Jan Stanisław Smalewski – Z kart historii nieznanej 12

0
150

Jan Stanisław Smalewski – Z kart historii nieznanej 12

 

Ukropianka

 

Kiedy już słońce ożywiło wiosenną zieleń, trawa na łąkach stała się soczysta, a wioski zatętniły pełnym życiem, maszerując ze szwadronem, „Maks” zbliżał się do wsi Ukropianka. Dzień był pogodny, droga – trakt brukowany, łączący Starą Wilejkę ze Smorgoniami – prowadziła przez las i była w kilku miejscach przekopana. Było to dziełem sowieckich partyzantów, którzy w ten sposób usiłowali utrudnić korzystanie z niej niemieckim okupantom.

Dochodziła godzina czternasta. Około 200 metrów przed wsią las się kończył, a widok na Ukropiankę zasłaniało wzgórze, na którym jakaś wieśniaczka pasła krowę. Widok ten trochę go zaintrygował. Dlaczego właśnie na wzniesieniu? – pomyślał.

Kobieta, trzymając krowę na postronku, siedziała na ziemi i od czasu do czasu rozglądała się nerwowo.

„Maks” zatrzymał szwadron na krawędzi lasu i wysłał do wieśniaczki szperacza. – Uważaj – ostrzegł go – kobieta może być obserwowana ze wsi.

Szperacz zatrzymał się 20 metrów od kobiety i pochylony w kucki przy ziemi, zaczął ją przyzywać. Kobieta jednak nie reagowała.

Nie rezygnując z wejścia do wsi, „Maks” ostrożnie podciągnął ludzi pod sam szczyt wzniesienia i wyszedł na jego wierzchołek. 70 metrów dalej znajdowała się wieś, a na samym jej skraju koło krzyża zgromadzona była grupa sowieckich partyzantów. Sowieci – gdy tylko ich zobaczyli – oddając w stronę partyzantów kilka serii z automatów, rzucili się do ucieczki.

Rozciągając szwadron w tyralierę, „Maks” szybko poprowadził go w stronę wsi. Nie zdążyli jednak jej otoczyć. Ze wsi – ostrzeliwując się – w stronę przeciwległej krawędzi lasu uciekło, rozproszonych pojedynczo, około 20-tu sowieckich partyzantów. Skończyło się na wzajemnym ostrzelaniu.

Po wypłoszeniu Sowietów, „Maks” postanowił pozostać ze szwadronem w Ukropiance na noc. Podczas rozmowy z gospodarzami dowiedział się, że trzech młodzieńców z tej wioski jest od niedawna w sowieckiej partyzantce. Zdania chłopów były podzielone. Jedni twierdzili, że powędrowali tam sami, drudzy natomiast uważali, że użyto wobec nich podstępu.

Na rozmowy z ich rodzinami „Maks” nie miał czasu, osobiście wątpił jednak w ich dobrowolne zgłoszenie się do oddziałów sowieckich. Podejmując decyzję o pozostaniu we wsi na noc, spodziewał się, że Sowieci ich odwiedzą. Był też przekonany, że przyjdą we wzmocnionym składzie. Przewidując to, nakazał wystawić naokoło wsi wzmocnione ubezpieczenia i wyznaczyć łączników. Służbę powierzył dowódcy plutonu – „Gryfowi”. Szwadron rozlokowali w stodołach. Noc, jaka nastała, była ciemna i cicha. Gdy do dwudziestej trzeciej nic się nie wydarzyło, położył się spać. Około północy obudził go „Gryf”.

– „Maks”, idą. Wartownicy zameldowali, że podchodzą od strony lasu, w którym uprzednio się ukryli. Słychać było wyraźnie ich kroki, gdy przechodzili przez bruk.

Pod lasem biegła brukowana droga, którą oddzielał od wsi pas podmokłej łąki – zwanej powszechnie osielicą. Przez łąkę, w odległości około 70-ciu metrów od lasu i 50-ciu od strony wsi, przepływał strumień, nad którym przerzucone były liczne kładki dla pieszych i bydła.

Po otrzymaniu informacji od „Gryfa”, „Maks” kazał natychmiast postawić na nogi cały szwadron i zająć ustalone wcześniej stanowiska. Wychodząc przed stodołę, wyraźnie słyszał kroki przedzierających się przez łąkę i przechodzących po kładkach Sowietów. Stał spokojnie przy płocie, czekając, aż jego ludzie zajmą stanowiska. Po chwili dołączyli do niego: „Akacja”, „Mikrus” i siostra „Aldona”. W pobliżu byli też łącznicy do poszczególnych plutonów i… „Herkules” z karabinem maszynowym na trójnogu.

Już miał zamiar wystrzelić rakietę, gdy usłyszał wyraźny szept „Herkulesa”.

– „Żuk”, stań tu przy karabinie maszynowym, bo ja muszę się załatwić.

Zaczekam chwilę – pomyślał – niech cekaemista sobie ulży. W tym momencie rozległ się strzał karabinowy. To stojący za rogiem stodoły jego wartownik. Musiał strzelić, gdyż sowiecki partyzant wszedł prosto na niego.

– Trzymaj „Mikrus”! – „Maks” podał mu rakietnicę. – Wystrzel do góry, nad łąkę!

Gdy rakieta oświetliła cały teren pomiędzy wsią i lasem, otworzyli silny ogień. Sowieci zbliżali się już do najbliższych zabudowań. Jak można było zorientować się w świetle rakiety, było ich około setki. Jak potem się dowiedzieli była to jednostka zwana „atriadem”.

Przeciwnicy nie zdążyli nawet oddać w ich kierunku kilku porządnych serii.

Rakieta powoli zniżała się, oświetlając swym zasięgiem coraz mniejszy teren i jeszcze nie zgasła, gdy – na głośną komendę: „Spasajsia, kak kto możet!” „Ratuj się kto może!” – Sowieci w popłochu zaczęli się wycofywać.

Rozsypani po całej łące, na szerokości co najmniej stu metrów, uciekali w stronę strumyka. Gdy rakieta zgasła, ogień został wstrzymany. Jakiś czas słychać było jeszcze odgłosy uciekających, którzy w panice nie zatroszczyli się nawet o swoich rannych.

Zaraz siostra „Aldona” pobiegła z „Mikrusem” do plutonów, by sprawdzić, czy ktoś nie potrzebuje pomocy, a kiedy upewnili się, że nikogo kula nie drasnęła, stan pogotowia został odwołany.

O świcie wymaszerowali z Ukropianki, pozostawiając na jej łąkach kilkunastu zabitych partyzantów sowieckich. Zabrana im broń wzbogaciła ich uzbrojenie o kilka automatów, karabiny i zapas amunicji.

Opuszczając wieś, „Maks” był przekonany, że jakiś miejscowy goniec da o tym znać do sowieckich oddziałów i Sowieci wrócą, żeby zaopiekować się pozostawionymi ofiarami.

Rano przybyli do miejsca stacjonowania szwadronu „Rakoczego”, oddalonego około czterech kilometrów od Ukropianki. Kiedy o całym zajściu „Maks” opowiedział „Rakoczemu” i wyjawił mu swoją myśl o powrocie Sowietów po swoje ofiary, „Rakoczy” zaczął go przekonywać, żeby tam wrócili.

Przydałoby się wykurzyć ich z tego terenu. Kolejna nauczka mogłaby temu sprzyjać. Pójdziemy tam zaraz po śniadaniu – namawiał go.

Ostatecznie uzgodnili, że on wyruszy pierwszy, a „Maks” jakiś czas po nim; podejdzie pod Ukropiankę i będzie go ubezpieczał. Tak zrobili. „Rakoczy” odmaszerował, a on pozostał.

Po spożyciu posiłku i krótkim śnie, korzystając z pomocy miejscowych przewodników, „Maks” wyruszył skrycie z powrotem pod Ukropiankę. Po podejściu pod wieś, ukryci w niewielkim lasku, czekali na dalszy rozwój wydarzeń. Słoneczko przygrzewało, wokół panowała cisza, zielono było i wiosennie. Już wydawało mu się, że jego przypuszczenia były mylne, gdy około godziny trzynastej nieoczekiwanie we wsi dała się słyszeć strzelanina. Jej odgłosy upewniały go, że w starciu bierze udział niewielka liczba żołnierzy. Słychać było kilka karabinów maszynowych i kilka zwykłych. Mimo iż strzelanina postawiła szwadron na nogi, trwała krótko i zanim zdążył wydać rozkazy do wymarszu, wszystko ucichło.

Zachowując ostrożność, oddział „Maksa” zbliżał się do Ukropianki. W drodze spotkał jednak opuszczającego ją „Rakoczego”, który mu opowiedział, że polną drogą na kilku furmankach bez ubezpieczenia, zbliżała się do Ukropianki grupa sowieckich partyzantów. Po wejściu do wsi „Rakoczy” ubezpieczył się ze wszystkich stron, a u wylotu drogi – opodal krzyża – zamaskował dwóch żołnierzy z erkaemem. Obsługa erkaemu dopuściła nadjeżdżających na odległość 30 metrów i zatrzymując ich, wezwała do podniesienia rąk. Sowieci nie usłuchali jednak wezwania, oddając do Polaków serię z automatu. W odpowiedzi na to, Polacy otworzyli ogień z kilku karabinów maszynowych.

W potyczce tej zginęło kilkunastu sowieckich partyzantów. Ranny został ich dowódca, młody, przystojny porucznik, którego opatrzyła siostra „Kicia”. Po opatrzeniu rannych Sowietów „Rakoczy” zebrał zdobytą broń i opuścił Ukropiankę.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko