Jan Stanisław Smalewski – Z kart historii nieznanej 13

0
135

Jan Stanisław Smalewski


Z kart historii nieznanej 13

Śmierć „Zapory”

 

W pierwszym odcinku „Sowieckich zdrad” przedstawiłem Czytelnikowi historię oddziału „Kmicica”, który stał się zalążkiem 5. Brygady AK na Wileńszczyźnie. Przypomnijmy: oddział ten, dowodzony przez por. Antoniego Burzyńskiego ps. „Kmicic”, został podstępnie w końcu sierpnia 1943 r. rozbrojony przez Sowietów, którzy bestialsko zamordowali porucznika na litewskiej bazie wraz grupą ponad 80-ciu najaktywniejszych jego żołnierzy.

Dowodzący akcją sowieckich partyzantów pułkownik Markow przywiózł wówczas do polskiej bazy „swojego człowieka” kpt. „Zaporę”, jak go przedstawił partyzantom. „Zapora” miał odbudować oddział w oparciu o „poprawne stosunki” z Sowietami, na zasadach wzajemnej współpracy, a nowy oddział miał odtąd nosić imię Bartosza Głowackiego.

Dowództwo Okręgu AK w Wilnie na czele z ppłk. Krzyżanowskim „Wilkiem” nie zaakceptowało tego kroku Sowietów, tym bardziej iż był on dowodem jawnej zdrady i próby podporządkowania.

Na miejsce „Kmicica” wyznaczono por. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”, który w krótkim czasie – przy pomocy cudem ocalałego z sowieckiego podstępu por. Antoniego Rymszy „Maksa” – zgromadził pozostałości oddziału pokmicicowego, tworząc w miejsce dotychczasowej stałej bazy partyzanckiej, ruchomy oddział konny i taborowy. Oddział ten niebawem zasłynął z waleczności i partyzanckiej taktyki nie mającej dotychczas sobie równej w polskiej historiografii.

Pisałem też, że rzekomy kaptan „Zapora” rozpoznany został przez „Maksa” jako były plutonowy, wydalony dyscyplinarnie z 19 pal w 1938 r. za naużywanie alkoholu.

Jak zatem skończył „Zapora”?

 

W grudniu 1943 roku, po nieudanych pertraktacjach z Sowietami, którzy wciąż usiłowali „znaleźć sposób” na niewygodnego dla nich „Łupaszkę”, w Brygadzie miało miejsce ważne wydarzenie. Jego główną postacią znów stał się plut. Wincenty Mroczkowski „Zapora”.

Początkowo por. Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” pozostawił „Zaporę” na czele grupy, którą przyprowadził on do Niedroszli, gdzie po raz pierwszy przybyły z Wilna „Łupaszka” spotkał się ze swoimi partyzantami. Grupa ta w kolejnych dniach przekształciła się w pluton, a „Zapora” został jego dowódcą.

Po tym jednak, co zaszło na Bazie „Kmicica” nad jeziorem Narocz, „Łupaszka” stał się przezorny. Jego zaufania nie budziła też przeszłość „Zapory”. Trudno zatem dziwić się, że komendant pozostawiając „Zaporę”, polecił go obserwować.

Podczas któregoś listopadowego spotkania „Maksa” z „Łupaszką” komendant zwierzył mu się, że jego przypuszczenia o bliskie kontakty „Zapory” z Sowietami potwierdzają się.

– W najbliższym czasie problem ten rozwiążę ostatecznie – wyjaśnił krótko.

Czy oczekuje pan komendant ode mnie jakiejś pomocy? – zapytał „Maks”, przypuszczając, że „Łupaszka” waha się z jakąś decyzją.

– Nie – odpowiedział komendant. – Ale skoro już rozmawiamy o tym, spowoduj, żeby do mnie zameldował się zaraz podchorąży kawalerii „Lech”. Chcę z nim porozmawiać.

Gdy podchorąży „Lech” zameldował się u „Łupaszki”, komendant oświadczył mu: – Chciałbym panie podchorąży, żeby pan dobrze przyjrzał się ludziom w plutonie. W najbliższym czasie zamierzam panu powierzyć dowodzenie. – Podchorąży nie ukrywał zaskoczenia.

– A „Zapora”? – zapytał.

„Zapora”? On nie będzie dowodził plutonem – wyjaśnił „Łupaszka.

 

Podejrzenia o współpracę „Zapory” z Sowietami ugruntowały się po potyczce w Syrowatkach. Poddał się im wtedy partyzant sowiecki, który przyjechał do Syrowatek furmanką zaprzężoną w białego konia. Partyzant bardzo dobrze mówił po polsku, wyjaśniając, że pochodzi z Krakowa, a do Sowietów trafił przez przypadek. Prosił, by włączyć go do polskiego oddziału, na co wyrazili zgodę. Przybyszowi nadali pseudonim „Szewczyk”.

Nieco wcześniej niż „Szewczyk”, do Brygady dołączyła Żydówka, której – jak twierdziła – udało się uciec Niemcom. Kobieta ta była lekarzem.

Podobno Niemcy wzięli ją do niewoli z oddziału sowieckiego. „Maks” słyszał osobiście, jak wyjaśniała „Łupaszce”, że jest wojen wraczem wtarowo ranga. To znaczy lekarzem wojennym drugiego stopnia. Widział również, jak fachowo wykonywała zabiegi medyczne. W jego obecności „cięła” rękę „Rosie”, którego postrzelili Sowieci, czyściła ranę oraz szyła ją nićmi chirurgicznymi ze zwierzęcych jelit.

Ktoś potem zauważył, że „Zapora” znał się z lekarką, jeszcze zanim znalazła się w Brygadzie. Później poinformowano „Łupaszkę”, że oboje spotykają się po kryjomu i nie chodzi tu wcale o zwykłe sprawy męsko-damskie.

Kolejna informacja była jeszcze bardziej zaskakująca. Informator doniósł komendantowi, że zarówno lekarka jak i „Zapora”, znali się wcześniej z „Szewczykiem” i pozostają z nim w ciągłym kontakcie. Dowiedziawszy się o tym, „Łupaszka” przywołał „Bohuna”.

– Chcę mieć konkretne dowody, „Bohun”, rozumie pan? Proszę całej trójce wyznaczyć stałych opiekunów i nie spuszczać ich z oka. O wynikach meldować mi na bieżąco.

Kilka dni później, po jednej z odpraw na temat planowanych przemarszów w okresie świąt Bożego Narodzenia, obserwatorzy „Bohuna” zameldowali, że „Zapora” skontaktował się z lekarką, u której czekał na niego „Szewczyk”. Powiadomiony o tym „Łupaszka” pomyślał chwilę i zadecydował:

– Jeśli jest tak, jak pan mówi „Bohun”, sądzę, że w nocy któreś z nich zechce opuścić nasz teren, by skontaktować się z Sowietami. Sprawa jest prosta. Należy złapać na gorącym uczynku.

 

Tak też się stało. Kilka godzin później cała trójka pojedynczo wymknęła się z oddziału. „Szewczyk” – jak się okazało – miał przygotowane sanki i konia. Sankami podjechał pod kwaterę, z której wymknęła się lekarka. Całą trójkę „Bohun” zatrzymał osobiście w momencie, gdy do sań dosiadał się „Zapora”.

– A to co za wycieczka? Gdzie się wybieracie po nocy? – „Bohun” zwrócił się do siedzących w sankach. Zaskoczony „Zapora” zaniemówił. „Szewczyk” usiłował zaciąć konia batem i uciec, ale natychmiast obstawili ich ludzie „Bohuna”.

Przerażony „Zapora” sięgnął po pistolet. „Bohun” był jednak szybszy. Oddał tylko jeden strzał, ale „Zapory” nie udało się już uratować. Dostał prosto w głowę.

„Szewczyk” z lekarką przyznali się do szpiegowania na rzecz Sowietów, całą winę zwalając na zabitego. „Łupaszka” i tym razem miał gołębie serce.

– Obserwowaliśmy was od dłuższego czasu – wyjaśnił szpiegom. – Wszystkie informacje, jakie przekazywał wam „Zapora”, były fałszywe. Nie ma dla was miejsca w naszej Brygadzie. Idźcie tam, skąd przyszliście.

– Mogą odejść? Tak po prostu? – zdziwił się „Rakoczy”.

– Tak – odparł komendant. – Chcę jak najszybciej zapomnieć, że tu byli. Oddajcie „Szewczykowi” furmankę i tego konia, którym do nas przyjechał. I dopilnujcie – zaakcentował mocniej – żeby nie zapomnieli czasem, zabrać ze sobą „Zapory”.

 

Swoją drogą w sprawie „Zapory” – jak wielekroć później Antoni Rymsza zastanawiał się wraz ze swoją żoną (wcześniejszą łączniczką i sanitariuszką oddziału) Aldoną – było coś niejasnego. Wówczas, kiedy Sowieci postawili go na dowódcę polskiego oddziału, jego żona ukrywała się w Małyszkach u matki Aldony. Mroczkowska miała przy sobie córkę. Gdy Aldona spotkała się z nią, Mroczkowska płakała, że nie wie, co stało się z ich dorastającym synem, który pozostał w rękach Sowietów.

Ludzie litowali się nad żoną dowódcy polskiego oddziału partyzanckiego i ukrywali ją. Gdy zmieniła miejsce pobytu na pobliski folwark, kontakt matki Aldony z nią urwał się.

„Lech” nie objął dowództwa plutonu po „Zaporze”, gdyż wcześniej zachorował. Funkcję tę „Łupaszka” powierzył „Bohunowi”.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko