Maciej Merkel – YOHIMBINA

0
279

Maciej Merkel

YOHIMBINA

Danuta MajewskaWszystko zaczęło się od żurnali – obcojęzycznych papierowych wrót do nieznanego świata, nęcących, śpiewających syrenie pieśni wrogów ustroju, dopełniaczy – wysyłanych w żywnościowych paczkach, upchniętych gdzieś, między czekoladą Toblerone a kawałkiem salami, między Szwajcarią a Bawarią, spływającymi kwiatowymi girlandami, wonnymi, co wieczór reklamowanymi w radiu Wolna Europa surogatami normalności. Żurnale – dla nas – stłoczonych w babcinym kuchennym centrum wszechświata – odpakowujących pocztowe niespodzianki – były niczym zapach kadzidła wieńczący każde majowe nabożeństwo, nieodzowne i oczywiste.Co miesiąc, niemal o tej samej porze, listonosz namaszczał któregoś z nas na celebranta owej mszy, mistrza rozpakowywania, eksplorowania, a to wszystko dzięki babcinej kuzynce, emerytowanej austrowęgierskiej markietance, która, w zamian za bohaterskie zaliczenie bojowego szlaku armii Jego Wysokości Franza Josefa, otrzymała onegdaj dożywotnią rentę i eleganckie mieszkanko w samym centrum Wiednia, któregoś dnia zaczęła więc – najsamprzód wyprzedzające wypas liściki, pachnące fiołkami, zakodowane surową germańszczyzną, którą jedynie babcia potrafiła odcyfrować, a następnie – pakety – kilkunastokilogramowe, wypełnione po brzegi wszelkim dobrem wiadomości z innego świata. W krok za objuczonym kurierem, podążał zazwyczaj Przybyłek, a po jego śladach – pozostałe, zawiścią zwężone sąsiedzkie źrenice, złowieszcze, zazdrośnie lustrując każde wybrzuszenie kartonowego sezamu. Ów szczęśliwiec, który akurat tego dnia pełnił dyżur przy drzwiach, zgodnie z rodzinną tradycją, miał prawo odpakowania skarbnicy, ba, miał prawo zawłaszczenia jednego produktu – bez konieczności dzielenia się z innymi. Kakao. Biała czekolada. Rodzynki. Tak, to właśnie rodzynki – kilkunastomilimetrowe odpryski meteorytu zakrzywiającego czasoprzestrzeń gdzieś w odległych galaktykach, miligramowe cuda natury, wprowadzały do domu prawdziwy pokój i zbawienie, bo jeśli naprawdę wówczas Bóg jeszcze istniał (dziś już nie mam wątpliwości co do tego, że Go nie ma) – rozkładał swoje duchowe jestestwo, zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa, równomiernie, na każde z pomarszczonych ziarenek. Czasem, na samym dnie opancerzonego samoprzylepną taśmą kartonu, zwinięte w kłębek, oczekiwały szczęśliwego odkrywcy –  spodnie, dżinsy – den Erflog Auszeichnen – najpośledniejsza przyczyna wszelkiej tubylczej zazdrości. Zazdrości powszechnej i usprawiedliwionej samotnością miejskiego PEWEX – u.

Tylko raz udało mi się (brzydkiemu, grubemu bachorowi) wyhaczyć pasującego na mnie tkaninowego fanta – biało – brązową koszulkę z odpinanym stójkowym kołnierzem – cudo techniki i dizajnerstwa – odzienie, którego nie powstydziłby się nawet Simon Le Bon, najwspanialszy ze wspaniałych, kosmiczny idol, spuszczany z nieba na linie, co sobotę, w kolejnych odsłonach trójkowej listy niedźwiedzkiej. Wdzianko to, rzecz jasna dnia następnego zaciągnąłem na sobie do szkoły, uprzednio podreperowawszy facjatę mamusiowym kremem i wypaliwszy rodzimą Niveą pozbawione jeszcze włosów pachy. Byłem wielki.


I tak, paczki przychodziły, co miesiąc, regularnie wywołując triumfalne okrzyki i wzbudzając sąsiedzką zazdrość, wpadającą do babcinej kuchni w poszukiwaniu niby to odrobiny soli, a tak naprawdę – dokładnie lustrującą ranty stojących na stole kartonów (jak gdyby wzrokiem można było zachachmęcić cośkolwiek z tego, co pozbawiony duszy zgniły Zachód przemycał do krainy robotniczo – chłopskiej szczęśliwości). Pewnie i przyszłyby następne, po nich kolejne i jeszcze inne, ale, zrządzeniem losu, w jeden zimowy wieczór cały ten misterny aprowizacyjny plan szlag trafił, na ulicy, tuż pod babcinym oknem pojawił się czołg, a odgłosy żołnierskich komend nie pozostawiały złudzenia co do tego, że za chwilę, w poszukiwaniu resztek wymemłanych rodzynek, wejdą do domu sołdaty. Owszem, weszli  w końcu, ale nie sołdaty, tylko panowie w ciemnych ubraniach, trzech ich było, wysokimi oszronionymi czołami świecili niczym święci pańscy, poszarpali dziadkowi marynarkę, ojcu kazali siedzieć w sypialni, mamusię zabrali i tyle ich widzieliśmy. Następnego dnia rano, tato wepchnął mnie do jaskrawozielonego rodzicielskiego Trabanta i wywiózł daleko, jak powiedział: tam, gdzie cię nikt nie znajdzie.


Nigdy nie przestałem myśleć o tym, czy owi świetlani apostołowie z takim samym zapałem postrzępiliby dziadkową marynarkę, gdyby wiedzieli, że niespełna rok później, babcia, ze łzami w oczach sztrykować będzie jej, złożoną już w trumnie podszewkę, nie zapytałem nikogo, czy, gdyby zlitowali się tego wieczora nad płaczącym tatą, nie musiałby iść na operację żółciowego woreczka.

– Za dużo żółci się nazbierało przez ten czas – powiedziała babcia, gdy ojciec wsiadał do karetki, w nieznane.

Zoperował go doktor Stach, podobno jedynie w zamian za butelkę wódki, w tym czasie – ludzie mówili – chlał już na umór, nie trzeźwiał, stan swój określając mianem solidarnościowego strajku, który w rzeczywistości strajkiem nie był, wiedziałem, bo mama też strajkowała, a przecież nie piła wcale. Należała do związku, tato zaś – do partii – wszyscy mu się kłaniali, zdejmowali paltoty na ulicy, rzucali uśmiechy, a uśmiechami tymi niepośrednio obdarzali również, uczepioną jego boku mamę, właściwie to do niej się uśmiechali, ona była bohaterką, ale o tym nikt nie mówił, nie śmiał powiedzieć.  Ja zaś – zafascynowany żurnalami podlotek, z pasją zagłębiający się w doskonałości modelowych uśmiechów, opuszkami palców miareczkujący przyjemną gładkość napisu Quelle, niezgrabnie zaglądający w dekolty roześmianych papierowych anielic – nie zwracałem uwagi na, gdzieniegdzie, wtrącone, brutalnie wepchnięte pomiędzy Unterwasche a Handtucher zszarzałe fiszki z napisami Katyń lub Wałęsa.

Miejsce Tam Gdzie Nikt Cię Nie Znajdzie okazało się być niewielkim, dechami zabitym siołem, kilka domostw, rozrzuconych wzdłuż polnej drogi, broniło obcym dostępu do lasu, poorane mrozem zaspy, spękane smutkiem, niczym dziadkowe policzki w Wielki Piątek, koronami swoich szczytów majestatycznie sięgały ku niebu, w oczekiwaniu. A w niecierpliwości tej, zdawało by się, niegnuśnej, pośrodku, otoczony murem, stał ceglany, prosty budynek, zwieńczony spiczastym dachem, rozświetlony rozstawionymi wokół lampionami.

– Tu jest twoje miejsce – powiedział tato. – Tu zostaniesz.
Wnętrzem domu władała czysta, nieskalana miejskim blichtrem prostota, wysublimowany rodzaj artystycznego miłosierdzia, spieszącego na ratunek wszystkim zagubionym i zbłąkanym, pragnącym choć przez chwilę poczuć ciepło rodzinnego domu. Był to klasztor, witający przybyszów uśmiechem pilnującej furty Panienki z Lourdes, lecz jakoś – niezwyczajnie – przytulał delikatnym ciepłym powiewem kominkowego ognia, pieścił zapachem swojskiego jadła, czarował magią kwiatów, rozpiętych w baldachimie ponad, królującym na głównej ścianie holu, hakowatym, wypełzającym z portretu, nochalem nieznanego świętego.
– To Karol Boromeusz, nasz założyciel – oznajmiła mniszka – o twarzy pięknej, dopiero co wykrojonej z żurnala – widząc, jak niepokornie wbijam swoje gówniarskie ślepia w ten, sterczący, nieprawdopodobnej wielkości, organ powonienia. – Nauczysz się.

Tego samego wieczora zjawiła się, bezszelestnie, u wezgłowia mojego łóżka, i, wsunąwszy pod kołdrę niewielki, w skórę oprawiony tomik, wyszeptała, powoli, niczym modlitwę:

– Ty też będziesz kiedyś taki, jak on.

Nie minęło kilka dni, przysięgam, już chciałem nim być. Rozpłynąłem się w tym domu, w każdym jego kącie znajdowałem zalążki cudów: przeistaczałem się podczas porannych mszy, w refektarzu – stawałem się świeżo upieczonym chlebem, warzywem, południową porą wywlekanym ze spiżarniego chłodu i wieczornym różańcowym paciorkiem, wypieszczonym smukłymi palcami matki przełożonej. Pokochałem siostry: i strzelistą Synezję  – nieprzyzwoicie wypychającą mi kieszenie spodni najróżniejszymi łakociami, i Amatę – niepozorną intelektualistkę, znad okularów, zsuniętych na zastygłe w fazie wydechu nozdrza, drżeniem gałek – wyrzucającą swój wzrokowy niepokój, wreszcie – Sebaldę – hafciarkę, złotem inkrustującą tkaniny, niczym Fidiasz swojego Zeusa, mistrzynię chryzelefantyny, która okazała się być babciną siostrą, wszystkie one miłośnie współistniały ze mną, a ja z nimi, per ipso et cum ipso et in ipso, od świtu do zmierzchu, od jutrzni do nieszporów, niewinnie, doskonale, ostatecznie.

 

 
Najbardziej magiczna – Sebalda – filigranowa, o rozstrzelonej fizjonomii Louisa de Funes, babcina siostra, śpiewająca po niemiecku cudownym, bawarskim akcentem, amatorka piwa, po które, każdej niedzieli, posyłała miejscowych chłopaków, przynosili w stągwiach, niczym kananejską wodę, a ona – odmawiając krótką modlitwę, rozpoczynała oktoberfest iście vo Minga (kto jej dawał dyspensę – nie wiadomo), częstokroć trwający aż do wieczornej modlitwy, kiedy to przerywała chmielową fiestę, precyzyjnie, jak czas, wskazywany przez (noszoną przez nią za pazuchą) srebrną przedwojenną busolę z Schaffhausen (memento mori – tak ciotka nazywała to urządzenie) i , wypełniona po brzegi kilkoma litrami złotego płynu – wracała do zakonnego życia: Deus, in adiutorium meum intende. Domine, ad adiuvandum me festina.

Podarowaną mi książkę znałem na pamięć już po tygodniu, każde słowo, cytat, w te i we wte, żyłem w tych stronicach, w głębi rozdziałów, nocami istniałem jedynie tam, w dalekich Włoszech, prowadziłem pokutne procesje, bosy, ubrany jedynie w włosienicę, drżący febrą, ale szczęśliwy, nad ranem koniuszkami palców zbierałem resztki ciepła z pokrytej skórą książkowej oprawy, schowanej pod kołdrą – w miejscu, w którym matka przełożona pozostawiła ją owego pierwszego wieczora. Tylko jeden fragment budził wątpliwości, niepokój, inny rodzaj gorączki – ten, w którym młody Karol, goszczący u jednego z francuskich książąt, kładąc się spać, zastawszy w swoim łożu nagą kobietę, w dramatyczny sposób pozbył się jej, po czym, natychmiast, ciemną nocą, opuścił swojego gospodarza, nie bacząc na niebezpieczeństwa nocnego podróżowania. Kiedyś, zapytałem jedną z sióstr o sens tej opowieści.
– Uciekł przed grzechem – oznajmiła. – Naga kobieta to złego kuszenie.
– A co jest złego w kobiecie? – nie dawałem za wygraną, gówniarz.
Uśmiechnęła się.

– Zobaczysz. Kiedyś zobaczysz.


Pierwsza odwilż na klasztornym podwórzu nadeszła wraz z warkotem rodzicielskiego Trabanta, triumfalnie wyśpiewującego wiosenny powrót mamy i mój – do domu. Babcina kuchnia wyglądała dokładnie tak samo jak wówczas, gdy ojciec zabrał mnie na pobożne zimowanie – na rozżarzonej płycie bulgotał żur, Przybyłek, wbiwszy cyklopowy wzrok w dryftujący garnek, czekał na koniec bulgotania, dziadek, nachylony nad paleniskiem, ryrał, podjudzał ogień, słowem – nic się nie zmieniło. Z czasem – zaczęły znów przychodzić – najpierw listy, pachnące daleką zagranicą, tadellos stilistisch, a następnie – wyczekane przez wszystkich, pakety. I tylko noce, inne niż do tej pory, inkrustowane skórzanym ciepłem książki, lejdejskiej butelki, a może raczej – boromeuszowej – wstydliwie podkołdernej – stawały się różańcem sennym feber, pokutnych pieśni i panicznego lęku przed grzechem.
Moją karolową, oprawioną w skórę sypialnianą tajemnicę, babcia dostrzegła prawie natychmiast, postanowiła zatem, że w przyszłości – zostanę księdzem. Uszyła mi ornat, bogato zdobiony, zwieńczony pasem z wyhaftowanymi złotem literami IHS, wypożyczyła od Księdza Dziekana Rzymski Mszał, a ja, śpiewnie sylabizując każdą z zapisanych w nim łacińskich strof, odprawiać zacząłem regularne msze, na ołtarzu zbudowanym na fundamentach sypialnianej garderoby, gdzie tabernakulum stanowił, zamykany na kluczyk, barek, w którym wcześniej leżakowały, poskładane w kostkę, pachnące naftaliną, przygotowane na wypadek śmierci,  babcine ubrania. Doszedłem wkrótce do prawdziwego mistrzostwa – opanowawszy (z pomocą dziadka, jak nikt inny, obeznanego z Kanonem) wszystkie gesty celebranta, nauczywszy się na pamięć wszystkich liturgicznych niuansów – wędrowałem, przyozdobiony, po całym domu, uroczyście rozdzielając komunikanty – małe okrągłe hostie wycięte ze świeżych jabłek, chowane w kryształowej kustodii – ślubnej pamiątce babci – zamykane na noc w prefuneralnej ciemnicy. Pojawił się jednak problem – ciało jabłkowe, chrystusowe – dość szybko czerniało, stawało się nieprzyswajalne, obce – nowym, dziwnym i przykrym zapachem, postanowiłem więc przedyskutować ten fakt z najlepiej poinformowanym.
– Każde ciało się kiedyś psuje – odparł dziadek.
– Nie mów mu takich rzeczy – wtrąciła babcia – ciało Chrystusa psuć się nie może.
– Chcesz powiedzieć, że istnienie Boga nie jest sprzeczne z biologią?
Odpowiedziało mu jedynie wzruszenie ramion, dnia następnego zaś, z samego rana, do drzwi zapukał kościelny – z paczką od Księdza Dziekana – w której, prócz błyszczącej zielenią stuły, leżały, jeden przy drugim – niekonsekrowane małe okrągłe opłatki. Corpora Christi.

W rzeczy samej – nie psuły się, kolejnymi wieczorami, odbitym od świec blaskiem wypełniały sypialnię, pospołu z zapachem gorącej stearyny, tężały, burząc samotność dziecięcej liturgii, zamieniały wstydliwe udawanie – w grę – z rolami cudownie rozpisanymi. Wszystko to było, wszystko słyszałem: i polifoniczne wodospady kościelnych organów i  kakofoniczny tłum wiernych, pobrzękiwanie pater i ksylofonię dzwonków wieszczących Pater Noster. Z, wciąż przychodzących z Dalekiego Świata żurnali, wycinałem głowy modeli,układałem je, jedna obok drugiej, na poręczach babcinego łóżka, komodzie i nocnej szafce, kilkadziesiąt – roześmianych twarzy – Populo Dei codziennego misterium. Niektóre z nich niknęły w przeciągach, znajdowałem je później pod meblami, na podłodze, sczerniałe od kurzu, zepsute, niczym owe jabłkowe hostie, dziadek palił je w piecu, wraz z pokancerowanymi stronicami Quelle, a one – odchodziły w ciszy, z godnością, wybuchały niebieskawym płomieniem, w tym swoim ostatecznym krematorium. Z czasem, na półce za kuchnią, urósła sporej wielkości sterta kolorowych magazynów – w nich – setki bezgłowych sylwetek ochraniały szare mamine bibuły – wsunięte tam jeszcze zanim rozpocząłem papierową eksterminację.  
Byłem wielki. Codziennie patrzyło na mnie kilkadziesiąt oczu, obcych, roześmianych, niektóre ginęły, odchodziły, ustępowały miejsca nowym, świeżym i pachnącym jeszcze proszkiem Persil, którego wonią przesycony był każdy paket, pamiętam i dziś – delikatny, kwiatowy – obcą, niedoścignioną nutą atakujący ludzkie zmysły desant obcej cywilizacji. Byłem wielki. Zacząłem rozumieć, że całe to misterium we mnie się odbywało, stłoczone w jednym miejscu, powtarzane mechanicznie co wieczór, stylistycznie nienaganne, formalnie doskonałe. Moje. Pojąłem, że sobie samemu śpiewam psalmy, mamrotam łacińskie zaklęcia – skierowane – nie – gdzieś tam – ale do nieba, które, zduszone gardłem, zaciśnięte przeponą, zamknięte zostało w dwunastoletniej klatce piersiowej. To ja stanowiłem centrum wszystkiego, najjaśniejszy punkt, zenit, a, ustawieni w rzędach papierowi katolicy, podziwiali, chłonęli każdy element mej narcystycznej liturgii – ofiary – z dokładności, coraz to bardziej obsesyjnej, zamieniającej nuty gregoriańskiego chorału w napady kompulsji: Ecce Agnus Dei, ecce qui tollit peccata mundi. Beati qui ad caenam Agni vocati sunt.
Deus. Rodził się w moich ustach, to ja Go stwarzałem, na obraz i podobieństwo swoje, a On – stawał się i – nie potrafiwszy poruszyć swoich, strącanych z komody każdym najmniejszym nawet podmuchem wiatru, wyznawców – umierał.


(Przypomniałem sobie to wszystko wiele lat później, gdy do drzwi mego mieszkania zastukała młoda kobieta i, uśmiechem obdzielając każdy kąt sieni – zaproponowała rozmowę o Bożym Synu, a ja, przybrawszy najserdeczniejszy grymas na jaki mnie wówczas było stać, odparłem:
– Nie mogę z panią rozmawiać o Synu Bożym.
– Dlaczego? – spytała.
– Bo to ja jestem Synem Bożym.)


Owo modlitewne perpetuum mobile, z dnia na dzień – ruchem paradoksalnym – jednostajnie przyspieszonym, przybliżające mnie do ostatecznej mentalnej porażki, zatrzymał wreszcie – listonosz. Nadszedł czas i mojego paketowego dyżuru (miałem więc prawo pierwszeństwa w wyborze fanta) – na kuchennym stole, delikatnie rozsunąłem kolejne warstwy szarego papieru i, rozchyliwszy brzegi kartonowego wieka, począłem powoli wyjmować zawartość: czekoladę, kawę, małe, ostro zakończone bawarskie kiełbaski, proszek do prania w miękkiej błyszczącej torebce, mydło, szynkę w puszce. I kolorowy, pachnący, kwiatowy, Quelle. Pod nim, na samym dnie – zamykając listę łupów – leżała drewniana lalka, której kończyny, płaskie i toporne, poruszać się miały za sprawą ledwo dostrzegalnej linki, przymocowanej do głowy, ciągnącej się wzdłuż kręgosłupa. Pajac – to był mój fant – niezwykły, nieprzewidziany – oczywisty. Płaska twarz, pozbawiona nosa, grubą kredką naszkicowane usta i ogromne, niezgrabnie nakropione oczy, tułów stanowiła prostokątna deseczka, nie przymglona choćby odrobiną barwy, surowa, drażniąca chropowatą, nieoszlifowaną powierzchnią – to wszystko razem definiowało archetyp prostoty, brzydoty – magicznej, zdolnej do ruchu, godnej ożywienia. Wyciąłęm więc z najnowszego żurnala najpiękniejszą kobiecą twarz – dokładnie wymierzając milimetrowe niuanse konturów i – z pomocą ojcowego butaprenu – delikatnie, z pietyzmem godnym Creatora Mundi, przeniosłem cudowną fizjonomię z nieznanej modelki – na lalkę.
– To twoja dziewczyna? – zaśmiał się dziadek widząc, jak wstydliwie chowam za plecami efekt moich plastycznych machinacji.
– Dziewczyna? – poczerwieniałem – nie.
– A jak ma na imię?
– Nie wiem.
– Jak to nie wiesz?
Dalibóg, nie wiedziałem. Nie miałem zielonego pojęcia, jak ją nazwać.
– Powinieneś wiedzieć. Każda kobieta musi mieć imię.


(Yohimbina – związek chemiczny, otrzymywany z kory afrykańskich drzew, alkaloid, uważany za skuteczny afrodyzjak, stymulujący seksualne podniecenie poprzez odruchowe rozszerzenie naczyń zaopatrujących zewnętrzne narządy płciowe.)


Pomimo tego, pozostawała Bezimienną, jedyną słuchaczką moich wieczornych mszy. Wiedząc, że żadna z rezydujących w sypialni papierowych twarzy nie będzie godna współzawodniczyć z nią o kapłańskie względy, spaliłem je wszystkie – wrzucałem do pieca, jedną po drugiej. Pan daje, Pan zabiera,niech imię Pańskie będzie błogosławione. Ona zaś – chropowatością swoją przyciągała, wydzielając woń – inną niż wszystkie, które do tej pory znałem, opiumową, opadającą niewielkimi kroplami, ściągałem je delikatnie, smakowałem, były słodkie, ich ostry, ziołowy posmak zmuszał do skosztowania raz jeszcze. I jeszcze. Upojony, wbiwszy wzrok w jej duże niebieskie żurnalowe oczy, oczekiwałem rewanżu. A, kiedy tak, wydawało się, patrzyła – zupełnie inny rodzaj podniecenia, niż ten – krtaniowy, rozpierający klatkę piersiową, wybuchał drobnymi bańkami, kilka centymentrów pod pępkiem, gdzieś w głębi, wędrował słodkim zapachem, wzdłuż ud i opasawszy kolana febrą – między pośladkami – wracał do miejsca swoich narodzin.
Wieczorami, kładłem ją obok, nasycając światłem wyblakłe postaci półnagich żurnalowych dziewczyn, próbowałem opuszkami palców odnaleźć wszystkie zapamiętane krągłości, a gdy nie znajdowałem ich u niej, szukałem u siebie – metodycznie, centymetr po centymetrze, perfekcyjnie, a każde nowe znalezisko stawało się drżeniem, ognistym pociskiem przecinającym podbrzusze, łukiem elektrycznym, swoją mocą zaciskającym powieki, coraz to mocniej, do chwili, gdy ostry: opium i ziół, wplątany w takty ogłuszającej polifonii, sprowadzał na dwunastoletnie umęczone ciało błogosławieństwo nagłego, lepkiego snu.


Niedługo potem, w dzień pogrzebu dziadka, zapakowałem drewnianą Bezimienną w inkrustowany złotem ornat i wepchnąwszy prosto w ogień paleniska patrzyłem, milcząco, jak, wzbity nagłą podnietą słup niebieskiego ognia, odprawia ostatnią w moim kapłańskim życiu, żałobną koncelebrę.


Do dziś nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego to zrobiłem.

 

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko