Leszek Żuliński – Jeszcze jedna rana

0
205

Leszek Żuliński

Jeszcze jedna rana

Pamięci Melanii Fogelbaum

      Latem 2004 roku zadzwoniła do mnie pani Jadwiga Mostowiczowa, wdowa po ś.p. Arnoldzie, lekarzu z łódzkiego getta, który przeżywszy Holocaustowe piekło porzucił medycynę i zajął się pisarstwem. Zapytała, czy zechciałbym zainteresować się tomikiem nieznanej żydowskiej poetki, który po latach wydali jej przyjaciele. Zrobili to w 60. rocznicę wybuchu powstania w getcie łódzkim; właśnie w lipcu 2004 roku.

Natychmiast podchwyciłem tę sugestię, ponieważ dzieje poezji żydowskiej zawsze mnie poruszały. Byłem wnikliwym czytelnikiem antologii wydanych prze Salomona Łastika, Aleksandra Ziemnego czy Mariana Grześczaka, czytałem większość publikacji ukazujących się na ten temat (przed 1990 rokiem było ich, niestety, bardzo niewiele), nosiłem się z zamiarem napisania większego tekstu o Arnoldzie Słuckim, do którego być może skutecznie powrócę, w końcu popełniłem inne teksty, jak np. ten o „żydowskim losie” Juliana Tuwima, który był prezentowany na łamach „Migotań”.

Ale zaczęło się to od pewnego przypadku. Otóż w 1988 roku zostałem zaproszony do Rzeszowa na sesję „Poezja pokolenia wojennego” i wiedząc, że tzw. referaty będą się „kręciły” wokół mniej więcej znanych tematów, wymyśliłem dla siebie coś, o czym sam niewiele wtedy wiedziałem. Moje wystąpienie brzmiało: „Kolumbowie z gwiazdą Dawida”. Rzuciłem się do lektur i zdołałem napisać tekst, który w rok potem ukazał się w pracy zbiorowej, będącej plonem wspomnianej sesji.

*

Na tej ponurej „liście poległych” wciąż pojawiają się nowe nazwiska. Historia wyrzuca z siebie, niczym archeologiczne znaleziska, nowe ofiary. Takie właśnie „znalezisko” kryło się za telefonem pani Jadwigi Mostwicz. Oczywiście, zainteresowałem się tomikiem i już po paru dniach miałem w ręku Zeszyt z Getta w Łodzi Melanii Fogelbaum, poetki, która przetrwała w pamięci garstki swych przyjaciół.

Kim była?

Urodziła się 5 czerwca 1911 roku. Miała nie talent, a wiele talentów artystycznych: uprawiała malarstwo, rzeźbę, poezję, pisała eseje. Znała historię sztuki.

W Litzmannstadt Ghetto znalazła się wraz z rodziną, tak jak większość łódzkich Żydów. Tu w 1942 roku zmarła jej matka. Mela pracowała w Wissenschaftliche Abteilung, czyli w Oddziale Nauki, który był raczej czymś w rodzaju lokalnego „muzeum etnograficznego”, gdzie w zaszklonych gablotach eksponowano sceny z życia Żydów (szabas, święta, wesele, pogrzeb…). Wokół lalkowych, drewnianych figurek kręciła się kilkunastoosobowa obsługa, w tym Leon Kowner, który po latach napisał: Tam poznałem Melę. Była drobną kobietą o orlej, drapieżnej twarzy i błyszczących oczach, w wieku nieokreślonym. Dziś wiem, że miała trzydzieści jeden lat. Przy pracy opowiadała nam o sztuce i naukach, o malarstwie i poezji, właściwie o wszystkim. Z czasem oddział został zamknięty.

Potem grupa przyjaciół spotykała się w mieszkaniu Meli; garnęła się do niej zwłaszcza młodzież. Tworzyli coś w rodzaju „kółka artystyczo-dyskusyjnego”.

Mela miała gruźlicę. Jej stan się pogarszał. W czasie likwidacji getta została – na noszach – wywieziona do Auschwitz-Birkenau, gdzie zginęła w komorze w dniu przyjazdu – 1 sierpnia 1944. Miała 33 lata.

Po jakimś czasie na terenie getta Nachman Zonabend znalazł dwa zeszyty z wierszami Meli i dwa jej zdjęcia wykonane przez Mendela Grossmna. Trzecią fotografię odnalazł na podwórku Meli, przy ulicy Marynarskiej, jej wspomniany przyjaciel Leon Kowner (dziś w Haifie). Wiersze zostały przekazane pani Helenie Zymler, dziś Svantesson – mieszkającej w Szwecji (w Lund).

Do czasu wydania wspomnianego Zeszytu ukazał się tylko jeden sygnał – Helena Zymler-Svantesson opublikowała w Szwecji kilka wierszy Meli przetłumaczonych na szwedzki w antologii pt. Och skuggorna blir langre (1972).

To głównie ona, Leon Kowner i jego syn Elysaff oraz grupka pozostałych przyjaciół (m.in. panie Jadwiga Mostowicz i Halina Elczewsla, pan Paweł Spodenkiewicz) pielęgnują pamięć o Meli – bez nich umarłaby dwukrotnie.

Wszystko, co zachowało się po Melanii Fogelbaum przyjaciele przekazali w depozyt United States Holocaust Memorial Museum, Washington DC. Wiadomo mi, że poza tekstami opublikowanymi w Zeszycie, jest jeszcze garstka, która nie wyszła drukiem.

*

Wiersze Meli (polskojęzyczne, bo chyba tylko takie pisała) zaskakują. Ich forma, słownictwo, tonacja odbiegają od tradycyjnego kanonu, którego „trzymała się” poezja żydowska. Jak wiadomo, do końca XIX wieku była ona mocno skodyfikowana przez tradycję literacką i religijną i jej „ożywienie” wersyfikacyjne oraz „imaginacyjne” nastąpiło raczej późno jak na europejskie miary. Mela – sądzę – weszła w „wiek pisarski” na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych, kiedy przez literaturę polską przetoczyły się już wszystkie „ówczesne awangardy”. W każdym razie wyraźnie widać w jej tekstach zafascynowanie rewolucją Peiperowo-Przybosiową, a nie np. Skamandrytami.

Już pierwszy wiersz z Zeszytu (Kłącze) zdumiewa z tego właśnie powodu. Oto jego początek:

Skrzypnął nieświat w desce ku oknu

i znużonym lotem w bezbólu

nieorle chciała w oknie zaszumieć koszula.

Jakże łatwo było koło muru

jakże łatwo było w sny kamienne frunąć

w odwrócone niebo podwórza.

To przecież jest klasyczno-awangardowe „rozbijanie tworzydeł”, szukanie nowej struktury języka i „geometryzownie przestrzennej perspektywy” patrzenia na świat.

W licznych wierszach Mela wykorzystuje swój talent malarski; obrazy, jakie pisze słowem są plastyczne i oryginalne:

W wiatraku sieni

przemiela się życie ośmiu ruder.

Smutna sień patrzy dymnikiem w niebo

nad dachem przekwita mgła,

śnieg, odwilż, liście

czasem kraczą aeroplany.

Nocą wiatr plącze w niciach drutów

strzęp okrwawiony.

 

Wielekroć znajdziemy tu perełki epigramatyczne – wiersze w kilku słowach przeistaczające się w literackie cymelia, jak np. ten:

Słuchaj jak w księżyc

wzielenia się nocą

psi śpiew

jak się w potężnej sieci trzepoce

jak kąsa


Oczywiście, teksty te bez wyjątku wypełnia zatruta posoka czasu. Katastroficzna hekatomba wisi nad niemal każdą metaforą, nawet wyrwane z kontekstu fragmenciki mają jednoznaczny wydźwięk, np.: żużle oczu, bezsen klątwy, wiatr skrwawione ręce wyciera w biel firanek, drzwi otwarte na nicość, krew nabrzmiewa czerwonym ołowiem, ból w źrenicach okien…

Powtarza się w różnych wersjach topos zamkniętego domu z ludzkimi oczyma przyklejonymi do szyb – to wyrazisty obraz strachu śledzącego ulicę, z której nie może nadejść nic dobrego, po której nieustannie przetacza się pochód śmierci:

Chłepcą bruk

kopyta biegnących szkap

czarno kapie

deszcz

w sień puka czarna wariatka śmierć

z jedną nogą za krótką

uschła kość puka w próchno

w kostkę asfaltu

w czarnej drewnianej

koronce karawanu

duszą się trupy

Zeszyt zawiera zaledwie 28 utworów. Na ogół krótkich, czasami nawet jedno- lub dwuwersowych (np.: we wszystkich oknach kwitnie krzyk / w ślepiach oślepłych koni w skowycie bitych psów). Nie wiem, ile pozostało nie wydrukowanych tekstów tej autorki. Na pewno mniej niż wydrukowanych. Wiem natomiast, że Mela była poetką utalentowaną i oryginalną.

Gdyby było jej dane przeżyć i pisać latami, jej twórczość miałaby szansę stać się osobnym ogniwem poezji współczesnej.

Gdy myślę dziś o tych sprawach, atakuje mnie metafora literackiej Atlantydy czy też pływającej wyspy, z której widzimy tylko to, co utrzymało się na wierzchu, a reszta, jak korpus góry lodowej, zalana jest wieczną tonią zagłady, która pochłania ludzi i epoki. Można by na to przystać, gdyby to jakiś demiurg, a nie sami ludzie, popisywał się straceńczymi sztuczkami. A tak i po Meli zostanie tylko jeszcze jedna rana w parszywej historii świata.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko