Bohdan Wrocławski w pogawędce ze Zbyszkiem Joachimiakiem

0
197

Bohdan Wrocławski w pogawędce ze Zbyszkiem Joachimiakiem

 

Bohdan Wrocławski: Dziesięć lat temu ukazał się pierwszy numer Gazety Literackiej „Migotania”, której Ty jesteś ojcem i wydawcą. Czy jesteś zmęczony? Ile razy miałeś już dość?

 

Zbigniew Joachimiak: Nie. Nie jestem zmęczony. Redagowanie Migotań jest fantastycznym doświadczeniem. Jest nieustannym kontaktem z autorami, z ciekawymi osobowościami i tekstami, które są emanacją ich intelektów i wrażliwości.Z jednej strony mam nieustanną szansę „przebierania” pomiędzy swoimi ulubionymi autorami, a z drugiej – spotykania wciąż nowych. Mam 62 lata, a więc jestem już starym poetą i starym redaktorem, ale poprzez kontakt z wciąż nowymi, wstępującymi w życie literackie młodymi pisarzami i krytykami, też się …odmładzam. Nie, redagowanie kwartalnika, który – jak łatwo to zauważyć – jest wciąż w ciągu poszukiwawczym, zmieniającym swoje oblicze, wzbogacającym formułę, nie jest męczące. Jest inspirujące i daje wciąż niesamowitą satysfakcję. Są, oczywiście, ciemne strony tego zmagania. Przez lata, w lepiej prosperującej gospodarce, byłem w stanie wydawać pismo bez zasilenia publicznego, wyłącznie za środki pozyskiwane z mojej innej (wydawniczej) działalności. Teraz to niemożliwe. A więc przeżywałem chwile lęku, bo – w 10 roku istnienia ­- groziło „Migotaniom” zakończenie kariery na rynku czasopiśmienniczym. Jednak ostatecznie udało się uzyskać minimum dofinansowania, mam pieniądze na wszystkie 4 numery w roku 2012.

Ale były chwile zwątpienia, a potem zmęczenia. Teraz już jest dobrze. Do następnego roku (tu powinienem umieścić emotikon uśmiechu!). Na początku roku 2012 przeżywałem kryzys nadziei, to fakt. Jeśli przeszedłem przez ten czas bez większej depresji, to zasługa moich czytelników, którzy sformułowali list popierający „Migotania” skierowany do Ministerstwa Kultury. Bardzo licznie go podpisali. Nawiasem, akcja poparcia odbyła się na portalu pisarze.pl . Dobra okazja, aby teraz podziękować za to wsparcie. Nie pierwszy to raz, gdy Twój portal tak skutecznie włączył się w sprawy pisarskie.

Potem przeszedłem jeszcze chwilę wręcz szoku i euforii. Znalazły się prywatne osoby, które zapewniły pokrycie kosztów druku pierwszego numeru w 2012 r. Warto dopowiedzieć, że zrobiły to z własnej potrzeby serca, bez namawiania i próśb z mojej strony. Takie ciężkie chwile mają tę jasną stronę, że ukazują niespodziewanie sens wieloletniego wysiłku na rzecz dobra wspólnego, bo kwartalnik przecież tak działa, operując w sferze kultury, sztuki i intelektu. Nagle zrozumiałem, że mam naprawdę wielu „swoich” czytelników i nie jest to frazes.

Tworzenia takiego pisma, jak gazeta literacka „Migotania” przynosi jeszcze jeden, szczególny rodzaj zmęczenia. To dobre zmęczenie. Każdy numer, to kolejna runda długich rozmów, bardzo długiego seminarium, sympozjonu (a tym dłuższa to runda, gdy policzyć nakład godzin włożonych w napisanie tekstów, a nie tylko ich przeczytanie). A czyż późnym wieczorem, po długiej rozmowie nie czujemy się nieco wyczerpani?

Wydolność towarzyska (że tak to nazwę brzydko) wraz z wiekiem się zmniejsza, kwartalnik daje szansę na niezwalnianie tempa. Poprzez jego redagowanie utrzymuję więzi z przyjaciółmi, bo moi autorzy, to moi przyjaciele, to osoby, które są mi bez wyjątku bliskie. To oni są Migotaniami.

 

Czy oprócz całej plejady autorów ktoś Ci pomaga? Czy mówiąc językiem Jerzego Putramenta czujesz “ciepłe wymiona władzy”?

 

Pismo nie jest owocem tytanicznego wysiłku jednej osoby i na pewno tym tytanem nie jestem ja. Moja rola, to być jak najlepszym, skutecznym zwornikiem dla tej formy komunikacji społecznej, jaką jest pismo literackie. Na początku drogi miałem świetnych i inspirujących partnerów. Nie do przecenienia jest rola Władysława Zawistowskiego, który jest współautorem pierwotnej formy pisma. Wniósł do „Migotań” wiele pomysłów, które do dzisiaj realizuję. Antoni Pawlak, to też osoba, która trwale zadecydowała o miejscu pisma na mapie literackiej Polski. „Przyniósł” do kwartalnika wielu autorów, o których każde początkujące pismo tylko może pomarzyć. A obaj – i Zawistowski, i Pawlak – na dodatek dodali w chwili startu kwartalnika blasku poetyckiego, wszak są to poeci z czołówki polskich autorów, ich wierszy nie da się wymazać z historii współczesnej literatury polskiej. Szkoda (z mojego punktu widzenia), że tak szybko odeszli do pracy w administracji samorządowej i ograniczyli swą twórczą działalność. Wciąż jednak mam nadzieję, że „wrócą” aktywniej do „Migotań”.

Miałem szczęście do sekretarzy, a wiadomo, dobry sekretarz redakcji, to nieomal warunek, aby pismo mogło skutecznie trwać i się ukazywać. Teraz tę funkcję dzierży młoda polonistka, absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego, Karolina Firyn. Powiem krótko: jest doskonała, choć to jej pierwsze doświadczenie zawodowe.

Co bym odpowiedział Putramentowi?

„Migotania” otrzymały przez swoje 10 lat istnienia trzykrotnie wsparcie ze środków publicznych. Dwa razy było to dofinansowanie na koszty druku z Departamentu Kultury Urzędu Marszałkowskiego w Gdańsku. Raz otrzymałem niewielkie, wręcz minimalne wsparcie z Ministerstwa Kultury, to chyba było trzy lata temu. Zapytywano mnie, dlaczego przez wiele lat nie ubiegałem się o środki publiczne? Otóż, przez długi czas miałem ambicję dawać sobie radę bez niczyjej pomocy. Gdy jednak przyszły gorsze czasy, składałem do Ministerstwa stosowne prośby, ale kończyło się to z reguły tym samym wynikiem: komisje, które kwalifikowały i oceniały projekty tak liczyły punkty dla „Migotań”, aby zawsze te parę zabrakło do pozytywnej decyzji. Oczywiście nie przeszkadzało to, aby ta sama komisja naliczała wystarczającą ilość punktów dla przedsięwzięć komercyjnych (w tym roku np. dostało wsparcie grantowe pismo Bluszcz, które jest tak niszowe i niekomercyjne, jak ja gazetą sportową). Nie przeszkadzało to tejże komisji udzielać wsparcia pismom i projektom zdecydowanie politycznym a nie niszowym literackim i artystycznym.

 

Zawsze i dość automatycznie byłem wielkim krytykiem struktur biurokratycznych i rzecznikiem samorządności. Jednakże w kwestii przyznawania grantów, szczególnie w warunkach ograniczonych możliwości finansowych, radykalnie zmieniłem zdanie. W praktyce ostatnich lat poziom rzetelności, przyznawania pomocy finansowej przez komisje działające przy Ministerstwie Kultury, okazuje się niezwykle niski i …elastyczny, że tak to określę. Ktoś taki jak ja, wolałby mieć wyrazistszy adres, gdzie i do kogo należy składać pretensje, gdy tej pomocy nie otrzyma. Napisałbym list do ministra w tonie: nie zgadzam się z decyzją, uważam, że nie ma Pan racji… A w obecnej sytuacji do kogo kierować pretensje? Wszak o grantach faktycznie nie decyduje szef ministerstwa, ale powołana, środowiskowa komisja (a nie wiadomo, kto jest w tejże komisji. Próbowałem się dowiedzieć, ale okazuje się, że to tajna informacja i ministerstwo nie chciało podzielić się z nami tą wiedzą, pomimo, że moja dzielna sekretarz redakcji, Karolina Firyn, bardzo o to prosiła). W rękach Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego do arbitralnej (co nie znaczy dowolnej) decyzji pozostaje coś ok. 10 % środków. Niewiele, szczególnie w sytuacji, gdy w ogóle pieniędzy w całym resorcie jest bardzo mało.

A więc Panie Putramencie, czy czuję oddech władzy?

A owszem, bo proszę sobie wyobrazić, że po negatywnej decyzji „moich kolegów”, po odrzuceniu mojego odwołania od ich decyzji, spotkała mnie bardzo przyjemna niespodzianka. Skontaktował się ze mną osobiście Pan Minister, Bogdan Zdrojewski i w rozmowie telefonicznej zapewnił, że nie pozwoli, aby „Migotania” w dziesiątym roku swojego istnienia upadły i że znajdzie środki na wsparcie pisma. Słowa dotrzymał. Dotarła właśnie informacja, że nasz kwartalnik dostanie niewielki grant. Hurra! Czasami oddech władzy bywa miły.

 

Pytanie wredne i może nazbyt osobiste, ale muszę je zadać – ile to kosztowało przez te dziesięć lat Twoją rodzinę? Myślę tu o pieniądzach, ale także i o tym, że ojca rodziny nie ma ani duchem, ani ciałem w domu.

 

Ile mnie to kosztowało, pytasz. Nie wiem. Nawet nie próbowałem tego liczyć. Koszty pisma są zmienne, ale zawsze trzeba zapłacić za druk, redakcję, korektę, dystrybucję, skład, rozsyłkę gratisów i egzemplarzy autorskich. Boli, że nie ma szans nawet najmniejszych, abym mógł płacić autorom choćby symboliczne honoraria. To jest złe, chore. „Migotania” powstają w warunkach nieustannej partyzantki. Nie ma prawdziwej redakcji, czasami aż wstyd, bo przyjeżdża do mnie młody poeta, chce porozmawiać, pokazać teksty, usłyszeć słowa krytyki, a ja nie mam gdzie go przyjąć. Jeśli moi autorzy wyobrażają sobie, że redakcja „Migotań” to jakieś pomieszczenia, komputery, redaktorzy siedzący przy biurkach, praca na kolegiach, rozmowy z autorami przy stole i kawie, to niestety, mylą się: większość pracy wykonywana jest w domu Karoliny i moim. Pracujemy nad pismem w naszym prywatnym czasie, kontaktujemy się poprzez nasze prywatne telefony i komputery. Słowem, pełna improwizacja. Ale dzięki temu stylowi (czy też antystylowi) gazeta maksymalnie oszczędza na kosztach. Nie narzekam. Może tak powinno być? Takie są czasy. Mam poważniejsze zmartwienia, na przykład, jak spowodować, aby empiki chciały lepiej sprzedawać kwartalnik. Docierają do mnie głosy, że bywa bardzo cienko z obecnością pisma w wielu miastach, szczególnie tych mniejszych (a mniejsze oznacza nawet taki ośrodek jak Toruń!). Jest w tej dystrybucji niekomercyjnych wydawnictw poważny, choć nie od razu widoczny, ale trudny do rozwiązania społeczny problem o aspekcie finansowym. Już rozszyfrowuję! Państwo lub inne, np. samorządowe instytucje dofinansowują np. książkę lub pismo (np. ”Migotania”). Wydawca stara się to sprzedać, rozdystrybuować w całej Polsce, ale faktycznie kaleki system powoduje, że jedynym sensowym sprzedawcą jest empik. A tu empik ani się pali do tego „interesu”, bo cóż to za zarobek z 500 lub 800 egzemplarzy pisemka literackiego w cenie 10 zł za sztukę i bierze do dystrybucji jakąś tylko formalną ilość, np. 200 egzemplarzy. Pismo faktycznie nie dociera do zaplanowanego czytelnika, nawet gdy ten się upomina o tytuł w swoim najbliższym empiku. Pieniądze z dotacji zatem faktycznie się marnują, bo jeśli nie ma dotarcia do czytelnika, nie ma zaplanowanego oddziaływania. Pismo pada. Nikt nawet nie próbuje zmienić tej zaplątanej sytuacji, bo jak?

Wracając do pytania. Rodzina nie narzeka – wiedzą, że to przedsięwzięcie ma sens i wspierają mnie.

 

Z czego byłeś, jesteś najbardziej zadowolony, a z czego nie jesteś dumny w ciągu tych dziesięciu lata ukazywania się „Migotań”?

 

Jestem przede wszystkim zadowolony z tego, że udało się przetrwać 10 lat. To nie minimalizm, to realistyczna ocena warunków, w jakich przyszło mi działać. Pisma literackie padają jak muchy, wychodzą po kilka lat i następnie znikają. Z ogólnopolskich pism trwają te, które mają solidne wsparcie państwa, jak na przykład Twórczość, albo te, które są mocno ulokowane regionalnie, jak na przykład Odra.

Jest spory ruch w sieci. Co rusz pojawiają się bardzo interesujące portale i strony. Jest mnóstwo ciekawych „pism internetowych”, ale internet będący bardzo atrakcyjnym, żywym, i zmiennym medium, jest też nieokiełznany. Lubię czytać wirtualną „konkurencję”, ale wiem, że wciąż istnieje głód solidnej „papierowej” literatury. Tu „Migotania” są mocne.

Gdy sięgam pamięcią wstecz, przypominam sobie, że często namawiano mnie do zmiany formatu pisma, a ja wciąż trwałem przy swoim. Szczególnie mocno przekonywał mnie Grzegorz Musiał, który od zawsze bardzo narzekał, że tak duży format nie chce dostarczać mu do domu Poczta Polska. Prawie się złamałem, ale pomyślałem, że nie będę jednak zmieniał koncepcji pisma tylko dlatego, że nasza poczta jest niewydolna, nieskuteczna i leniwa. I dobrze zrobiłem. Teraz widzę, że kombinacja formatu, dużych możliwości składowych (łamanie), grafiki i żywego połączenia z tym wszystkim tekstów, stała się czymś, co zdynamizowało kwartalnik, uatrakcyjniło go, ale przede wszystkim – w ostatecznym efekcie – odróżniło od wszystkich innych pism literackich wydawanych w Polsce. A może nawet w świecie? Wyznam, że na początku drogi miałem „w głowie” pewien wzór pisma literackiego. W Stanach Zjednoczonych często sięgałem do Poetry Review (chyba miesięcznika, nie pamiętam dobrze), właśnie pisma literackiego w formie gazety, formatem zbliżonym do „Migotań”. To amerykańskie pismo jednak było dużo mniej atrakcyjne od naszego kwartalnika, praktycznie zawierało wyłącznie teksty (głównie poetyckie + recenzje i omówienia książek poetyckich).

Zadowolony jestem, że w ogóle przetrwałem, że utrzymałem, a też rozwinąłem layaout pisma, że pismo jest piękne pod względem plastycznym, wizualnym. Jeszcze bardziej mnie cieszy, że dominująca od początku koncepcja, aby nie było to pismo lokalne, okazała się słuszna i inspirująca. Wydawnictwom ukazującym się poza Warszawą zawsze grozi, że widzi się je i ocenia jako mniej ważne, bo „prowincjonalne”. Od pierwszego numeru „Migotań” staraliśmy się nie wpaść w tę pułapkę. Staraliśmy się znaleźć mądrą równowagę pomiędzy autorami i tekstami z całej Polski. To były wręcz manifestacje, gdy publikowaliśmy w pierwszych numerach Krystynę Koftę, Krzysztofa Karaska, Ernesta Brylla, Annę Janko, Martę Fox, Jacka Kaczmarskiego. Dawaliśmy znać: pismo jest dla dobrych autorów, a nie dla naszych, lokalnych…. Za ten „kosmopolityzm” „Migotania” zapłaciły swoistą, dużą cenę, bo tu w Gdańsku, gdzie są redagowane i wydawane, nieomal są niezauważane przez lokalną krytykę i kronikarzy kultury. Cóż, za mało w „Migotaniach” lokalnych, brylujących w Trójmieście gwiazd. Zbyt wielu w kwartalniku autorów ze Szczecina, Katowic, Krakowa, Warszawy, Olsztyna, Łodzi, Konina, Gorzowa, itd. Fakt dość wstrzemięźliwego odbioru „Migotań” w moim mieście nie odczuwam jednak jako porażki. Wyjdziemy na swoje, bo nawet z lokalnych powodów dobrze mieć ogólnopolskie pismo, co doskonale rozumiały władze samorządowe, kiedy przyznawały mi wsparcie na koszty druku. Na moje szczęście rozumiały, dodam.

Tyle o tym, co się udało i z czego jestem dumny.

Co się nie udało? Mnóstwo. Mógłbym długo o tym mówić lub pisać. Ale tak zawsze musi być, życie wciąż stawia opór. Marzenia spełniają się tylko w części. Przedsięwzięcia wychodzą ledwie zbliżone do zamiarów.

Mam rozwinięte poczucie pokory wobec własnych możliwości i uzyskiwanych efektów. Niech ten akapit pozostanie nierozwinięty…. Niech przede wszystkim wybrzmi zadowolenie, że jednak dużo udało się zrobić.

Jest jedna sprawa, będąca swoistą klęską, o której jednak trzeba powiedzieć. Powtórzę się: bardzo mnie boli, że nie mam możliwości płacenia choćby symbolicznych honorariów moim autorom. Praca ich umysłu i wrażliwości jest niedoceniona w czasach w których przyszło ukazywać się „Migotaniom”.

Zbyszku, nie tylko moim zdaniem, wydajesz najlepszą, literacką gazetę w kraju. Czy w ciągu tych dziesięciu lat usłyszałeś ciepłe słowa od ludzi, którzy odpowiadają w Polsce za kulturę? Mam tu na myśli wysokich urzędników resortowych. A może otrzymałeś jakieś odznaczenie, dyplom, uścisk ręki ministra…?

 

Oceniam „Migotania” jak udany projekt i udaną realizację. Przyjmuję więc Twój komplement za zasłużony, choć może tylko w części.

Nie narzekam na brak dobrych słów. Pisałem o tym wyżej. Doświadczyłem mnóstwo ciepłych reakcji ze strony czytelników „Migotań”. Ale aby, jak to określasz „ludzie odpowiadający za kulturę w Polsce, urzędnicy resortowi” jakoś mnie rozpieszczali… ? Nie. Kto w tych „resortach i władzach” miałby się zajmować czymś tak mało ważnym, takim niszowym kwartalnikiem literackim, jak „Migotania”? Kto miałby te słowa do mnie wypowiedzieć? Nie takimi przedsięwzięciami „resorty” żyją (a ich komisje również!).

Odznaczenia, dyplom? Żarty! Żarty? „Migotania” nie doczekały się nawet nominacji do najskromniejszych nagród i odznaczeń. Dlaczego nie docenia się „Migotań” lokalnie, wytłumaczyłem wyżej. A centralnie? Któż miałby się za nimi opowiedzieć. Przecież nie SPP, ani ZLP, bo co to dla nich za interes.

Ale jednak uścisk ministra mnie spotkał, bo przecież telefon od ministra Bogdan Zdrojewskiego mogę tak potraktować i to chyba bez ironii. Rozmowa była rzeczowa a Minister gratulował „Migotaniom”, jak czułem, szczerze.

A więc w sumie jest zupełnie nieźle, pismo wychodzi i wychodzić będzie do końca roku.

A co dalej, zobaczymy.

 

To po jaką cholerę to robisz?


Przecież nie dla odznaczeń i nagród, dla pochwał, ani nawet dla tzw. kariery literackiej.

Pismo jest rozmową. Jest nieustannym obcowaniem z innymi umysłami i wrażliwościami. Tworzenie i redagowanie „Migotań” jest byciem pomiędzy, w samym środku tej rozmowy. Czy dla poety może zdarzyć się coś lepszego?

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko