Jan Stanisław Smalewski – Z kart historii nieznanej (4)

0
147

Jan Stanisław Smalewski – Z kart historii nieznanej (4)

 

 

„Łupaszka” służył do mszy

 

Opiekę duszpasterską nad partyzantami w rejonie Wileńszczyzny sprawował arcybiskup Romuald Jałbrzykowski. Propagatorem partyzanckiego ruchu, którego chrześcijańskie zawołanie zawarto w słowach: „Jezu, ufam Tobie”, był współpracujący z nim ksiądz Michalkiewicz. W 5. Brygadzie AK nad przestrzeganiem boskich przykazań czuwał ksiądz Aleksander Grabowski „Ignacy”. Kapelan wypełniał codzienne posługi duszpasterskie; uczestniczył w modlitwach, spowiadał, rozgrzeszał, organizował i odprawiał nabożeństwa. Niektóre msze święte należały do uroczystości nie mających sobie równych. Niepowtarzalną była zwłaszcza towarzysząca im atmosfera, nastrój i patriotyczne zaangażowanie.

W niedzielę, w miejscu stacjonowania, pobudkę ogłaszano przed świtem. Zwykle było jeszcze ciemno, gdy partyzanci wychodzili do kościoła. Miejscowa ludność podążała wtedy za nimi.

W porze letniej organizowano ołtarze na zewnątrz: w lesie, na polanie lub – jeśli w pobliżu nie było kościoła – przy jakiejś zagrodzie, na łące, w sadzie. Ołtarze pięknie dekorowano. Najbardziej uroczysty charakter miały nabożeństwa odprawiane w kościołach. „Maks” w swoim szwadronie miał żołnierza, który przed wojną uczył się na organistę. Był to Reginia „Fligier”, brat ”Lecha”. Chłopak ładnie śpiewał i pięknie grał na organach. Gdy on grał na chórze, a partyzanci zaśpiewali „Boże coś Polskę”, płakał cały kościół, mury drżały.

Kiedyś w Żodziszkach, gdy weszli do kościoła, podszedł do nich miejscowy ksiądz franciszkanin. Ksiądz zaproponował brygadowemu kapelanowi pomoc w odprawieniu nabożeństwa. Kapelan zgodził się. Wtedy Rymsza uczestniczył w jednym z najpiękniejszych, najbardziej wzruszających nabożeństw. Gdy zaśpiewali hymn szwadronu, ich śpiew niósł się do samego nieba, a łzy płynęły z oczu każdemu. I nikt ich się nie wstydził.

 

Panie, któryś jest na niebie,

wyciągnij sprawiedliwą dłoń.

Wołamy z wszystkich stron do Ciebie

o polski miecz, o polską broń.

 

O Panie, skrusz ten miecz, co siekł nasz kraj.

Do wolnej Polski nam powrócić daj.

By stał się twierdzą nowej siły

nasz dom, nasz kraj.

 

O Panie, usłysz skargi nasze.

O usłysz nasz tułaczy śpiew.

Znad Wilii, Wisły, Warty, Bugu

męczeńska do Cię woła krew.

 

O Panie, skrusz ten miecz,

co siekł nasz kraj.

Do wolnej Polski nam powrócić daj;

by stał się twierdzą nowej siły

nasz dom, nasz kraj.

 

     Komendant służył do mszy. I nie tylko w żodziszkach. Czynił to zawsze, gdy tylko znajdował się razem z nimi.

Innym razem, a było to w parafii Świrany, na odprawie dowódców „Łupaszka” zwrócił się do nich: Panowie, zbliżają się święta, musimy naszym partyzantom spowiedź wielkanocną zorganizować. Ksiądz „Ignacy” nie może całej Brygady spowiadać w chłopskich zagrodach. „Maks”, idź na plebanię i załatw wejście z wojskiem do kościoła. A wy panowie – „Łupaszka” nakazał pozostałym – przygotujcie swoich ludzi, żeby mogli się wyspowiadać.

– Chodź synu – po odprawie ksiądz „Ignacy” zwrócił się do „Maksa”. – Pójdę z tobą do miejscowego proboszcza, porozmawiamy.

Na plebanii przywitał ich wysoki, chudy księżulo. Wokół było schludnie, czyściutko. Kapelan mu przedstawił się.

– Proszę księdza, jestem kapłanem katolickim, kapelanem przy oddziale partyzanckim, chcę zorganizować spowiedź wielkanocną. Chciałbym, żeby ksiądz okazał nam pomoc i udostępnił kościół.

– Jest nas pół tysiąca – dodał „Maks”. – Ksiądz proboszcz rozumie? – Proboszcz wystraszył się jednak.

Proszę księdza, ja tu na tej parafii jestem już piętnaście lat, ja nie mogę się narażać. Klucze dam, proszę skorzystać z kościoła, ale sam iść nie mogę. – Ksiądz ”Ignacy” zgodził się. Wziął klucze i udał się do świątyni.

„Maks” zatrzymał się na chwilę przy pododdziale, żeby swoim ludziom wydać stosowne polecenia. Gdy wracał do kościoła, na przykościelnym placu natknął się na „Łupaszkę”.

– „Maks”, co ja widzę? – komendant zwrócił się do niego. – Dlaczego w kościele jest tylko jeden ksiądz? A gdzie miejscowy proboszcz?

– Komendancie, wystraszył się. Klucze do kościoła dał, a sam nie przyszedł. Powiedział, że nie może.

– Nie może? Ano, chodź ze mną. – „Łupaszka” skierował się prosto na plebanię. Gdy zastukał do drzwi plebanii, „Maks” nie miał wątpliwości, że ksiądz zaraz wyjdzie. Jego stukanie obudziłoby nawet umarłego. I nie mylił się. Za moment w drzwiach pojawił się ksiądz proboszcz.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! – pozdrowił go „Łupaszka” i nie czekając, aż proboszcz odpowie na chrześcijańskie pozdrowienie, stanowczym głosem wyjaśnił: Ja jestem dowódcą oddziału i ja teraz odpowiadam za te owieczki, które są w kościele, ksiądz rozumie? Ja tu długo stać nie mogę, ksiądz wie w jakiej jesteśmy sytuacji? I proszę, ksiądz zaraz mi tam pójdzie do kościoła!

Gdy tylko to proboszcz usłyszał, poderwał się, omal przed „Łupaszką” nie stanął na baczność.

– Tak jest. Już idę. – Zakręcił się na jednej nodze, chwycił jakieś nakrycie z wieszaka, podbiegł do szafy, w biegu wyjął z szuflady stułę i pognał do kościoła. Gdy chwilę potem weszli z komendantem do świątyni, proboszcz siedział już w konfesjonale.

– Ale ja proszę bez broni do spowiedzi. Broń odstawić – zwrócił się do „Łupaszki”. – Oczy wszystkich partyzantów pytająco skierowały się w stronę komendanta.

– Z bronią podchodzić. Z bronią! – Głos „Łupaszki” był stanowczy.

– To są żołnierze, proszę księdza, a nie cywile. Jakby czuli się, gdyby przed Panem Bogiem stanęli bez broni?

I poszli z bronią, wyspowiadali się. Proboszcz do końca spowiadał razem z ich kapelanem, a wieczorem podszedł do „Łupaszki” i „Maksa”, by zaprosić ich na kolację. „Łupaszka” odmówił jednak.

– Dziękujemy księdzu. Co ksiądz miał zrobić dla nas, już zrobił. A na kolacji już byliśmy, u organisty.

 

   Warto w tym miejscu opowiedzieć jeszcze jedną historię z udziałem miejscowego księdza i por. Antoniego Rymszy „Maksa”.

W kwietniu 1944 roku „Maks” kwaterował ze szwadronem we wsi Korobki. W marszu do Korobek przechodzili obok plebanii proboszcza parafii Niestaniszki – księdza Piotrowicza, który zaprosił ich na herbatkę.

Po rozlokowaniu oddziału i wystawieniu ubezpieczenia, w towarzystwie ich księdza kapelana „Ignacego” udali się na plebanię. Byli również z nim „Akacja”, „Aldona” i „Mikrus”.

Gdy weszli na plebanię, stół był już przygotowany, a proboszcz oczekiwał ich, nie ukrywając zniecierpliwienia.

– Skoro już u mnie jesteście – gdy usiedli przy stole, zwrócił się do nich – chciałbym zaspokoić swoją próżną ciekawość. Powiedzcie mi, czy jest wśród was sławny na wszystkie okolice partyzant „Rymsza”? Chciałbym go zobaczyć. – Słysząc to, kapelan uśmiechnął się od ucha do ucha i powiedział:

– Niech go ksiądz ogląda do woli, on właśnie siedzi przed księdzem. – Ksiądz Piotrowicz ucieszył się.

– To pan? Bardzo się cieszę, że mogę pana poznać. Dużo dobrego słyszałem o panu, a mimo iż jest pan z sąsiedniej parafii, nie wiedziałem, jak pan wygląda.

Rymsza zażartował na to, że z ich księżmi teraz jak z ruskim popem. Powiadają, że popa znają wszyscy, tylko on nie zna nikogo.

– Nooo, aż tak źle na pewno nie jest – zaprotestował proboszcz.

– Ja też tylko żartowałem – przyznał Antoni. – Ksiądz powiedział, że ja wywodzę się z sąsiedniej parafii. Prawda to, ale sąsiedztwo nie jest aż takie bliskie, jakby się wydawało. 12 kilometrów to przecież spory kawałek drogi. Zwłaszcza dla przeciętnego parafianina.

– Dla księdza mój synu, dla księdza – poprawił go proboszcz. – Bo dla takiego parafianina jak ty synu, to na pewno pestka.

Podczas dalszej rozmowy ksiądz zaskoczył ich niespodziewaną propozycją.

– Chciałbym wam jakoś pomóc w waszym ciężkim partyzanckim życiu. Widzicie, mam jałówkę i dwie owce. Szkoda ich dla mnie. Mnie, księdzu, parafianie z głodu umrzeć nie pozwolą. Oddam je dla was, dla oddziału. Mam tylko prośbę. Chciałbym, żebyście upozorowali, że mi je rekwirujecie. – Goście popatrzyli po sobie z niedowierzaniem.

– A nie chce ksiądz czasem zaszkodzić reputacji naszego sławnego partyzanta Rymszy? – wyrwała się „Aldona”.

– A uchowaj Panie Boże, żebym chociaż tak pomyślał. Gdyby tak miało się zdarzyć… lepiej niech to zrobią wyznaczeni przez was ludzie. – Tutaj ksiądz opowiedział, że chodzi mu jedynie o zachowanie pozorów, żeby czasem nie doniosło się do władz okupacyjnych, że on współpracuje z polskimi partyzantami. Opowiedział im przy tym, jak niedawno temu w niedzielę, partyzanci sowieccy zebrali się w czasie sumy pod kościołem i kazali, by ksiądz od ołtarza przyszedł do nich. Wysyłali co chwilę po niego gońców z wybranych uczestników nabożeństwa, którzy podchodzili przez zakrystię i przekazywali mu różne pogróżki, aż on zdenerwował się i w ornacie wyszedł do nich, przechodząc przez cały kościół.

– Najpierw zabrali mi zegarek – żalił się proboszcz. – A potem wypytywali, czy utrzymuję kontakty z polskimi bandami. Pytali też – ksiądz przeżegnał się – czy znam i czy widuję partyzanta „Rymszę”? Wybacz im, Boże… nazywali pana – ksiądz zwrócił się do niego – bandytą. Pytali jeszcze, ilu ludzi chodzi do kościoła i grozili, że jeśli nie przestrzegę swoich wiernych, żeby nie współpracowali z polską partyzantką, źle skończy się to dla mnie i dla parafii.

– Dlatego rozumiecie… – tłumaczył ksiądz Piotrowski – muszę być bardzo ostrożny. Z drugiej strony, skoro im tak zależy na tym, żeby wam nie pomagać, nie mogę przecież współpracować z nimi, prawda?

Szczerość księdza proboszcza Piotrowicza wzruszyła ich i ubawiła zarazem.

– Skoro to tak ksiądz przemyślał – powiedział Rymsza – nie możemy wielebnemu pasterzowi zrobić zawodu.

Po poczęstunku w miłej atmosferze pożegnali się z proboszczem, a późnym wieczorem – zgodnie z umową – zarekwirowali mu jałówkę i owce. Rekwizycja odbyła się przy aktywnej obronie sąsiadów księdza, którzy pod niebiosa wychwalali zacność i zasługi swego proboszcza. Sam proboszcz doskonale udawał zrozpaczonego po stracie inwentarza, na co wypełniający to niewdzięczne zadanie podchorąży „Zawisza” obiecał mu wobec wszystkich, że zwróci niejadalne dla partyzantów kopyta i skóry.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko