Stefan Jurkowski – W rocznicę śmierci Stanisława Grochowiaka

0
185

Stefan Jurkowski


W rocznicę śmierci Stanisława Grochowiaka

 
















“Nie było lata”

 

36 lat temu, drugiego września 1976 roku, zmarł Stanisław Grochowiak. Znakomity i popularny poeta, lider pokolenia “Współczesności”, idol i niedościgniony wzorzec dla wielu młodych twórców.

 

*

 

Pamiętam, jakby to było wczoraj… Koniec lat sześćdziesiątych, w kwadratowym korytarzyku w redakcji “Kultury” na Wiejskiej kłębi się tłumek adeptów poezji, łaknących oceny Mistrza oraz – co bodaj najważniejsze – debiutu na łamach jednego z czołowych ówczesnych polskich tygodników społeczno-kulturalnych. Wśród wielu oczekujących na posłuchanie spotykało się Kazimierza Ratonia, Józefa Gielo, Alicję Patey-Grabowską, Małgorzatę Bieżańską, Krystynę Godlewską, Tadeusza Mocarskiego, Piotra Müldnera-Nieckowskiego, Grzegorza Walczaka, Jerzego Plutowicza, Jacka Bukowskiego, Tadeusza Olszewskiego, Jana Marszałka, Sławomira Podstolskiego i wielu innych…

Byli to autorzy często potem goszczący na łamach “Kultury”, wydający też swoje własne tomiki. Kto by mógł zliczyć tych, którzy przewinęli się przez ten niewielki pokój, który Stanisław Grochowiak, kierownik działu poezji, dzielił m.in z Krzysztofem Mętrakiem, Januszem Krasińskim i Zbigniewem Jerzyną. Oczywiście utwory wielu początkujących nie zyskiwały akceptacji Mistrza. Wiersze innych wędrowały do teczki z napisem “do druku” i czekały swojej kolejki.

Grochowiak lubił występować w roli mentora. Pouczał, gromił, czasem szydził, ale także potrafił wskazać zielonemu kandydatowi na poetę to, co w jego próbach było pozytywne i warte ocalenia. Umiał młodego twórcę ukierunkować i dodać mu otuchy. Pod warunkiem jednak, że w utworach dostrzegał istotniejsze poetyckie zalążki. Kiedyś zdruzgotany czyjąś niepochlebną opinią, poskarżyłem się Grochowiakowi. Nie przejmuj się – powiedział – Ale i rozważ to, bo nawet w najbardziej niesprawiedliwej krytyce znajduje się łut prawdy.

Zwracał przede wszystkim uwagę na precyzję oraz piękno języka polskiego. Drażniła go pretensjonalność, makaronizmy, sztuczność. Pamiętam, że pokazałem mu kiedyś wiersz, w którym użyłem słowa “horyzont”. Po cholerę używasz obcych słów – zagrzmiał Grochowiak – skoro w polskim języku jest taki piękny “widnokrąg”! Potrafił wyzwalać w innych wrażliwość na słowo, na kunsztowność frazy, muzyczność wiersza. Powiadał: Zanim będziesz pisał wiersze wolne, musisz nauczyć się zbudować klasyczny sonet. Podstawową rzeczą jest opanowanie warsztatu. Potem będziesz mógł pisać, co chcesz.

Nam, młodym jego uwagi głęboko zapadały w pamięć. Powiedziałem wyżej, że lubił być mentorem. To prawda, ale jego “mentorstwu” towarzyszyła aura przyjaźni i życzliwości.

Inne rozmowy, ale już z tymi, którzy w jego mniemaniu rokowali już pewne nadzieje, odbywały się nie tylko w redakcyjnym pokoju. Często przenosiły się one naprzeciwko “Kultury”, do baru “Frascati”. Podówczas ściany tam były pomalowane zwykłą klejową farbą, u dołu miały olejną lamperię. Siedziało się przy stołach nakrytych ceratą, na prostych biurowych krzesełkach. Ustawiona w rogu dychawiczna szafa grająca najczęściej wylewała z siebie piosenkę “Gdzie są chłopcy z tamtych lat”. Było tam zupełnie jak w wiejskiej geesowskiej knajpie. Rozmowy płynęły na złotej fali niewyszukanego w smaku piwa “Jubileuszowego”. Klimat tamtych spotkań był prawie taki, jak w “Objawieniu według świętego Jana”:

 

Że naród pije, ja pośród narodu

Przysiadam czasem. A lubię najniżej

Gdzie upaść trudno, bo tylko upadli

Mają swój kątek pod tą Ścianą Płaczu”.

 

Dopuszczenie adepta do stolikowej konfidencji uważane było za nobilitację. Tak więc bardzo sobie ceniłem zaproszenie do udziału w owych “posiadach” we “Frascati”. Pozwalało to przebywać w staszkowej aurze, i chłonąć każde jego słowo, wsłuchiwać się w charakterystyczny tembr jego głosu. W końcu dzieliła nas spora różnica wieku, a przede wszystkim pozycji i dorobku.

Był silną osobowością, bardzo imponował nam, dużo młodszym od siebie. Było to w pewnym sensie niebezpieczne, ponieważ jego niesłychanie precyzyjna, klarowna i recytatywna poezja tak wpadała w ucho, że często nawet mimo woli zaczynało się pisać Grochowiakiem. A potem bardzo trudno było wyzwolić się z tego zaklętego kręgu, by móc przemawiać własnym, autentycznym głosem.

 

*

 

Był legendą. Jako 22-letni młodzieniec olśniewająco debiutował w 1956 roku “Balladą rycerską”. Wkrótce przyszły dalsze tomy: “Menuet z pogrzebaczem”, “Rozbieranie do snu”, “Agresty”, “Kanon” i inne. Uprawiał też prozę i dramat. Tą jednak dziedziną jego twórczości mało się zajmowałem, zapamiętale chłonąłem przede wszystkim jego poezję, ale duże wrażenie zrobiła na mnie powieść “Plebania z magnoliami”.

Julian Przyboś nazwał go turpistą, uważając poetę za piewcę brzydoty. Inni mówili o nim “poeta w komeżce”, ponieważ religijny sztafaż bywał nierzadko integralną częścią niektórych jego wierszy. W każdym razie mówiono o nim dużo, a “Ballada rycerska” od razu została uznana za tom dojrzały i nowatorski. To wrażenie dodatkowo potęgował czas, w którym się ukazała. “Ciemne wiersze Grochowiaka” – by użyć słów samego poety – przełamywały obowiązujące dotąd konwencje, ostro występowały przeciw zniewalającej słowo socrealistycznej retoryce. Zaczęto go więc od razu postrzegać jako przywódcę wstępującego właśnie pokolenia “Współczesności”.

Mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju ewenementem, którego niejaką ilustracją może być tytułowy wiersz wydanego w 1969 roku tomu “Nie było lata”:

 

Nie było lata. Jesień szła od wiosny

Jak ziąb – od wody, jak od dzwonu kręgi.”

 

Bo rzeczywiście w jego twórczości nie widać było typowej dla młodych pisarzy ewolucji. Od początku w specyficzny sposób naznaczona była dojrzałością. Jesień szła już od wiosny, a tylko w miarę czasu i nabywania poetyckich doświadczeń intensywniały jej barwy.

Tomem, który w tamtych czasach czytałem od początku do końca, od końca do początku i na wyrywki; który stał się dla mnie inspiracją, niedościgłym kanonem poetyckiej sztuki, wprost objawieniem, był ten właśnie – “Nie było lata”. I dziś nie zmieniam zdania, nadal uważam go za najlepszy w twórczości autora “Agrestów”. Tutaj bowiem skumulowały się doświadczenia artystyczne i życiowe poety, tu 35-letni autor osiągnął prawdziwe apogeum, stanął u samych źródeł gorzkiej wiedzy o świecie i człowieku. I o poetyckim słowie. Bunt, który nie przeminął, ale się ustatecznił, pozwolił wyraźniej dostrzec, że w naszym zaklętym kręgu

 

Płaczemy śmierć cudzą, tak, na zawsze cudzą.

Przygodę innych, legendę nie o nas”.

 

A potem pytać w sposób jakże dramatyczny:

 

Gdzie jest to Zwierzę, które cień ogromny

We mnie wciąż rzuca –

Żagiew dymiącą,

Ciemny blask zwierciadła,

Głos dzwonu?

 

A także z filozoficzną zadumą spojrzeć na:

 

“…chłodne kościoły wieczoru,

Na to, co było i nie będzie więcej,

Na studnie nieba otwarte na ścieżaj”.

 

Artur Sandauer zarzucał Grochowiakowi zbytnią barokowość, usiłował sprowadzić jego poezję do poziomu zręcznego stylizatorstwa. Tymczasem bogactwo metaforyki, niezwykła dbałość o kunsztowną formę nie przesłaniały w twórczości Grochowiaka warstwy filozoficzno-refleksyjnej. Przeciwnie, owa krystaliczna czystość formy była znakomitym nośnikiem ważkich, uniwersalnych treści. Pokazanych za pomocą poetyckiego olśnienia, nie zaś retorycznych konstrukcji markujących tylko intelektualną głębię. Poeta operował obrazem, przypowieścią, akcja jego wierszy działa się w czasie teraźniejszym. Nawiasem mówiąc na ów czas zwracał uwagę nam, młodym. Mówił: Po co piszesz szła, była, mówił. Pisz idzie, jest…” I rzeczywiście w ten sposób wiersz zyskiwał na ekspresji, stawał się bardziej dynamiczny.

 

*

 

Była u Stanisława Grochowiaka utajona potrzeba kreacji. Każde spotkanie przy piwie czy gorzałce stawało się pewną zabawą. Zainscenizowane sytuacje służyły stworzeniu nastroju, inspirowały jakieś poetyckie “dzianie się”. Oczywiście w centrum owego zaimprowizowanego teatrum był Staszek. Lubił udzielać rad, łaskawie pochylając się z wysokości Parnasu. Lubił być w centrum. Mieć swój dwór. Jednak w tej swoistej “bizantyńskości” było coś sympatycznego. Bo Grochowiak nie sprawiał wrażenia człowieka zarozumiałego. Przeciwnie, raczej skromnego, przepędzającego wrodzoną nieśmiałość hieratycznymi gestami.

Znał jednak swoją wartość. Oto w wierszu “Susza” podmiot liryczny został przywleczony na pustynię w przewrotnym, cynicznym celu:

 

Nie żebym usechł

Lecz abym zakwitał

 

Nie żebym skrzeczał

Lecz z wilgotną wargą

Mokrym językiem

Winnym podniebieniem

Kościoły śpiewu i dzwonnice stawiał

 

Tymczasem co się pokazało? Wiara we własny talent, w moc słowa poetyckiego przenosi góry i ożywia martwe piaski:

 

Figlarze

 

Pójdą

A wrócą po szkielet

 

Figlarze

 

Wrócą

I utoną w studni

 

*

 

W początkach lat 70. był niekwestionowaną wielkością literacką. I to nie dlatego, że należał do PZPR, że były to akurat “te” lata 70. Trudno mi powiedzieć, czy był tzw. ulubieńcem reżimu. Moim zdaniem nie należał chyba do szczególnie uprzywilejowanych. Owszem, występował w telewizji, był w zespole “Kultury”, potem pełnił funkcję zastępcy redaktora naczelnego “Poezji”. Miał status wybitnego poety, znakomitego dramaturga i scenarzysty. Ale wciąż mieszkał w niewielkim mieszkaniu na warszawskiej Sadybie, przy ulicy Okrężnej, w starej kamienicy, gdzie na klatce schodowej utrzymywała się woń kiszonej kapusty i wilgoci.

Do polityki raczej się nie mieszał. Nie pamiętam, by pozwalał wykorzystywać swój autorytet do politycznych czy ideowych akcji. Jednak w latach 70. atakować go zaczęli nowofalowi poeci. Można rzec: szło nowe, i nie ta poetycka klasa, nie ta wrażliwość. Czy – do dziś – wielu poetów miewa podobne, jak Grochowiak, rozterki:

 

– Przejdę

Przechodzień –

Cóż z siebie zostawię?

Posąg ze soli, starca z ciężkim wzrokiem?

Tego, co przeżył już c a ł ą epokę?

Czy tylko durnia po zwykłej zabawie? –

 

Zastanawiałem się często, co by było, gdyby Stanisław Grochowiak dożył naszych czasów. Miałby dziś lat 82, a więc mógłby jeszcze wiele napisać, a teraz byłby czcigodnym nestorem.

Zwłaszcza, że właściwie dotąd jego poezja niesprawiedliwie pozostaje w cieniu mniej lub bardziej sztucznych wielkości, i jest powoli zapominana. A dla twórców najmłodszego pokolenia – to fakt tyle zdumiewający co autentyczny – Stanisław Grochowiak jest autorem… jakichś tam piosenek. Na szczęście(?) to wszystko zostało mu oszczędzone.

Umarł także jego świat. Nie ma już redakcji pism literackich, bar “Frascati” zmienił wystrój, przestała istnieć “Kamera”, nie ma już tamtej “Złotej rybki”, w “Ścieku” więcej bywa błota niż artystycznej braci. W knajpach dzisiejszych snują się kelnerzy o aparycji ochroniarzy, a goście przypominają bardziej gangsterów z czwartorzędnych amerykańskich filmów. Poza tym zerwały się, niczym wątłe nitki, więzy towarzyskie, ludzie się skłócili, rozproszyli, poszli walczyć o utrzymanie się na powierzchni. I tak nastąpił koniec artystycznego, cyganeryjnego świata, który był środowiskiem naturalnym Grochowiaka. Życie bez tego wszystkiego byłoby dla poety w dwójnasób bolesne.

W tydzień po śmierci Stanisława Grochowiaka pisał w “Kierunkach” jego przyjaciel z czasów młodości, też już nieżyjący pisarz Józef Szczypka: Czyż zresztą nie był stale jakby jakimś dziwnym, młodzieńczo rozkochanym w świecie przybyszem ze swoich liryków? (…) Żegnamy teraz z największym żalem tę Postać urzekającą delikatnością i Poetę wzniosłych, zbuntowanych marzeń oraz nieustannie poszukującego sumienia.

W tych kilku słowach zamknął Szczypka bodaj najistotniejszą prawdę o Stanisławie Grochowiaku, o jego uniwersalnej, ponadczasowej poezji. Wciąż widzę tego idola mojej wczesnej młodości – który tak mnie fascynował, a od którego w artystycznym sensie musiałem wciąż się wyzwalać – jak obojętny na “durniów krzyczących po zapustnych placach” idzie przez ogród poezji “z drapakiem zamiast róży”. Powie Grochowiak:

 

Ale mnie czułość dalej nie opuści;

Przecież zetleje już kamień nagrobny;

Z tych świec, co moje, wiatr rozkruszy knoty,

Z tych łez, co dla mnie, piasek się zawiąże,

A wciąż – przez niebo – będzie szedł znużony

Zamiatacz modlitw z posiwiałą miotłą.

 

Bo czy mogłoby być inaczej?


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko