Sławomir Majewski – Casablanca

0
196

Sławomir Majewski

 

SEBASTIAN J. THEUS “CASABLANCA”

 

O Autorze

 

Sebastian J. Theus urodził się w miasteczku Zutphen leżącym u zbiegu rzek Berkel i IJssel, jako nieślubny syn tamtejszej kobiety i lekarza z Bresse. Wychowany w Cleves, zamierzał wstąpić do zakonu augustianów lecz ostatecznie zwyciężyło w nim zamiłowanie do profesji literata.

(Sławomir Majewski)



CASABLANCA

 

Udzielając wywiadu pewnemu tygodnikowi, powiedział o sobie introwertyk a nie był żadnym introwertykiem, tylko wiecznie podpitym aroganckim sukinsynem w spodniach z zielonego sztruksu, flanelowych koszulach i kretyńskim borsalino a la Bogart, który sobie kupił po obejrzeniu “Casablanki”. Po co? To była jego wielka tajemnica. Tak wielka jak miejsce w którym mafia ukryła ciało Hoffy.

 

 

Czy był Szkotem? Jedni powiadali że tak, inni, że nie. Że wcale nie był Szkotem tylko zapitym Irlandczykiem ściganym przez IRA a jeszcze inni, że to potomek emigrantów którzy uciekli z Polski przed pogromami. Kiedy dociekliwi pytali o jakie pogromy chodzi, znawcy jego biografii porozumiewawczo mrużyli oko, dodając z uśmieszkiem

– I wcale nie nazywa się Mitchell.

– Nie nazywa się Mitchell? A jak?

– Goldberg.

– Goldberg… I co z tego?

– Nie rozumiesz? No…

Pocierali palce wskazujące o kciuki.

– Mosiek. Łapiesz? Przechrzta.

– Aaa, Mosiek!

– No, Mosiek!

A Mosiek nie nazywał się ani Goldberg ani Blumfeld ani nawet Rosenkrantz, bo z dziada pradziada nazywał się Mitchell. Henry W. Mitchell. Urodził się w Redville w Georgii, w zapomnianej przez Boga pipidówie na wysepce o miedzianoczerwonej ziemi uprawianej przez białą hołotę i rozpitych Czarnuchów. Tak, w tej samej Georgii o której Ray Charles tak słodko śpiewa Georgia, Georgia… Co w jego nazwisku oznaczało to duże Wu z maleńką kropką? On sam często się zastanawiał, czy to duże Wu z maleńką kropką nie skrywa aby jakiegoś Willbura albo Winstona a może nawet, uchowaj Boże, Wesleya ale nie, to było tylko takie duże Wu z maleńką kropką. I nic więcej.

W czasie Drugiej Wojny zaliczył w Europie niezbędną ilość lotów bojowych, zrzucając bomby gdzie się da a na pożegnanie z bronią spalił Szkopom Drezno i wrócił z naszywkami porucznika.

– Pieprzyć wojnę, powiedział w nocnym barze do pulchnej blond dziwki w typie Jean Harlow z tego filmu Tajemnicza Szóstka.

– Lepiej pieprzyć mnie, odpowiedziała dziwka i zaproponowała żeby poszli do niej, bo to niedaleczko. Propozycję przyjął bez euforii ale i bez sprzeciwu, po drodze kupując dla Harlow paczkę morelowych biskwitów a dla siebie flaszkę whisky i prezerwatywy. Zanim weszli po drewnianych schodkach do pokoiku nad warsztatem samochodowym, odlał się na tylne koło zardzewiałego samochodu. Otrzepując wacka zapytał

– Jean, widziałaś jak spadał?.

– Jak co?

– Jak spadał? Widziałaś?

– Oczywiście że widziałam, odpowiedziała pojednawczo i wzięła go pod rękę. Chodź, żeglarzu.

– Jestem lotnikiem.

– W porządku, John.

– Nie jestem John tylko Henry. Mam na imię Henry, Jean. I jestem pieprzonym lotnikiem.

– Jasne, Henry. Od razu widziałam że jesteś Henry.

– To okropne, Jean!

– I ja tak uważam, przytaknęła. Okropne. Chodź.

– Ale widziałaś? Powiedz, że widziałaś.

– Oczywiście że widziałam! A teraz chodź.

Rano bolała go głowa więc poprosił Harlow żeby się ubrała i kupiła mu whisky na kaca ale ona podała mu wczorajszą niedopitą butelkę, przyssał się łapczywie i gulgotał aż miło.

– Gulgoczesz aż miło, powiedziała życzliwie, nakładając pończochę.

– Zamknij się! warknął i gulgotał dalej aż miło, chociaż już wcale nie było miło.

– Jesteś gruboskórnym chamem, powiedziała ze łzami w oczach.

– Och, Jean! A weź ty i odpieprz się ode mnie na miłość Boską!

– Jesteś gruboskórnym chamem Henryku, powtórzyła ze szlochem i dodała, ranisz mnie.

Ranił ją, bo był gruboskórnym skacowanym chamem z wojennymi traumami płonących miast i eksplodujących budynków a ta dziwka wcale nie miała na imię Jean jak Harlow z Tajemniczej Szóstki, tylko Marta i przyjechała z Baton Rouge w Luizjanie, do swojej młodszej siostry Elaine, krawcowej. I wcale nie była dziwką tylko miłą, porządną dziewczyną szukającą gentlemana. Więc teraz siedziała w jednej pończosze gorzko płacząc, bo nie znalazła gentlemana tylko tego chama, Henryego a w dodatku tak się złożyło że poprzedni lokator przypiął do ściany fotografię Jean Harlow, wyciętą w 1937 z lipcowego numeru Movie Mirror więc powodów do płaczu miała aż nadto.

W 1950 Henry opublikował niegrubą powieść pod nijakim tytułem Poranek McCombiego. Ten jego McCombie nosił imię Rudolf i pracował w cyrku jako clown i zakochał się w panience imieniem Melanie z bogatego drobnomieszczańskiego domu. No więc on kochał Melanie a ona jego ale jej bogaci rodzice byli przeciw a jego rodzicom było wszystko jedno, bo od dawna nie żyli a na końcu powieści młodzi uciekają, rodzice Melanie w towarzystwie detektywów ich gonią, samochód z uciekinierami spada ze skarpy do morza, kochankowie giną i wszyscy bardzo płaczą nad ich wspólną mogiłą okropnie żałując, że nie pozwolili im się kochać. Koniec. Na milę śmierdziało toto tanim dramatem, toteż Henry zarobił niewiele a kiedy dokumentnie wszystko przejadł i przepił, spakował plecak i pojechał na Alaskę. Najpierw do Juneau, a potem do bezimiennej osady w której rąbał drzewa i od czasu do czasu strzelał do kudłatych grizzly. Nie pisał wtedy żadnych opowiadań, bo po robocie do północy chlał w paskudnym baraku robiącym za saloon i burdel a od północy do brzasku rżnął pijane Indianki, które zawsze były chętne do picia i rżnięcia. Dźgnięty nożem przez jakiegoś pijanego Polaka o kartoflanej gębie, długo leżał z gorączką w chacie z grubych bali starannie pielęgnowany przez squaw imieniem Czarna Sowa. To o nią poszło z tym Polakiem. Nie wiedzieć czemu, Henry wołał ją Casablanca.

Kiedy łososie ruszyły w górę strumieni i zapachniało futrami jesiennych grizzly, poczuł się jak Jack London który w 1902 roku sięgnął po zeszyt, usiadł i napisał Zew Krwi. Henry też usiadł i sięgnął po zeszyt a ponieważ nazywał się Mitchell jak Margaret Munnerlyn Mitchell Marsh, ta z Atlanty, ta od Przeminęło z Wiatrem, więc napisał powieść o życiu snobistycznych bostońskich wyższych sfer. I nie znajdziecie w niej ani linijki o poszukiwaczach złota, traperach czy wilkach z białymi kłami o których pisał London albo ten drugi, Curwood.

Kiedy jego rany zabliźniły się na amen a on skończył pisać, wysłał Casablankę z listem do osady; w liście był zeszyt z powieścią zaś adresatem szanowane bostońskie wydawnictwo. Pewnego wieczora przy łojówce odczytał depeszę

 

Pan Henry W. Mitchell Oczekujemy szybkiego

przyjazdu do Bostonu w celu zawarcia umowy.

Z szacunkiem…

 

Na wiosnę, jak tylko mróz i lody puściły a grizzly jeszcze spały pełne łososiowego tłuszczu, igliwia i jagód, spakował plecak, indiański tobołek Casablanki i ruszyli do Bostonu. Podpisał umowę na niebotyczne dla niego pieniądze i zaraz ożenił się z tą squaw która wprawdzie nie umiała poprawnie wymówić ni jednego słowa po angielsku ale kochała go dziką indiańską miłością. W głębi duszy cholernie go to cieszyło mimo że był gruboskórnym, egocentrycznym chamem z wojennymi traumami i kapeluszem a la Bogart, bo w głębi duszy od małego nie czuł się kochany za to doskonale opuszczony przez wszystkich i Czarna Sowa-Casablanca była dla niego jak solidny, ciepły dom z grubych drewnianych bali chroniący go przed wszelkimi niebezpieczeństwami. Zaraz po ślubie kupił duży, ciepły drewniany dom z grubych, drewnianych bali mający uchronić ich przed wszelkimi niebezpieczeństwami; z okien rozciągał się cudowny, traperski widok na Zatokę a na jesieni Casablanca urodziła mu bliźniaki, dziewczynkę i chłopca. Napisał wówczas kolejną powieść z życia bostońskich wyższych sfer, która znowu przyniosła mu fortunę i utrwaliła sławę; to była druga część tamtej, pierwszej części historii z życia bostońskich wyższych sfer.

Czy już wtedy pił? Co za pytanie? Przecież był pisarzem, co oznacza że pił od zawsze. Tyle że kiedyś nikogo to nie obchodziło a teraz, kiedy był sławny i bogaty jego picie obchodziło wszystkich.

– Nie, panie prezydencie, to tylko obrzydliwe gazetowe kłamstwa!

Wrócił z Waszyngtonu wściekły jak szerszeń i od razu wyrzucił telefon na pryzmę z kompostem. To właśnie wtedy zaczął malować obrazy pełne łąk, niedźwiedzi, stokrotek i falujących wód. I ptaki na błękitnym niebie. Pił ociupinę więcej.

Po tragicznej śmierci Casablanki i dzieci których na wiosnę któregoś-tam roku wielgachna ciężarówka zmiotła z oblodzonej drogi, napisał tylko jedno króciutkie opowiadanie; było o starym, pogodzonym z losem Chińczyku z długim warkoczem i małymi stopami w złotych ciżmach. Czy symbolizowało jego pogodzenie się z losem?

Artur C. Moses, krytyk literacki powiedział w telewizji

– Gówno prawda, Henry nie pogodził z losem! Bo zważmy, czyż można się pogodzić z niedźwiedziem? I dodał, że twórczość Henryego W. Mitchella „dopiero teraz nabrała soczystości i koloratury”, i że niebawem „będziemy świadkami apogeum jego talentu, dzięki owemu straszliwemu, osobistemu katharsis”. Mówiąc to, Artur C. Moses był jak zwykle na fleku.

– Cholerny kutas! Skomentował te słowa Henry W. Mitchell, który obejrzał wywiad w telewizorze stojącym w gabinecie doktora Fraziera leczącego go z dolegliwość prostaty.

– Co z nim? Zapytał doktor Frazier pochylony nad wypiętymi pośladkami pisarza.

– Z kim? Zapytał pisarz doktora.

– Z twoim kutasem, Henry. Odpowiedział zaniepokojony doktor.

– Z moim kutasem? Zaniepokoił się Henry. Coś z nim nie tak? Z kutasem też?

Dobre pół godziny zajęło im rozwikłanie kwestii kutasa.

Wieczorami siadywał na ganku i pociągając z butelki patrzył na wieloryby płynące Zatoką, kiedy strzelały w niebo pióropuszami oddechów. Albo na mgławicę Monarchów lecących prawie 3000 kilometrów tylko po to, żeby obsiąść drzewa w Meksyku jakby tutaj brakowało im gałęzi czy czego tam trzeba do przezimowania.

Czasami zapisywał coś w grubym wystrzępionym kajecie albo stawał przed sztalugą i drobnymi pociągnięciami pędzla korygował jakiś detal: chmury, ptaka, fali, źdźbła, żuka na źdźble lub Indianina polującego na bizona.

Ta Margaret Boyle przyjechała u schyłku sierpniowego czwartku, takim wielkim oliwkowym Packardem. Na głowie miała filcowy, niemodny kapelutek z bukiecikiem sztucznych gardenii; pachniała Youth Dew i od razu zawołała przyjaźnie i wesoło

– Hello, panie Mitchell! Jestem Margaret Boyle z Chicago! Reprezentuję Chicagowski Przegląd Literatury Światowej i…

Henry jak raz siedział wtedy na ganku z napoczętą flaszką a ponieważ od miesiąca miał zły dzień, popatrzył na nią niewidzącymi oczyma

– Spierdalaj! Powiedział i pociągnął solidny łyk a ta Boyle ze łzami w oczach wsiadła do samochodu i odjechała. Po powrocie do Chicago poskarżyła naczelnemu

– Och, co to za cham i prostak!

Redaktor naczelny Derek Jacobi gryząc koniec ołówka kopiowego pokiwał łysą, jajowatą głową.

– Jak każdy introwertyk, Margaret. Ale jaki pisarz! Szkoda moje dziecko że ci nie wyszło… Jesteś damą a damy nie potrafią rozmawiać z bucami. Może kto inny będzie mieć więcej szczęścia. Może Stanley będzie umiał go podejść albo Jim Porter. Kurewsko mi zależy na wywiadzie z tym pieprzonym matkojebcą!

Tydzień później nieustępliwa panna Boyle ponownie zjawia się w posiadłości Henryego W. Mitchella. Tym razem ma na głowie niski szafirowy toczek z plastikowymi żuczkami na liściu morwowca, bluzkę z dekoltem po pas a na tyłku nieprawdopodobnie opięte dżinsy. Wprawdzie pachnie tanimi perfumami jak prowincjonalna zdzira ale ogólnie jest świeża jak owoc kalifornijskiej brzoskwini obmyty wodą z górskiego strumyka.

Gdy wysiadła przed gankiem na którym Henry jak zwykle siedział w towarzystwie napoczętej flaszki, otwartej książki z pozaginanymi rogami i popielniczki pełnej niedopałków cygar, zaintonowała

– Jestem ta sama Margaret, której tydzień temu kazałeś stad wypierdalać, ty cholerny pijanico.

Henry W. Mitchell zdumiał się.

– Ja ci kazałem wypierdalać? Ja? Kiedy? Nie pamiętam nic podobnego… Widać musiałem mieć zły dzień, dziecko.

Powiedział to z niekłamanym ubolewaniem a potem przyniósł z domu drugie krzesło, wytarł je z kurzu tym swoim pomiętoszonym borsalino a la Bogart.

– Borsalino a la Delon? Zapytała a on zaprzeczył, że nie a la Delon tylko a la Bogart. A la Humphrey Bogart. I dodał

– No wiesz, z Casablanki.

Nalała sobie whisky do jego szklanki.

– Dlaczego a la Bogart?

– Bo to najśmieszniejszy aktor jakiego w życiu widziałem.

Była zaszokowana.

– Humphrey Bogart jest dla ciebie najśmieszniejszym aktorem?

– A nie jest?

Kiedy się zastanowiła nad tym co powiedział, kiedy zmrużyła oczy i zobaczyła małego człowieczka o oczach zaszczutego basseta jak chłopięcymi piąstkami nokautuje potężnych przeciwników a w Bosonogiej Contessie drepce w butach na koturnach obok wysokiej Avy Gardner, zrozumiała.

– Wiesz co, Henry? To rzeczywiście najśmieszniejszy aktor na świecie. Może tylko Chaplin jest śmieszniejszy od niego.

– Gówno prawda! Chaplin to aktor dramatyczny. Wspomnij Światła wielkiego miasta. Albo Brzdąca. Znowu przyznała mu rację i właśnie wtedy zobaczyła pióropusze wodnej mgły wznoszące się tu i tam nad wodami Zatoki.

– Henry, na miłość Boską, co to jest?

– To? To są moja mała, oddechy głębin.

Tak jej odpowiedział choć wcale nie patrzył na Zatokę bo właśnie pożerał oczyma jej młode, pękate jak melony jędrne cyce rozsadzające dekolt.

– Masz fajne cycki Margot, zupełnie jak dwa dojrzałe melony.

– Wiem Henry. Wiem że mam cycki jak dwa dojrzałe melony.

Wieloryby odpłynęły kluczem podobnym do klucza dzikich gęsi kiedy odlatują hen tam, daleko.

– Albo jeszcze dalej, na przykład do Kanady, powiedziała Margaret i dodała ze smutkiem, że to wielka szkoda Henry, że w odróżnieniu od wielorybów gęsi nie wypuszczają pod niebo oddechów głębin. Szkoda Henry, prawda?

– Za to srają na ludzi. Chodź do łóżka, mała.

– Muszę cię o coś zapytać Henry, zanim… To dla mnie bardzo ważne!

– No więc pytaj, Margot.

– Czy ty masz zamiar jeszcze cokolwiek w życiu napisać?

– Oczywiście! Nie dalej jak wczoraj zacząłem.

– Co to będzie?

Wojna i pokój Tołstoja. Chodź do łóżka.

 

Kiedy się obudzili, długo leżeli myśląc o kawie, jajecznicy na bekonie i o tym że trzeba ruszyć tyłki z wyra choćby tylko po to żeby się wysikać i wtedy usłyszeli gęganie dzikich gęsi; nadleciały kluczem podobnym do tego, którym wczoraj odpłynęły wieloryby kierując się tam, hen daleko.

Przeciągając się leniwie Margaret powiedziała

Henry, to może być początek pięknej przyjaźni…


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko