Marek Doskocz rozmawiał z Andrzejem Lipińskim

0
134

Marek Doskocz rozmawiał z Andrzejem Lipińskim

 

Marek Doskocz: Co było impulsem do napisania książki „Kalinka”? Książki trudnej, mówiącej o tematach granicznych, książki dla Pana tak osobistej?


Andrzej Lipiński
: Pierwszym, najgłębszym i na samym początku chyba jeszcze nie końca uświadomionym impulsem była oczywiście potrzeba przerobienia choroby i śmierci mojego dziecka, poradzenia sobie z traumą, która była wynikiem sześciu lat godzenia się z czymś, co podświadomie odrzucałem, z czym wtedy jeszcze nie potarfiłem się pogodzić. Jeżeli istniał też jakiś rodzaj impulsu na powierzchni świadomości, to była to, być może, chęć opowiedzenia w normalny sposób o „nienormalnym”, ułomnym życiu.


M.D: Jak zareagowała Pana żona na wieść, iż zamierza Pan napisać książkę o Waszej zmarłej córce?


A.L:
Moja żona była tym kmiś, kto uruchomił we mnie impuls do napisania książki. To właśnie ona po przeczytaniu moich pierwszych zapisków zmotywowała mnie do dalszego pisania i przedstawienia tekstu wydawnictwom. Potem, gdy już wiedziałem, że książka zostanie wydana, moja żona wspierała mnie dzień w dzień w odtwarzaniu tych sześciu trudnych lat , bez niej nie poradziłbym sobie ani z przeniesieniem się do tamtych chwil, ani z przelaniem ich na papier. Domyślam się, że dla niej intensywny kontakt z moim pisaniem był także pewną formą przerabiania własnej traumy.


M.D: Z czasem wspomnienia blakną, czy miał Pan w trakcie pisania żywy obraz tamtych wydarzeń, dzień po dniu?


A.L:
Myślę, że zawsze nosimy w sobie selektywny obraz przeszłości i podświadomie ją wybielamy. Ale być może w odniesieniu do przeżyć szczególnie trudnych to wybielanie nie jest tak intesywne, a czasem wręcz niemożliwe, ponieważ wiele z tych chwil „pamiętamy” ciałem, a pmięć ciała jest niezawodna, zasadniczo trudno ją wymazać. Luki w pamięci klasycznej wypełniały się same w trakcie pisania, a przede wszystkim podczas wspomnień i rozmów z żoną na temat szczegółów tamtych wydarzeń. Obraz przeszłości jest w moim odczuciu na tyle żywy, na ile uruchamia w nas ten emocjonalny rodzaj pamięci. Wracanie we wspomnieniach do czasu, w którym każda minuta była pytaniem o przeżycie własnego dziecka, siłą rzeczy wyzwala emocje tamtych chwil i sprawia, że stają się one na powrót wyjątkowo żywe.    


M.D: Samo pisanie ile Panu zajęło? Domyślam się, iż nie była to prosta rzecz – uruchomione wspomnienia? Można to też potraktować, jako rodzaj pogodzenia się z przeszłością?


A.L:
Samo pisanie zajęło mi około sześciu miesięcy. Było ono trudne jako proces ponownego wewnętrznego przeżywania tamtego koszmaru, ale jednocześnie „łatwe” w sensie zamknięcia się w innym mentalnym świecie, w którym nie istnieje nic oprócz pisania i konfrontacji z czymś, co trzeba rozwiązać, nie ma możliwości przerwania tego, odłożenia na później, albo wręcz wycofania się. Takie pisanie, albo pisanie w ogóle, jest moim zdaniem zawsze próbą pogodzenia się z przeszłością, z tym, co było w niej trudne, z czym musieliśmy żyć i radzić sobie wbrew własnej woli, czego w wyniku szoku lub braku sił nie potrafiliśmy przerabiać na bieżąco.


M.D: Spełniła ta książka swoją rolę, czuje się Pan pogodzony z przeszłością na tyle, na ile to możliwe?


A.L:
Na tyle, na ile to możliwe – tak. Nie wiem tylko, czy to, co dzisiaj jest możliwe, jutro także wystarczy do podtrzymania świadomości, że życie musi toczyć się dalej, a wszystko, co nas spotyka, jest nic nie znaczącym kaprysem losu. Czasem znajdziemy na drodze jakiś skarb i wierzymy wtedy, że jesteśmy wybrańcami losu, kiedy indziej spali nam się dom albo umrze ktoś bliski i cierpimy, myśląc, że los uwziął się właśnie na nas. Dzisiaj pogodzenie się z przeszłością oznacza dla mnie nieinterpretowanie tego, co nas spotkało, bez względu na to, czy jest to wielka wygrana, czy śmierć dziecka. Nie twierdzę, że już to potrafię, ale zawsze gdy to się udaje, czuję, że życie jest czymś pięknym i warto dbać o nie niezależnie od tego, co myśleliśmy w chwilach, kiedy wydawało się szare i pozbawione przyszłości.


M.D: Rdzeniowy zanik mięśni to rzadka choroba. Mieliście kontakt z innymi rodzinami, których dzieci cierpiały na tą samą chorobę?


A.L:
Z perspektywy człowieka zdrowego, który o tej czy podobnej chorobie dotąd nie słyszał, wydaje się ona rzeczywiście czymś rzadkim. W moim odczuciu jest to choroba występująca jednak zbyt często, uważałbym tak naturalnie nawet wtedy, gdyby zdarzyła się tylko jeden jedyny raz. Niestety w naszych szerokościach geograficznych jej nosicielem jest podobno średnio co 50 człowiek, więc prawdopodobieństwo jej wystąpienia nie jest wcale takie małe. Spotykaliśmy oczywiście również inne rodziny z dziećmi chorymi na SMA, chociaż nie szukaliśmy chyba tego kontaktu szczególnie intensywnie. Konfrontacja z przypadkami podobnymi do naszego przypominała o tym, jak jest naprawdę, pozwalała niejako z boku przyglądać się własnemu życiu, jego prawdziwemu obrazowi, o którym na codzień zapominaliśmy albo wypieraliśmy go. My staraliśmy się żyć w miarę normalnie, nie przejmowaliśmy się zanadto szczegółami choroby, a rodzice tych chorych dzieci, które poznaliśmy, zazwyczaj wyjątkowo intensywnie koncentrowali się na samej chorobie i medycznych „drobiazgach”, a to nie ułatwiało dbania o normalność naszego własnego życia.


M.D: Dużo rodzin poznaliście z żoną, które również miały dzieci chore na SMA?


A.L:
Poznaliśmy kilka takich rodzin osobiście, o kilku słyszeliśmy jedynie z mediów, internetu czy od znajomych. Tak jak wpomniałem już wcześniej, podświadomie unikaliśmy chyba częstszych kontaktów z sytuacjami, które byłyby lustrem naszego życia, tym bardziej, że większość ludzi w podobnym położeniu poddaje się zupełnie wymogom różnych przepisów i procedur medycznych, moim zdaniem utrudniających niepotrzebnie i tak już nieznośnie trudne życie z chorobą. Dzisiaj trochę żałuję, że mieliśmy tak mało kontaktu z ludźmi mającymi podobne problemy. Po śmierci Kalinki byliśmy w grupie „osieroconych” rodziców, w której pomimo wszystkich dzielących nas różnic doświadczyliśmy zrozumienia oraz wsparcia, jakiego nie sposób znaleźć u kogoś niedotkniętego takim samym losem, i którego człowiek nie jest w stanie wykrzesać sam z siebie. A przecież mimo wszystko czasem tak bardzo go potrzebuje.    


M.D: Co by Pan poradził rodzinom osób, które też walczą z tą chorobą w swoich rodzinach? Można w ogóle w tym wypadku mówić o jakichś radach?


A.L:
Jestem daleki od udzielania jakichkolwiek wskazówek odnośnie radzenia sobie z taką sytuacją, zwłaszcza w sferze psychicznej. Ale są dwie sprawy, które uważam za najważniejsze i o nich potarfię i chcę mówić bardzo świadomie i otwarcie. Pierwsza z nich to praktyczne obchodzenie się z chorobą – staraliśmy się ograniczyć do minimum wszystkie czynności, które według zaleceń lekarzy, przepisów i najróżniejszych instrukcji obsługi teoretycznie powinni byliśmy wykonywać. Większość z nich dotyczyła sterylności i przesadnej ostrożności, zajęć, które zamiast pomagać i poprawiać jakość życia, jedynie czyniły je trudniejszym, a przy tym wcale nie polepszały stanu zdrowia dziecka. Druga sprawa to mówienie o tym, co się dzieje, jak jest naprawdę, co odczuwamy, jak bardzo w danej chwili sobie nie radzimy. Paradoksalnie wypieranie prawdy na temat tego, co się dzieje w naszych wnętrzach, pomaga czasem w konkretnej krytycznej sytuacji przetrwać, ale w dłuższej perspektywie możliwe jest wyłącznie kosztem zdrowia psychicznego i w rezultacie odbiera siły i na końcu obraca się przeciw nam. Podkreślam, że nie są to jakieś uniwersalne rady dla rodzin znajdujących się w takiej samej sytuacji. Nigdy nie ma „takiej samej sytuacji”, każdy na zewnątrz podobnie wyglądający przypadek jest inny, bo doświadczenia, przekonania, wewnętrzna siła i wiara u każdego człowieka są inne. To, co w wyniku choroby i śmierci mojego dziecka stało się dla mnie ważne, komuś innemu po podobnych przejściach może wydawać się niezrozumiałe czy wręcz absurdalne, dlatego ostatecznie tym, co uważam naprawdę za najważniejsze, jest wiara we własne siły i w to, że życie w najgorszej nawet sytuacji po prostu toczy się dalej.


M.D: Na koniec proszę mi powiedzieć, jak się ma Pana druga córka? Pan sam co na co dzień obecnie robi, czym się zajmuje? Planuje Pan oddać się już na stałe pracy pisarskiej?


A.L:
Nasza druga córeczka, Amelia, jest zdrowa. Urodziła się dwa lata po odejściu Kalinki i jest wielkim skarbem, darem od losu, ale staramy się nie widzieć w niej swego rodzaju „wynagrodzenia” doznanej wcześniej krzywdy. Takie niebezpieczeństwo z pewnością czai się w podświadomości człowieka, który jako rodzic doświadczył największej „niesprawiedliwości”, jaką tylko można sobie wyobrazić. To zdrowe dziecko ma prawo do normalności i bycia kochanym wyłącznie za to, że jest na tym świecie. Moje życie zmieniło się po śmierci Kalinki radykalnie. Przestałem robić to, do czego zmuszałem się od lat, co robiłem wbrew wewnętrznemu głosowi. Zajmuję się teraz intensywnie tłumaczeniem książek z języka niemieckiego na polski, a więc w pewnym sensie nadal piszę. Po wyrzuceniu z siebie tego, co chciało zostać nazwane, nie uważam się jednak za pisarza, więc trudno mówić o oddaniu się już na stałe pracy pisarskiej. Ale nie ukrywam, że doświadczenie obnażenia swego wnętrza wyzwala nowe pokłady emocji, ukryte wciąż gdzieś głęboko wspomnienia, wyparte przeżycia, rany. A jak pozbyć się tego balastu lepiej, skuteczniej, jeśli nie za pomocą namacalnych, widocznych, przelanych na jakikolwiek środek przekazu form?  


M.D: Dziękuję za rozmowę.


A.L:
Ja również

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko