakie przychodziło im w takich sy­tuacjach wykonać, mogli mówić, że tylko cztery.

Sanitariuszka na polu walki zastępowała lekarza. Często była ostatnim człowiekiem niosącym pomoc i ostatnią nadzieją dla rannego żołnierza.

Postać sanitariuszki „Aldony” pod Worzianami utkwiła „Maksowi” w pamięci szczególnie w dwóch obrazach. W pierwszym, kiedy zobaczył ją, gdy dobijali niemieckie gniazdo oporu rozlokowane na cmentarzu, po­między sosnowym laskiem i wsią. Siostra „Aldona” z podwiniętymi ręka­wami bluzy, z rękami w krwi, pochylała się nad ciężko rannym partyzantem „Czarnym”. Widział wówczas, jak owi­niętymi w bandaże dłońmi, usiłuje w jego rozprutej jamie brzusznej scho­wać wnętrzności.

„Czarny” był przytomny. Słyszał jak ją prosił: Aldonko, powiedz im, niech w końcu przestaną strzelać.

Parę minut później utkwiła mu w obrazie na tle płonącej szopy. Z sylwetki po­chylonej nad rannym partyzantem zwisał, na lekko obluzowanym pasie, pi­stolet. Widział też tkwiący za pasem granat.

Pas celowo był poluzowany, żeby w razie potrzeby bez trudu mogła chwycić za broń. Granat był na wszelki wypadek — gdyby siostra znala­zła się w sytuacji bez wyjścia. Ten pistolet wyjątkowo nie przystawał do tej drobnej kobiecej sylwetki. A przecież obok niego była jeszcze torba medyczna. Ciężka, ważąca ponad 10 kilogramów torba, w której zgroma­dzone było wszystko, co niezbędne do ratowania życia rannych żołnierzy.

„Aldona” opatrywała „Budzika”. Kula trafiła go w podbródek i przeszła przez całą jamę ustną, wychodząc bokiem, koło ucha. „Budzik” był przytomny. Leżąc na wznak na ziemi, dawał rozpaczliwe znaki wołania o pomoc.

To niesamowite ile bohaterstwa, samozaparcia i woli niesienia pomocy innym, jest w tej kobiecie. Ile jest w niej odwagi — podziwiał ją „Maks”. Gdy pochylała się nad rannym, niemal całą jej uwagę przykuwała jego tragedia. Pochłoniętemu tym, co działo się na polu bitwy, przez moment udało mu się jednak zaobserwować twarz rannego „Budzika”. Dostrzegł, z jakim spokojem znosił on ból, gdy opatrywała go „Aldona”. Jak jego siną twarz koiło dotknięcie jej dłoni, trzymających bandaż.

Tak, wokół „Aldony” gwizdały kule. I zdawało się cudem, iż żadna z nich jej nie dosięga. Cudem, że siostra „Aldona” porusza się między ni­mi, jakby wszystkie one znały ją i omijały na pamięć. Albo, jakby latały ko­ło niej tylko po to, żeby ją pozdrowić: — Cześć, cześć, czeeeść…

Żołnierze jednak świst ten odbierali jednoznacznie: Śmierć, śmierć…

 

A jak to opisał ich przyjaciel z Komendy Okręgu w Wilnie, poeta-żołnierz major Stefan Świechowski, pseudonim „Sulima”?

 

„W sławnej Brygadzie „Łupaszki” sławną też była „Aldona”.

Gdy się nad rannym schylała, śmiał się, choć wiedział, że kona.

Taka z niej biła otucha i takie oddanie się sprawie,

że wzrok przygasły w niej topiąc, bólu on nie czuł już wcale.

 

Zdawało mu się, że Polska bierze go w swoje ramiona,

gdy spowijała w bandaże pierś jego, siostra „Aldona”.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko