Beata Golacik – Muzą być

0
60

Beata Golacik

Muzą być

 

MagritteKto się zadaje z poetą, naraża się na wiersz. Wystarczy, na końcu tego zdania, dodać wykrzyknik i mamy gotowe hasło ostrzegawcze, które doradzałabym umieszczać profilaktycznie na plakatach anonsujących wieczorki literackie. Bez wykrzyknika zaś, drobnym druczkiem u dołu, można by je drukować na rozlicznych zaproszeniach do udziału w „jesieniach” czy „wiosnach poetyckich”. Tak na wszelki wypadek. Bo przecież, czy organizatorzy tych imprez są w stanie przewidzieć, kto kogo i do czego zainspiruje? I czy są w stanie zadośćuczynić za ewentualny trwały uszczerbek na literaturze, poniesiony w wyniku nieodpowiedzialnego użycia talentu, zwłaszcza tego rzekomego? Albo przeciwnie, czy są w stanie wypłacić autorowi autentycznego dzieła stosowną rekompensatę za odstąpienie udziału w zyskach na rzecz „współtwórcy- inspiratora”, należącego do grupy „tych awanturujących się”? Otóż twierdzę, że nie są. Dlatego zalecam ostrożność.

 

A jak by na taką inskrypcję zareagowały Erato, Kaliope, Euterpe – wiotkie boginki apollińskie, wzbudzające gejzery liryzmu? A zresztą! Niech im Olimp lekkim będzie! Dziś już chyba nikt nie wierzy w takie bajki. Poeci są świadomi praw i obowiązków wynikających z założenia… i uroczyście oświadczają, że wstępują w związki twórcze i przyrzekają, że uczynią wszystko, by były one zgodne, szczęśliwe i trwałe. A dzisiejsze muzy? Przeciwnie – z ich samoświadomością różnie bywa. Czasami nawet nie wiedzą, że są, dopóki nie zdarzy im się wpaść w łapy jakiegoś wiersza.

 

No, bo czyż np. w utworze Kazimierza Przerwy-Tetmajera pt. „Lubię, kiedy kobieta”, nie moglibyśmy się doszukać prawdy wzniosłej – wręcz uniesionej – o kobiecie (jakiś jej egzemplarz poglądowy chodził zapewne kiedyś po ziemi)? Moglibyśmy, gdyby nie fakt liryczny, za którym stoi wyznanie: „lubię”. Otóż właśnie! Wizerunek niewiasty zemdlonej lubieżnie, pobladłej, ledwo dyszącej, oniemiałej z żądzy i zalęknionej równocześnie (uwaga marginalna: konia z rzędem temu, kto widział wstyd kobiecy, wyrażający się wpijaniem palców w ramiona z rozkoszy i pożądania), jest nie tyle apoteozą zmysłowej kobiecości, co hymnem pochwalnym na cześć najwyższej klasy kochanka. Bo czyż ktoś, kto oczyma wyobraźni zobaczy opisany w wierszu, erotyczny obrazek, nie pomyśli z uznaniem o sprawcy tego ekstatycznego uniesienia?

 

Lubię, kiedy kobieta omdlewa w objęciu,
kiedy w lubieżnym zwisa przez ramię przegięciu
gdy jej oczy zachodzą mgłą, twarz cała blednie,
i wargi się wilgotnie rozchylą bezwiednie.

Lubię, kiedy ją rozkosz i żądza oniemi,
gdy wpija się w ramiona palcami drżącemi,
gdy krótkim, urywanym oddycha oddechem
i oddaje się cała z mdlejącym uśmiechem.

I lubię ten wstyd, co się kobiecie zabrania
przyznać, że czuje rozkosz, że moc pożądania
zwalcza ją, a sycenie żądzy oszalenia,
gdy szuka ust, a lęka się słów i spojrzenia.

Lubię to – i tę chwilę lubię, gdy koło mnie
wyczerpana, zmęczona leży nieprzytomnie,
a myśl moja już od niej wybiega skrzydlata
w nieskończone przestrzenie nieziemskiego świata.

 

Aliści, nieziemskie te przeżycia, nie są upamiętnieniem walorów muzy, lecz samego poety, jego emocji, pragnień i wyobrażeń. Każda muza powinna o tym pamiętać. Jak również o tym, że w zasadzie wszyscy mężczyźni, jak uczy doświadczenie, bardzo długo pozostają pod wrażeniem, jakie zrobili na kobietach.

 

Zatem muzą być, to zajęcie naprawdę uciążliwe. Po pierwsze tego się nie wybiera, to spada na człowieka znienacka, a taka nagła i niespodziewana misja wobec świata sztuki może przysporzyć, nieprzygotowanej do tej roli, muzie nie lada kłopotów.

Po drugie, muza nieruchomieje, zastyga w wyobrażonej przez autora pozie na bardzo długo – w założeniu artysty na wieki. Można przy tym zdrętwieć, można się nabawić przykurczów i wtedy nawet cud „zmuzowstania” może okazać się niepełny – nie przywróci dawnej, wiotkiej sylwetki człowieczej, dawnej niefrasobliwości bycia sobą – bycia osobą. Ciało muzy może bowiem nabyć  stałej i nieodwracalnej skłonności do przybierania póz. Po trzecie, „muzowanie” może odbić się trwale i niekorzystnie na psychice, jeśli nie samej muzy, to z pewnością osób muzie towarzyszących z konieczności i bez możliwości ucieczki. Po czwarte, muza to corpus delicti każdego literackiego występku – przedmiot niekończących się śledztw, domysłów, poszlak i tropów.  W takiej sytuacji, syndrom „ofiary-winowajcy” może skazać muzę na korzystanie z usług poradni terapeutycznych wszelakich maści, a nierzadko uzależnić ją od niezbędnych środków farmakologicznych. Przesadzam? Najwyżej troszeczkę…

 

Kiedyś, płochym dziewczęciem będąc, w cichości izdebki swego naiwnego serduszka, marzyłam, żeby, choć raz w życiu stać się muzą poety. Już nie marzę i wszystkim dziewczętom bądź chłopiętom (w dowolnej grupie wiekowej) takie marzenia szczerze odradzam. Odkąd sama zaczęłam pisać i zrozumiałam, co poeta, zwłaszcza dobry, jest w stanie nawyczyniać z faktami, przedmiotami, osobami czy osobistościami, które go inspirują, z wielką ostrożnością tropię ślady ewentualnych muz w tekście.

 

Muzą być to zajęcie obarczone ryzykiem ciężkich powikłań egzystencjalnych. Rokrocznie, gdzieś na świecie, wybucha wiosna i tradycyjnie sieje zieloną weną. Po niej przychodzi lato, rozgrzewające wenę do białości, a następnie jesień spowija wenę mgiełką melancholii, która zimą wywoła w artyście apogeum duchowego udręczenia. Nie ma co się łudzić! O każdej porze roku operatorzy słowa rozglądają się pożądliwie za jakąś, Bogu ducha winną, muzą! Ratuj się, kto może!

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko