Maciej Merkel – DZIADOSTWO

0
217

Maciej Merkel

DZIADOSTWO

Zdzisław BeksińskiTo nie był pierwszy lepszy dziad. To był sevre’owy wzorzec dziada. Jednonożny, rozlazły niczym brzuch wieloródki, szeroko-żuchwiasty, zaopatrzony w macki, których nie powstydziłaby się żadna ośmiornica, macki, wyrzucane ze zdublowanego cyklopowego oka, głęboko osadzonego w prymitywnie wystruganej czaszce, o twarzy zszarzałej, ziemistej, kostropatością swoją zawodzącej żałobne kantonady, fizjonomią – rozgrywającej wszelkie odmiany złości. Sztukmistrz upierdliwości – tak zwykliśmy niegdyś nazywać Przybyłka.

Przybywał w najmniej spodziewanych momentach. Walił w drzwi, a futryny podrygiwały w takt kresek i kropek, wydłutowywanych przez jego pięści. Taki miał styl. Alfabetu Morse’a nauczył się w powiatowej szkółce ORMO, gdzie przez kilka dobrych lat szlifował umiejętności interpersonalne, rozwijając muskulaturę i ogólną wiedzę o społeczeństwie socjalistycznym.

Nigdy nie chwalił się tym, kogo, gdzie i z jakiego powodu spałował, zresztą, powód – stanowił w jego ocenie najmniej ważny element pałownictwa. Liczyła się ilość, norma. Podziwialiśmy Przybyłka, nie za jego ideologiczne zaangażowanie, ile za ową ponadnormatywną stachanowską uważność, akuratność, za nieprawdopodobną wręcz umiejętność zafiksowania na problemie.

Nieważne, kim był bity. Nie miało znaczenia, za co był bity – najważniejsze było to, by bić go dobrze, zgodnie z zasadami sztuki, metodycznie i skutecznie. Pod pewnymi względami Przybyłek podobny był Ojcom Kościoła. Nie zawracał sobie głowy eschatologicznymi niuansami, bo dowód istniał sam w sobie; dzięki swojemu istnieniu. Bić , to bić – powiadał – i było w tym coś hamletowskiego. Oczywistego.

A potem stracił nogę. Niektórzy mówili, że była to zemsta doktora Stacha, wiecznie nawalonego jak stodoła miejscowego chirurga, zemsta za spałowanie chrześniakowego tyłka, kiedyś, w którąś z wigilijnych nocy stanu wojennego. Ssam Przybyłek nie potwierdził, ani nie zaprzeczył. W końcu – co tu było zaprzeczać – jak się gówniarz napatoczył, to i pewnie oberwał. Zresztą – mogłoby być gorzej: obić ryja dentystycznemu miotowi – to byłaby dopiero tragedia. Wraz z odrąbaną kończyną, odpłynęły macewy, a gumowe przedłużenie ludowej władzy utkwiło gdzieś na dnie posterunkowej szafy i trzeba było zacząć kumbinować.

W konkurencji tej Przybyłek nie miał sobie równych. Do komitetu miejskiego potrafił, w południe, na jednej nodze, wejść, niezauważony. Bezszelestnie przeszedłszy przez ściany, pojawiał się w gabinecie Pierwszego, jak mroczne widmo, żądając dodatkowych przywilejów, które z reguły dostawał natychmiast. I tak, jedyny inwalida w mieście, stał się posiadaczem trójkołowego smoka – dziwacznego skrzyżowania roweru z meleksem – dzieła technicznej myśli zaprzyjaźnionych inżynierów z Jugosławii. Władze Krajów demokracji ludowej dbały bowiem o jednonożnych, otaczały ich szczególną opieką, dopieszczały nowinkami technicznymi, słowem – marzeniem każdego dwunożnego powinno być: choć na chwilę przeistoczyć się w monopoda, zachłysnąć się dobrodziejstwem wszechogarniającej partyjnej empatii, zostać beneficjentem decydenckiego współczucia.

Przysięgam – fascynowal mnie ten wóz. Nie dane mi było jednak zakosztować uroków podróżowania. Nie dostąpiłem rozkoszy gniecenia tapicerki, dotykania sprzęgła i tych wszystkich dewiacji, którym podporządkowany jest młody męski umysł. Kiedy, po raz pierwszy i ostatni zarazem (na więcej się nie odważyłem) zapytałem właściciela owego wehikułu, czy mógłbym choć przez chwilę pobyć w nim sam na sam, odparł:

– Nie. Gdyby ci ucięli nogę, to proszę bardzo, ale dopóki nie utną, to mowy nie ma.

Niezaprzeczalna wyższość amputantów stała się od tego momentu głównym motorem moich przyszłych młodzieńczych frustracji. Wówczas jednak, widząc jeszcze jakąś szansę, postanowiłem jak najszybciej rozwiązać kwestię mojego dwukończynowego nieszczęścia, i, pojawiwszy się w lekarskiej dyżurce szpitala, zajmującego całą przeciwległą stronę mojej rodzinnej ulicy, zażądałem natychmiastowego ucięcia mi nogi. Akcja nie zaczęła się jeszcze na dobre, a już – zdechła – jak zwykle – w babcinej kuchni, dokąd, za włosy – dotargał mnie, dziwnie trzeźwy, doktor Stach.

Kumbinowanie przybyłkowe stanowiło niepodważalną wartość, było sztuką doskonałą. Kumbinować – znaczyło: zdobywać, za wszelką cenę, zawsze i w każdym możliwym miejscu, wyłuszczyć co się da, bez względu na wzgląd i oglądania się na innych: sklep, stragan, związki zawodowe, partyjny komitet, opieka społeczna – wszystkie te i wiele innych miejsc nawiedzał w poszukiwaniu darmowych dóbr – owoców strachu przed ostateczną bezwzględnością jednonogiego Golema, upierdliwego ponad miarę – lecz – skutecznego, jak nikt inny. Bezzwrotne pożyczki, mięcha, warzywa i świeże owoce, zapomogi, renty, nawet części do trójkołowca (które nie wiadomo skąd, kto i w jaki sposób importował, a może wymontowywał z innych, jugosłowiańskich, dzięki czemu chromi tambylcy byli zmuszeni używać do transportu osłów) – wszystko to były fanty, którymi obdarowany z nikim nigdy się nie dzielił, owszem, chwalił się za każdym razem, gdy udało mu się cokolwiek upolować, ale, żeby przy okazji wspomóc bliźniego- co to, to nie.

– Sami sobie załatwcie – mówił, ale, choćby człowiek od samego rana klęczał na magistratowej wycieraczce, policzkami wycierał podłogę w komitecie miejskim, kłaniał się w pas sklepowej – nic nie zwojował. A jemu – zawsze się udawało.

– Dziadostwo – za każdym razem powtarzała babcia, gdy rozlegało się futrynowe dudnienie – dziadostwo, bo wszystko to jest dziadostwo!

Słowo – klucz, magiczne, nierozłożone przez ograniczonych mentalnie językoznawców. Graal. Kropka. Alfa i Omega ówczesnej filologii. Kamień węgielny pod wieżą Babel. A słowo ciałem się stawało: niemal codziennie – kiedy lepkie ślepia jednonogiego Golema chwytały co popadnie: domowe sprzęty, które, w porównaniu z dniem poprzednim, zmieniły miejsce, garnki, stojące na kuchennej płycie – prześwidrowane na wylot. Ich wnętrza – spektrometrycznie przeanalizowane, golemowe gały, kradły co popadnie: wyrazy twarzy domowników, gesty – ich niezliczoną ilość: półgesty, machnięcia, skrzywienia, poruszenia, a wszystko to – sklecone do kupy, przetrawione w neuronach kojarzeniowych – pozwalało właścicielowi owych oślizgłych oczu, uzyskać przewagę, a doskonalone latami umiejętności śledczego, umożliwiały mu ocenę sytuacji, każdorazowo – słuszną i niepodważalną.

– Macie dziś żur, czuję – rozpoczynał, wpatrując się w jeden, nieokreślony punkt kuchennego sufitu – czuję. To co? Renta przyszła? – zwracał się już bezpośrednio, naświetlając babcine oczy jaskrawością niezgłębionego smutku – A ja nie mam dzisiaj co jeść. O! I pewnie torcik już w spiżarni?

Istotnie. Nigdy się nie mylił. Babcina renta przychodziła na listonoszowych nogach już wczesnym rankiem, witała wszystkich domowników uśmiechem i perspektywą wieczornej biesiady. W każdy taki dzień, jako najmłodszy, musiałem biec do najbliższej cukierni po czekoladowe ciasto – clue de temps – uwieńczenie chwały rodzinnego zmartwychwstania.

Przybyłek nie był zwykłym dziadem proszalnym. Był dziadem żądalnym. Opanował do perfekcji trudną sztukę negocjowania; zmieniwszy futerkową miękkość pokornych błagań w stalowy pancerz bezwarunkowej kapitulacji, przynitowany do podszewki mimowolnego poczucia winy przeciwnika, podświadomie wyczuwając każdy ze słabych jego punktów – zawsze osiągał swój cel.

Zanim obcięto mu nogę, pracował i mieszkał na żydowskim cmentarzu. Tu, przez lata, jak opowiadał: mył, stroił, zakładał tałesy z obciętymi frędzlami, odprowadzał, słuchał, zakopywał, inkasował. A co zarobił – to przepijał, w okolicznych knajpach czarował słuchaczy opowieściami o zmarłych starozakonnych, o tym, że wcale nie chowa się ich na siedząco i o tym, że wcale tak dużo nie zarabia, żeby wszystkim stawiać kolejki. Gdy trzeźwiał, wstępowała weń pozaświadoma religijność: po każdej uroczystości zjawiał się u nas w domu i, głosem dostojnym, podniósłszy prawą dłoń, a skierowawszy wskazujący palec ku niebu, recytował zapamiętany werset Księgi Daniela: “Lecz ty idź swoją drogą, aż przyjdzie koniec, i spoczniesz”, a babcia, domagając się, by powtórzył to samo po hebrajsku, ładowała równocześnie na talerz ponadnormatywną porcję tego, co akurat było w domu.

Wszyscy byliśmy pod wrażeniem jego niezwyczajnego pietyzmu w obchodzeniu się ze zmarłymi, w obchodzeniu się z obcojęzycznymi zmarłymi, i tego, że swoich – jeszcze żywych – po godzinach – pałował z równym, co funeralne, zaangażowaniem. Pił – za ile starczało, a picie swoje uważał za całkowicie logiczny skutek ciągu przyczynowego, część misji, jaką tu, na Ziemi miał do spełnienia.

– Pani kochana – odpowiadał babci, gdy ta zahaczała w rozmowie o drażliwy etanolowy temat – pani kochana, toć dwóch największych łotrów wszechczasów było abstynentami: Hitler i Beria! Znaczy to, że, nie ujmując pani w niczym, najdroższa, dobroć ludzka mierzy się na kielichy, nie inaczej. Żeby dobrze pracować, trzeba pić, a w domu, z bachorami na trzeźwo człowiek nie wytrzyma.

Chyba nikt z nas nie wiedział, czy Przybyłek miał dzieci. Podobno było ich kilkoro – część wygnał z domu, część przeklął, a reszta – sama uciekła. Żonę zaś – miał na pewno. Wypasione Dreies K. (Kinder, Kuche, Kirche), z pomocą pięści, zredukował do niezbędnego Eine K., jego ślubna tygodniami nie wychodziła z domu, a kolejne, podawane do stołu zbyt słone zupy, oznaczały jej twarz co raz to wymyślniejszymi kształtami sińców.

– Zobaczycie, wezmą ją kiedyś żywcem do nieba! – wzdychała babcia, dziadek nigdy jej nie bił, ba, nawet nie podniósł na nią głosu, i ów spokój w małżeńskim obcowaniu, oddalał, w jej ocenie, szansę na uzyskanie przedśmiertnej świętości.

Niestety, ktoś na górze, nie docenił kuchennych sukcesów Przybyłkowej. Nie wziął pod uwagę artystycznie zdeformowanego kształtu jej nosa, zbagatelizował światłocienną aurę odbijaną od różnobarwnych efektów pedagogicznych rękoczynów jej męża; ktoś na górze zapomniał o babcinych sugestiach.

Któregoś dnia, wraz ze stukiem mosiężnie zakończonych kul, do naszego domu wdarła się ponura wieść o raku, piorunującym, niespodziewanym efekcie rutynowych lekarskich auskultacji, osłuchiwań, jakim, na żądanie męża, poddała się owa posłuszna niewiasta, auskultacji w skutkach – nieobliczalnych.

– To po coś pan ją wysyłał do tego szpitala? Jak można tak złego prowokować? – babcia, odwrócona w stronę kuchenki, trzymała już chochlę – Kochanie, podaj panu talerz!

Zastawa w mig znalazła się na stole, przed gościem.

– Jak to po co? Coraz chudsza była, pani widziała – wymlaskał Przybyłek, wbiwszy swoje mackowate oczy w dno naczynia. Mlaskał coraz głośniej, mamlał, ślimtał, nigdy wcześniej tak obficie nie okraszał sąsiedzkiego obiadu, ale tym razem, nad strugami spływającej z kącików ust zupy górowały inne krople, dopiero co oderwane od jego policzków. Nie widziałem dotąd takiego zjawiska. Ciecze dublowały się, mieszały, nie tyle współistniały, ile – uzupełniały się wzajemnie, wzmacniały tony. Bolero? I usłyszałem ich słoną muzykę, zobaczyłem fragment matematycznego kodu, gęstniejącego na pięciolinii wraz z każdym następnym łykiem, coraz to mocniej akcentowanego, mocniej, dobitniej, dostojniej. Requiem?

– To teraz musi się pan nią zaopiekować – postanowiła babcia – zaniesie jej pan moją zupę.

– Ale co to da?

– Jak to co? Jest pan jej to winien.

Na dźwięk słów: “winien”, “dłużny”, zazwyczaj bez słowa wycofywał się za drzwi, nie tym razem jednak. Wciąż siedział, oparty o blat, zgarbiony, a lepkie oczy mitycznej Chimery nieprzerwanie drążyły miejsce, gdzie przed chwilą ów niespodziewany, wodny koncert majestatycznie dobrzmiał do końcowego Amen.

– Lecz ty idź swoją drogą, aż przyjdzie koniec, i spoczniesz…

– Nie spoczniesz, nie spoczniesz, masz tu pan zupę i wypylaj pan do tego szpitala! – babcia bywała czasem ckliwa, ale bywała też metodycznie okrutna, dlatego przez kolejnych kilkanaście dni Przybyłek wędrował w te i we wte, sunął, za pomocą tych swoich szczudeł   – od szpitala do babcinej kuchni, tam i z powrotem, niczym opancerzony garnkami transporter: marchwianek, rosołów, krupników i kartoflanek. A kiedy, któregoś dnia, oznajmił:

– Moja chce dziś ogórkową! – domyśliliśmy się, że to już koniec.

Następnego ranka, wszedł, bardziej zszarzały niż zwykle, i, nie wydawszy z siebie ni słowa, bezwiednie opadł na ławę.

– Chce pan wódki? – spytała babcia. Skinął głową.

– Od jutra już nie piję! – odezwał się wreszcie. – Ja się tam już w życiu napiłem, teraz już nie da rady. Ino ten jeden, jeden, ostatni raz.

Trudno nam było uwierzyć, ale to naprawdę był jego ostatni raz. Nigdy więcej nie sięgnął po kielicha. W jednej chwili zdradził wszystkich swoich szynkwasowych kumpli, zignorował zapachy strawionych wódą ścian okolicznych mordowni, odrzucił doskonałość geometrii kieliszka, wyparł się owej immanentnej metaforyczności, rozchodzącej się po wszystkich członkach, cieczy doskonałej, napoju bogów, artystów i wykolejeńców. Z dnia na dzień stał się podobny tym wszystkim jego abstynenckim łotrom.

Pogrzeb trwał dwa dni, można by powiedzieć – pieczołowicie stawał się, każdym drobiazgiem od nowa, dostojnie, niczym intronizacja po smucie, babcia uszyła nawet trumienną suknię, w której miała wystąpić królowa, suknię inkrustowaną delikatnie rozrzuconymi błyskotkami, przetykaną złotą nicią, suknię niezwyczajną, monarszą, pełną życia, skrojoną przez człowieka chcącego z premedytacją zagrać śmierci na nosie. Nic z tego nie rozumiałem, do tej pory bowiem chroniono mnie przed widokiem śmierci, zatykano uszy, by nie docierał do nich dźwięk ostatnich oddechów, zasłaniano oczy przed widokiem rigor mortis.

Razu pewnego, a było to, nomen omen w Dzień Zaduszny, gówniarz siedmioletni, stałem pomiędzy rozświetlonymi, pachnącymi zieleniną i stearyną grobami, z nabożną czcią wpatrując się w nagrobny napis poświęcony zmarłej mamusinej siostrze:

Odeszłaś od nas, bo tak chciał Bóg,

myśmy zostali sami.

Tu przekroczyłaś wieczysty swój próg,

a jednak zawsze jesteś z nami.

Bez dwóch zdań, było w nim coś magicznego, niepośledniego, coś, co zmusiło moje niedojrzałe nerwowe komórki do nadproduktywności: oto bowiem, siedmiolatek, wbiwszy wzrok w kwiatowy nagrobny wazon, przeniósł się do całkowicie innego wymiaru – tam, gdzie soliści trąb anielskich, chóry niebios i wszystkie trupy świata pospołu, oddawały się niezwyczajnemu misterium. Za każdym razem słyszałem ich szepty, strojenie instrumentów, a w chwilę później – przedostojną polifonię, powolną rytmem, wzniosłą i absolutnie niepowtarzalną, melodyczną linią.

Zatykałem uszy, odwracałem głowę. Nie pomagało. Zaczynałem krzyczeć, a darcie moje, coraz to donośniejsze, rozpraszało cmentarny tłum i nie tyle – zwracało uwagę, ile – przerażało. Matka, ciągnąc mnie za rękę, wraz z towarzyszącymi szeptami “szalony”, “mały wariat”, wyprowadzała za ogrodzenie, gdzie wszystko cichło, by w końcu zniknąć w miejskim szumie.

Dzień pochówku okazał się słoneczny, a żar z nieba – skumbinowany zapewne – od samego rana odbijał się od spoconych ciał, konwektywnie czyniąc powietrze lepkim i mdłym. Przybyłek zjawił się najpierwej, postukując laskami, wtoczył się do kuchni, za nim – jego zapach, piżmowy, nieznany nam dotąd, żałobny.

– Tak, – zwalił się na ławę – ze śmiercią nikt nie wygra.

Spojrzałem – i, dotąd dumna i pewna siebie sylwetka, przeistoczyła się w karłowate esyfloresy, surogat, opakowanie zastępcze. Widziałem to, naprawdę widziałem: jego cierpienie – nie z powodu zgonu, rozłąki, odejścia, nie; przegrał, a im bardziej ta myśl zaprzątała mu głowę, tym mocniej się garbił, starzał. Już nie cytował Starego Testamentu, siedział, wepchnięty w samego siebie mocą swojej porażki.

Pomyślałem, że, gdyby wiedział dokąd się udać, przed jakimi drzwiami rozłożyć swój inwalidzki majdan, po których schodach się wdrapać, komu wygrażać kulami – z całą pewnością skumbinowałby i nieśmiertelność.

– Pewnie, że nikt nie wygra – odparła babcia – bo trzeba się z tym pogodzić.

Milcząco skinął głową.

Doskonale go rozumiałem. Śmierć istniała jedynie na papierze, była dalekim i nierozpoznanym dziwolągiem, odstępstwem od szczęśliwej reguły – do chwili, gdy po raz pierwszy poczułem jej zapach. Tak, zapach. Mdławo – różany, piżmowy, lepki – organoleptyczny szok dla, wówczas, dziewięciolatka chronionego dotąd przed widokiem umierania, zaciskającego w piąstce matczyną dłoń, podczas gdy obok, tuż obok, siłą nieznaną, obcy, nagle zwalony z nóg – zaczyna rzęzić, podrygiwać, drżeć, aż w końcu nieruchomieje, ostatecznie burząc do tej pory wpajany gówniarzowi, porządek świata.

To ona – wielooktawowa, wybuchająca ostatecznymi powietrznymi bańkami, tocząca pianę z ust, różnokształtna, niczym graficzne odzwierciedlenie organowego koncertu, boleśnie regularna, swoją harmonią – majestatyczna, prowokująca ten rodzaj podniecenia, który dostępny jest jedynie czystym i otwartym umysłom. Akuratna i symetryczna, z sadystycznym zacięciem, do ostatniego wydechu, dająca nadzieję.

Podniecająca wydała mi się nie tyle jej nieuchronność, ile – od tamtej pory – jej stała obecność. Panoszyła się zapachem po kuchni, w sypialni, wieczorami – przygrywała do snu sonatowym klawesynem, a rankiem – mgłą wybuchała na zewnątrz, ogarniając ulice, przybudówki, delikatnym szronem przyprószając tafle okien. Czułem, jak przechodnie nią oddychają, pozornie na przekór, poddając się jej nieoznaczoności w sposób nieuświadomiony i niekontrolowany, przynajmniej dla mnie. Z czasem – zatarła się granica między światami: byłem i tu i tu, równocześnie. I, kiedy, wiele lat później, napisałem:

śmierć

nie zapuka

nagle

jak gość

ona tu jest

stwierdzono, że jestem wariatem. Być może i jestem.

Przybyłkową mieli chować na najodleglejszym, peryferyjnym miejskim cmentarzu. Niestety, ani trójkołowiec kalekiego wdowca, ani trabant moich rodziców, nie dałyby rady pomieścić wszystkich żałobników. Jako więc, że byłem najmłodszy z całej tej gromady, ktoś (nie pamiętam już kto) wpadł na pomysł, bym pojechał… karawanem. Nie muszę dodawać, iż tą opcję zaakceptowałem natychmiast, z uśmiechem, który, może i nie pasował do chwili, pewnie i był nie na miejscu.

Ale gdzie tam, nie na miejscu!

śmierć

nie zapuka nagle

jak gość

– Jak się jechało na trumnie? – spytała babcia po powrocie do domu, ja zaś – wypełniony po brzegi dwoma światami – odpowiedziałem jej milczącym uśmiechem.

– No tak – dodała – dziadostwo, wszystko to dziadostwo.

Wieczór był ciepły, a poruszające się z lekkim wiatrem, wywieszone na balkonie pranie, mianowało się samozwańczo jedyną okoliczną formą życia, siedziałem wśród tych powiewających koronek, ręczników, tasiemek, siedziałem sam, na wewnętrznych powierzchniach powiek rozgrywałem festiwal ciepła i zimna, ciemności i blasku. Drobinki jaskrawego złota rozchodziły się, to znów schodziły, obracały, przelatywały, niekontrolowane, tam i z powrotem, rozsadzały oczy, mroziły, tańczyły. I kiedy, w tańcu tym, ułożywszy figurę niezwyczajną, niespodziewaną, rozbrzmiały klawesynowym koncertem, uderzyły nagłym zapachem róży, gdzieś w kącie, pod spojówką, mignął mi napis świetlany, pulsujący setkami, tysiącami neonów, niepokojąco pulsujący, słowa, które kiedyś zwieńczą mój szalony czterowiersz:

ona tu jest.

Nigdy więcej nie zobaczyłem Przybyłka. Golem, zaszywszy się w swojej grocie, w ciemności – usprawiedliwionej stertą niezapłaconych rachunków i całkowitym brakiem pędu do życia – dogorywał przez następnych kilka tygodni. W końcu – otwarto drzwi jego mieszkania, komisyjnie – dopiero wówczas, gdy słodki zapach piżma, zmieszany z pospolitym zgniłym smrodem rozkładającego się ciała skakofonizował głuchych, nieświadomych sąsiadów.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko