Beata Golacik – Kobieta w poświacie

0
96

Beata Golacik

Kobieta w poświacie

 

Poświata Poświatowskiej – w moim poetyckim światku – świeci, ale światłem odbitym, skierowanym w przeciwną niż moja stronę. Zmagam się z tym zjawiskiem od kilku dobrych lat, odkąd zostałam obdarowana jej poezją w tzw. dobrej wierze, która z góry zakłada ukontentowanie czytelnicze. W tym przypadku wiara chybiła, co się może zdarzyć zawsze, kiedy posługujemy się nią w zastępstwie wiedzy (tu, dotyczącej gustów poetyckich). Mimo to uważam nadal, że książka literacka, obok albumów malarstwa czy fotografii, należy do „najbezpieczniejszych” prezentów, które nawet, jeśli nie ucieszą, to krzywdy nie wyrządzą, a może kiedyś – na starość – trącą jakimś pożytkiem. Są bowiem dary nam dane i zadane.

 

Przyjęłam więc ofiarowane mi „Wszystkie wiersze” jako zadanie – zadałam sobie trud Poświatowskiej, jako formę ekspiacji za dotychczasowy, karygodny brak wrażliwości względem jej poezji. Zdarzało mi się bowiem spoglądać na wspomnianą książkę – wydaną elegancko (jak to zwykle w Wydawnictwie Literackim ma miejsce), w błękitach, w twardej oprawie – jak na wyrzut sumienia. Czytałam te wiersze w dawkach wręcz homeopatycznych, jakby nie chcąc zaszkodzić im  i sobie. Dobrnąwszy do końca zbioru, stwierdziłam: „Wystarczy, chyba już więcej do nich nie zajrzę”, ale jednocześnie zaczęłam zastanawiać się, dlaczego. Przecież to nie jest poezja banalna czy powierzchowna. To są bardzo sprawne warsztatowo wiersze, świetna, wytrawna liryka… Dlaczego więc mnie nie porusza? Zamknęłam tę kwestię konstatacją, że widocznie nie dojrzałam jeszcze do tej poezji, lecz natychmiast przyszło mi na myśl, że to frazes z gatunku tych, jakimi szafują wiarołomni, „szlachetni” kochankowie stwierdzając: „Odchodzę, bo nie jestem ciebie wart”. Wyrzut sumienia pozostał.

 

Trzeba mi było szukać innej drogi do Poświatowskiej. Pomyślałam, że jeśli nie przez jej biografię, bo życie poety jest dla mnie zawsze czymś wtórnym wobec jego poezji, i jeśli nie przez jej poezję, skoro mnie ona nie wodzi na pokuszenie, to może spróbuję poszukać „ścieżki dostępu” na styku obu tych artefaktów. W wierszu Stanisława Grochowiaka pt. Halszka, poświęconym Poświatowskiej, znalazłam dwa wersy, które wskazały mi kierunek: „Nie była ładna – była na to zbyt Piękna,/ Nie była tkliwa – była na to zbyt Czuła. Tak, to może być to – pomyślałam. Soma i psyche – pejzaże kobiecości. W tych dwóch aspektach postanowiłam „rozmówić się” z Poświatowską, odnaleźć ją dla siebie – z pożytkiem.

 

O Halinie Poświatowskiej zwykło się mówić w kontekście tzw. poezji kobiecej.
Termin ten nie cieszy się jednak dobrą sławą ze względu na stereotypowe skojarzenia z pisarstwem emocjonalnym, ckliwym, dekoracyjnym, niepogłębionym i monotematycznie oscylującym wokół porywów serca, miłosnych niespełnień, ewentualnie macierzyństwa. Przymioty tej poetyki określane są niekiedy w opozycji do jakiegoś uniwersalnie pojmowanego wzorca estetyki męskiej, co wydaje się być jeszcze echem poprzednich epok, w których literatura kobieca bywała marginalizowana i zajmowała miejsce podrzędne w stosunku do męskiej twórczości. Współcześnie, określanie poezji (czy szerzej – literatury) mianem „kobieca”, wydaje się być dużo bardziej problematyczne i to nie ze względu na feministyczną krucjatę literaturoznawczą, lecz z powodów zorientowanych przede wszystkim na język. Pisanie „kobiece” czy „męskie” przekracza dziś granice płci, zarówno w odwoływaniu się do tradycyjnej tematyki jak i do sposobu organizacji wypowiedzi poetyckiej, z całym spektrum jej obrazowania czy logiki konstrukcji myślowej. Żeby jednak nie brnąć w kanał misji dziejowej z okrzykiem: „Kopernik była kobietą!”, trzeba podkreślić dobitnie, iż natura ludzka wyraża się właśnie poprzez płeć. Funkcjonujemy w świecie jako kobiety lub jako mężczyźni (pomijając, rzecz jasna, przypadki jakichś aberracji biologicznych) z całą gamą podobieństw i różnic, co może mieć wyraźne odzwierciedlenie w twórczości, ale nie musi. Bowiem różnice płci nie dotyczą istoty człowieczeństwa i dość łatwo zacierają się w doświadczeniu egzystencjalnym, a przez to również w literaturze, zorientowanej współcześnie na uniwersalność ludzkich przeżyć. Cóż zatem zrobić z tym kłopotliwym pojęciem „poezji kobiecej” i, z jakże częstym (zwłaszcza u mężczyzn), zaskoczeniem, jakie wywołuje spotkanie z twórczością autorki identyfikującej się z własną płcią, a jednak wykraczającej literacko poza ramy kobiecych stereotypów? Może warto odwrócić pojęcie i przyjrzeć się nieco wnikliwiej nie tyle „poezji kobiecej”, co kobiecości w poezji.

 

„Kobieto! puchu marny! ty wietrzna istoto!” A temu panu co było? – Pytam. A temu panu był romantyzm, który w swej wizyjności nie oszczędzał niczego, modelując rzeczywistość wedle kryteriów uduchowionych, wzniosłych, nierzadko uzurpatorsko mistycznych. Czasami odnoszę wrażenie, że romantyzm nie minął wraz z końcem swojej epoki i dzisiaj nadal dolega wielu panom, zaś osławiony, kobiecy głód romantyczności jest niczym, wobec romantycznych, męskich wizualizacji czy werbalizacji kobiecości. „Kobieta w poświacie” – wiotka, eteryczna, anielska, sentymentalna, trzepocząca rzęsami, może nieco bezmyślna, łatwowierna, łagodna, bierna… – jakaś Marynia Połaniecka, Stefcia Rudecka… Litości! Kto to udźwignie, kto sprosta tym nierealistycznym wyobrażeniom? Haśka, ratuj!

 

Stworzyć wiersz – kiedyś wystarczył wibrujący ból
w tkankach i zasób słów nie większy od krzyku
zwierzęcia. Teraz potrzebna jest koncepcja i racja,
i eksploracje porównawcze w głębiny słowników.
Są zabiegi chirurgiczne wokół słów, są słowa hybrydy,
pół-słowa, ćwierć-słowa i jest dwuznaczność
liter spuchniętych od mądrości. I pragnienie moje –
pisklę słowicze milczy ogłupiałe od tych wszystkich
partytur i instrumentów. I kiedy żądacie ode mnie
znaczenia, czuję jak gałąź podtrzymująca cienkie
gniazdo łamie się z trzaskiem pod ciężarem
zrzuconego fortepianu.

 

[H. Poświatowska. *** (Stworzyć wiersz)]

 

Jean Baudrillard, francuski socjolog i filozof kultury, w książce „O uwodzeniu” wypowiada myśl, która wydaje się być ciekawym komentarzem do cytowanego wiersza. Autor zauważa, że “męskość uznaje niewzruszone rozróżnienie prawdziwości i jej bezwzględne kryterium. Męskość to pewność, kobiecość to nierozstrzygalność” (cyt. za Słownikiem literatury polskiej – Edupedia.pl) Chyba rzeczywiście jest tu coś na rzeczy. „Autorytarność doznań” i jakaś forma ekspansywności lirycznego „ja”, w przestrzeni języka lub emocji, budzi skojarzenia z pierwiastkiem męskim (ciężar zrzuconego fortepianu). Męskość organizuje sobą świat, niejako ogłasza siebie w świecie. Dla odróżnienia, kobiecość „rozgrywa” swoje potyczki bardziej wewnątrzterytorialnie – organizuje świat wewnątrz „ja”, odnosi świat do siebie i wytłumia w sobie jego odgłosy (pisklę słowicze milczy). Mówiąc o kobiecości w ogóle, lubię też odwoływać się do takiego oto wojennego obrazka: zniszczone miasto, wokół same zgliszcza, dymiące pogorzeliska, a w środku tej gehenny maleńki skrawek usypanej ziemi, w której rośnie świeżo posadzony kwiatek. Widzicie to? Próba ocalenia (świata? siebie?) poprzez nieistotny strategicznie, bezbronny szczegół – oto ważny element pejzażu kobiecej psyche.

 

A zaraz za nią soma – i tu szczególna relacja kobiety z własnym ciałem. Wiersze Poświatowskiej są niezwykle sensualne, jest w nich cała przestrzeń wytyczana dotykiem, jakby badana przez niewidomy intelekt. Niebywałe nagromadzenie cielesnych atrybutów w tej poezji: dłoni, palców, ust, włosów… zdaje się potwierdzać wyjątkowe znaczenie ciała w wyrażaniu kobiecości, która nawet w obliczu zbliżającej się śmierci – rozkładu, nadal postrzega własne ciało jako podmiot, a nie przedmiot.

 

mówię jej dzień dobry
omijając krzak głogu
porośnięty kroplami deszczu
mówię jej dzień dobry
w odlatującej barwie
domyślając się skrzydeł motyla

witaj na wielkim morzu
granatowa przestrzeń
uległa tobie szepce
zbielałymi ustami pian
witaj ziemio
przyszłam żeby się paść
przyszłam żeby zgarniać
moim ciałem twoją mądrość rozkwitu
przyszłam żeby odchodzić
w każdym błysku
w każdym zmierzchu

noc po nocy
dzień po dniu

 

[H. Poświatowska. ***(mówię jej dzień dobry)]

 

Właśnie w takim emocjonalnym związku z ciałem, bardzo intymnym i subiektywnym, upatruję istotnego wyznacznika kobiecości. Kobieta inaczej niż mężczyzna „przeżywa” swoje ciało – bardziej „wsobnie”. Ma to niewątpliwie związek z funkcjami biologicznymi. Przecież akt seksualny, czy macierzyństwo w swojej pierwszej fazie, są dla kobiety doświadczeniami „wewnątrzcielesnymi”. Kobiecość poza tym, w dużo większym stopniu niż męskość, bazuje na obrazie własnego ciała. Dlatego też wszelka przemoc – nie tylko fizyczna, ale nawet już słowna (prostackie komentarze, wulgarność) – wobec ciała kobiety, odczuwana jest przez nią bardzo dotkliwie, jako destrukcja kobiecości. Sumując myśl: istotną cechą kobiecości jest, moim zdaniem, osobista relacja i silna potrzeba komunikacji z własnym ciałem. Z poszanowaniem autonomii intelektu, lecz nie jego tyranii. W dobrej literaturze, która nie bazuje na stereotypach, ten aspekt „kobiecości” jest dostrzegalny. A cóż zatem z przypisywaną kobietom nadmierną emocjonalnością, czy nie jest ona charakterystycznym „znakiem” płci? Wydaje mi się, że nie. Zwłaszcza w poezji – sztuce karmiącej się emocją. Ckliwość i sentymentalizm są ckliwością i sentymentalizmem, nie zaś wyróżnikiem kobiecości, a delikatność i subtelność nie muszą być przecież wyłączną domeną piszących pań. Piękna i Czuła – tak Poświatowską zobaczył Grochowiak, tak ją zapisał – wielką literą. Cokolwiek miałoby to oznaczać, jakąkolwiek admirację, takie ujęcie jest też próbą odejścia od powierzchowności urody i czucia, na których często się zatrzymujemy, opisując kobiecość, bez wgłębiania się w coś o wiele ważniejszego niż „skóra” płci. Coś, w czym „podskórnie” tętni, chociażby ta – typowo kobieca – skłonność do kwestionowania wagi i wieczności tzw. „męskich” wielkich spraw: Idei, Czynu, Sztuki…Ale też, symptomatyczne dla kobiety, empatyczne wyczulenie na szczegół, niewerbalną mowę świata i na swoistą „kruchość zdarzeń”, ulotność tego, co wydaje się pewne. Jak również szczególna, jakby „namacalna” świadomość procesów, toczących się „w głębi jestestwa”, związanych z ciągłą utratą części siebie – rozpadem (także w wymiarze duchowym np. kobiecości i męskości) oraz koniecznością ponownej, wewnętrznej integracji. Po mistrzowsku wyraziła to Wisława Szymborska wierszem „Autotomia”, dedykowanym pamięci Haliny Poświatowskiej, który tu pozostawiam jako puentę.

 

W niebezpieczeństwie strzykwa dzieli się na dwoje:
jedną siebie oddaje na pożarcie światu,
drugą sobą ucieka.

Rozpada się gwałtownie na zgubę i ratunek.
na grzywnę i nagrodę, na co było i będzie.

W połowie ciała strzykwy rozwiera się przepaść
o dwóch natychmiast obcych sobie brzegach.

Na jednym brzegu śmierć, na drugim życie.
Tu rozpacz, tam otucha.

Jeśli istnieje waga, szale się nie chwieją.
Jeśli jest sprawiedliwość, oto ona:

Umrzeć ile konieczne, nie przebrawszy miary.
Odrosnąć ile trzeba z ocalonej reszty.

Potrafimy się dzielić, och prawda, my także.
Ale tylko na ciało i urwany szept.
Na ciało i poezję.

Po jednej stronie gardło, śmiech po drugiej
lekki, szybko milknący.

Tu ciężkie serce, tam non omnis moriar,
trzy tylko słówka jak przy piórku wzlotu.

Przepaść nas nie przecina.
Przepaść nas otacza.

 

(W. Szymborska. Autotomia)

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko