Beata Golacik – Dzieci z Babel

0
72

Beata Golacik


Dzieci z Babel

 

Tato, co to? – Czarne jagody. – A dlaczego są czerwone? – Bo są jeszcze zielone.” Język – według definicji słownikowych ukształtowany społecznie system budowania wypowiedzi, używany w procesie komunikacji międzyludzkiej, składający się ze zbioru znaków oraz reguł ich tworzenia i łączenia. Obecnie, jak donosi Wikipedia, liczba używanych języków mieści się w przedziale od 6 do 7 tysięcy. Rozbieżność szacunkowa wynika, jak to najczęściej bywa, z trudności w ustaleniu jednoznacznej klasyfikacji oraz określeniu, co jest odrębnym językiem, a co dialektem. Jednakże różnica tysiąca – dla mnie, jak i dla wielu chyba – nie ma dużego znaczenia wobec i tak już imponującej mnogości.A zważywszy na fakt, iż zdecydowana większość języków świata nie ma swojej formy pisanej, można poczuć się kimś naprawdę wyjątkowym, należącym do niemal elitarnej grupy gaduł piśmiennych i „farciarzy”, którym dana jest możliwość dzielenia się myślą nawet w nie swoim czasie i nie swojej przestrzeni. Ale oto, niebezpiecznie zbliżywszy się do pojęcia czasoprzestrzeni, wypada mi jedynie pokłonić się ogólnej teorii względności, z której pojmuję niewiele, prócz spektakularnej wizji Wielkiego Wybuchu, potwierdzonej zjawiskiem rozszerzania się wszechświata i kosmicznym promieniowaniem tła. Dlatego wycofuję się, czym prędzej, w cień wielkiej góry Alberta Einsteina, aby tam natknąć się na to żarliwe, żarłoczne wręcz wyznanie uczonego: ”Chcę wiedzieć, jak Bóg stworzył ten świat. Nie interesuje mnie to czy inne zjawisko. Chcę znać Jego myśli, reszta to szczegóły.” No, i jak tu nie kochać Einsteina?

 

„Stworzenie świata było swoistym aktem lingwistycznym – Bóg stwarzał świat, mówiąc. Dając człowiekowi dar mówienia, postawił go ponad innymi istotami. Język pozwala nam wychodzić do drugiego. Język to narzędzie do czynienia dobra”. Takim mottem opatrzona jest rozmowa Piotra Żaka z Sachą Pecaricem – filologiem, rabinem, filozofem i talmudystą, kierującym pracami nad pierwszym po wojnie tłumaczeniem Tory na język polski. (Wywiad ukazał się w dodatku tematycznym pisma psychologicznego „Charaktery”, zatytułowanym Słowa. Nr 3/2012)
W rozmowie tej, rabin Pecaric podkreślał, że w ujęciu Tory (pierwszych pięciu ksiąg Starego Testamentu), język w swojej istocie skrywa coś szczególnego – głęboko etycznego. I w rzeczy samej tak jest. Tyle że Księga Rodzaju, z jej „barwnymi” opisami stworzenia świata i człowieka, bywa odczytywana dość powierzchownie. Lubujemy się w przywoływaniu obrazów raju, lepienia człowieka z gliny, opowieści o jabłku, grzechu, winie przebrzydłej Ewy, cwaniactwie Adama-niewiniątka, itp. To są motywy nośne literacko, ale jakże często, biblijne wypowiedzi na temat początku świata sprowadzamy do poziomu bajeczki o tym, kto stworzył mrugające gwiazdki.
A szkoda. Wielka szkoda. To ogromne marnotrawstwo potencjału refleksyjnego tych starożytnych tekstów. Dla wierzących, zwłaszcza ukształtowanych przez kulturę judeochrześcijańską, wyjątkowość Biblii wyraża się w przekonaniu, że jest ona objawieniem Boga, śladem Jego ingerencji w historię człowieka. Dla niewierzących, Księgi te pozostają nadal poważnym wyzwaniem intelektualnym, okazją do wiwisekcji człowieczeństwa. Szkoda ich na zwykłą przebieżkę lekturową.

 

„Tato, co to? Skąd to? HmmKto wie? Może właśnie takie proste pytania dziecka (pierwszego Einsteina), przed tysiącami lat wyrwały z duszy jego ojca pieśń pochwalną – hymn na cześć Boga Stwórcy, jaki czytamy dziś w pierwszej księdze biblijnej. „ Wtedy Bóg rzekł… I stała się światłość… I nazwał Bóg światłość dniem…”

(Rdz 1,3nn). Autor natchniony powtarza ten refren siedem razy, zgodnie z zamysłem redaktorskim, aby z utrwalonego już kulturowo cyklu tygodnia wydobyć głębszy sens. W Biblii siódemka jest liczbą bardzo bogatą znaczeniowo. Symbolizuje przede wszystkim pełnię, doskonałość w wymiarze Boskim. Doskonały Bóg stwarza świat według doskonałego planu. Nie jednym, czarodziejskim „pstryk” i gotowe. Tworzy dzieło w zamierzeniu nieukończone, wpisując w nie ogromny potencjał rozwojowy: prawa ewolucji, fizyki, chemii, matematyki, ekonomii, prawa moralne… Ale nade wszystko Bóg stwarza świat poprzez Słowo. W języku polskim nie ma właściwego, pojedynczego odpowiednika hebrajskiego słowa bara. Tłumaczy się je czasownikiem stworzył, ale to nie wyraża jego pełni znaczeniowej. Kiedy bara używane jest w Biblii w stosunku do Boga, to oznacza Jego działanie niepojęte dla człowieka, przekraczające ludzkie wyobrażenia. Bara jest powoływaniem do istnienia z niczego, wywodzeniem z nicości samym tylko aktem woli, a ponadto „czynnością”, która nie wymaga trudu – działaniem bez wysiłku. W takim sensie tylko Bóg może być podmiotem tego działania. Jakaż w tej wypowiedzi siła! I jaka lekcja pokory dla człowieka, który wedle tych kryteriów nigdy nie będzie, nie może być stwórcą. Działalność ludzka jest jedynie przetwarzaniem, czerpaniem z tego, co już jest, przekształcaniem albo twórczością, dla której język hebrajski używa określenia asa („czynić”, „robić”) nigdy zaś potężnego bara. Biblia w sposób absolutnie wyjątkowy objawia porządek świata. Przy każdej okazji – na płaszczyźnie fabuły, obrazów, ale również samej struktury języka – przypomina o dwóch rzeczywistościach dla niej najbliższych i umiłowanych. Jedną jest Bóg, a drugą wszystko, co poza Nim – cały stworzony świat. Biblia nigdy tych rzeczywistości nie myli i nie miesza. I w tym także kryje się wielka mądrość tej Księgi. „Na początku było Słowo,/ a Słowo było u Boga,/ i Bogiem było Słowo.” (J 1,1) Pierwszy wers prologu Ewangelii św. Jana, zapowiadającego wcielenie odwiecznego Słowa (greckiego Logosu), odwołuje się również do prawdy zapisanej już w pierwszych księgach Biblii, prawdy o Bogu, który przemówił, dając początek stworzeniu. Jaką genialną intuicją wykazali się autorzy biblijni, wychodząc poza powszechne u ludów starożytnego Wschodu wyobrażenia o świecie przyrody i wywodząc typowe dla nich myślenie magiczne na filozoficzną głębię! I znów język Księgi odegrał tu niebagatelną rolę. Biblia przesycona jest potęgą słowa. Hebrajski termin dabar (dawar) oznacza zarazem „słowo” i „rzecz”. Dabar Jahwe – Słowo Boga ma więc charakter wyjątkowy – sprawczy. Nie jest ono tylko wypowiedzianą myślą, lecz rzeczywistością. Urzeczywistnia to, co wypowiada. Nie jest dźwiękiem, brzmieniem. I nie jest wyłącznie nauką skierowaną do ludzi, ale jest życiem, jest zasadą istnienia. Jest rzeczywistością dynamiczną, mocą, która dokonuje dzieł zamierzonych przez Boga nieomylnie i nieodwołalnie. Zupełnie przeciwnie do słowa ludzkiego, które okazuje się w gruncie rzeczy jałowe i niepłodne. Gdy Bóg mówi, to się staje. Gdy Bóg nazywa, to tym samym ujawnia najgłębszy sens, istotę tego, co nazwane. To jest wiedza absolutna, władza absolutna i wszechmoc. Człowiek natomiast jest tylko stworzeniem. I jeśli kiedykolwiek o tym zapomnicie, sięgnijcie po Biblię. Ale w opowiadaniu Księgi Rodzaju dzieje się też inna, niezwykła rzecz. Bóg w pewnym momencie niejako „deleguje swoje kompetencje”, wynosi człowieka do niebywałej godności, udziela mu daru poznania i daje władzę nazywania rzeczy po imieniu. Bóg robi miejsce dla człowieka. Wycofuje się, by ten mógł myśleć i działać samodzielnie. Ulepiwszy z gleby wszelkie zwierzęta lądowe i wszelkie ptaki podniebne, Pan Bóg przyprowadził je do mężczyzny, aby przekonać się, jak on je nazwie… „ (Rdz 2, 19) Oto fenomen! Wydarzenie jedyne w swoim rodzaju, przy którym bledną wszelkie towarzyszące mu, naiwne antropomorfizacje Boga i mitologiczne fantazje na Jego temat. Oto Bóg wybiera jedno ze stworzeń, jeden gatunek – rodzaj ludzki i „zapisuje” w nim swój obraz. Czyni go podmiotem działania, a nie wyłącznie przedmiotem w „ręku” natury. Daje mu wolność. Człowiek okazuje się być nie tylko jedną z wielu istot żywych, ale osobą – istotą autonomiczną, nie tylko czującą, ale też świadomą. Zdolną do myślenia i mówienia, a co za tym idzie, nawiązania relacji z innymi osobami. Czyżby Bóg stworzył sobie partnera do dialogu? Biblia nie ma co do tego wątpliwości. Jest zapisem dialogu Stwórcy ze stworzeniem. Słuchaj, Izraelu – Szema Jisrael. Ilekroć to słyszę w oryginalnym, hebrajskim brzmieniu, przechodzą mnie dreszcze.

 

Homo sapiens loquentibus – człowiek rozumny mówiący. Boży pomysł na cywilizację. Przedsięwzięcie ryzykowne, lecz arcyciekawe. Jakich wyda Leonardów, Einsteinów, Hemingwayów? Jakich innych, mniejszych czy większych „pyskaczy”? Bo że będą pyskować, Biblia i w tej kwestii zdaje się nie mieć złudzeń. Wolni są. Wolno im. Tyle tylko, że nie zawsze przewidują skutki. Mieszkańcy całej ziemi mieli jedną mowę, czyli jednakowe słowa. A gdy wędrowali ze wschodu, napotkali równinę w kraju Szinear i tam zamieszkali. I mówili jeden do drugiego: (…) «Chodźcie, zbudujemy sobie miasto i wieżę, której wierzchołek będzie sięgał nieba, i w ten sposób zdobędziemy sobie imię, abyśmy się nie rozproszyli po całej ziemi».”
(Rdz 11,1-4). Biblijne opowiadanie o wieży Babel czytane bywa często jak thriller psychologiczny z Bogiem – zazdrosnym despotą w roli głównej, który w finale miesza języki mieszkańcom całej ziemi, pyszałkowatym „budowlańcom”, aby już nigdy nie mogli się porozumieć. No, można i tak – z zacięciem sensacyjnym. Ale przyglądając się nieco baczniej temu tekstowi zauważamy, że jest to typowe opowiadanie etiologiczne, jakich wiele, zwłaszcza w Pięcioksięgu Mojżesza (Torze). Czyli próba mitycznego wyjaśnienia przyczyn jakichś zdarzeń czy zjawisk, których myśl religijna nie potrafiła zrozumieć i wytłumaczyć. Tu, dotycząca faktu istnienia na świecie wielkiej liczby różnych języków. Jednak wczytując się w wymowę tej biblijnej etiologii, możemy odnaleźć w niej głęboki morał. Chodzi o podważenie ludzkiej omnipotencji, złudnego przekonania, że człowiek może wszystko. Ale nie tylko. Rewelacyjną interpretację opowiadania o budowniczych wieży Babel podaje Sacha Pecaric we wspomnianym wyżej wywiadzie. „Dążyli do tego, aby stworzyć na Ziemi jedną społeczność, w której wszyscy mówią tym samym językiem, używają tych samych pojęć, tak samo myślą. A przecież wspólnota na Ziemi ma się tworzyć w inny sposób, ma powstawać pomimo różnych języków, sposobów myślenia, kultur. Myślenie budowniczych wieży Babel skażone było niebezpieczną demagogią. Z tym samym grzechem mieliśmy zresztą do czynienia wiele razy w kulturze i historii. Wystarczy wspomnieć choćby czasy propagandy hitlerowskiej czy komunistycznej albo sięgnąć do takich dzieł, jak „Rok 1984” George’a Orwella czy „Zniewolony umysł” Czesława Miłosza.”

 

Otóż to. Czego jeszcze dowiemy się o sobie czytając Biblię? My, myślący, władający swoimi i obcymi językami. Zmagający się w trudzie i znoju z „materią” słowa – naszą Adamową ziemią uprawną, ojcowizną mowy. My, szepczący pod nosem albo do cudzego ucha. Niestrudzeni narratorzy własnych historii, sprawozdawcy, bajarze, prorocy… walczący słowem, na słowa i na sławę słowa… szafarze prawd niezbędnych do wypowiedzenia, tematów niezbędnie do omówienia, skażeni demagogią zaklinacze rzeczywistości, dyskutanci… Piszący na kartkach, tablicach, murach, monitorach…Próbujący wciąż na nowo nazywać rzeczy po imieniu, drążący z uporem skałę jakiegoś koniecznego, upragnionego sensu kroplami naszych pytań. My, plemię rozgadane. Co z nami będzie, kiedy przyjdzie nam znów zamilknąć w proch? Pozostaje ufność w moc Bożego Dabar albo tylko moc nagrobnego Non omnis moriar albo zupełne nic.

 

—————————–

Cytaty biblijne według Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu. Biblia Tysiąclecia. Wyd. 5. Wydawnictwo Pallottinum. Poznań 2003.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko