Marek Jastrząb – Staruszkowo (odcinek 2)

0
208

Marek Jastrząb


Staruszkowo (odcinek 2)


Przyjaciel

Jan StępieńDostałem łóżko po B., którego przeniesiono do izolatki. Odziedziczyłem miejsce o tyle wygodne, że znajdowało się pod oknem wychodzącym na park. B. był wysokim, kostycznym staruszkiem w damskich pantoflach z pomponem, inżynierem z zawodu, kierownikiem niejednej budowy zakończonej na czas. Przebywał tu od dawna, dawno też porzucił myśl, by wyjść stąd na dobre. Zdawał się wiedzieć, że bez nieprzerwanej pomocy nie będzie mógł przeżyć reszty pozostałych dni. Miał duszności, serce z migotaniem, popielatą twarz w pobrużdżonych plamach.

Spotykaliśmy się w przelocie, na korytarzu, kilka razy dziennie w pracowni, a zwłaszcza wieczorem, po kolacji, przed świetlicą lub na tarasie. Odwiedzałem go często. Widywałem regularnie, zazwyczaj w pozycji horyzontalnej, leżącego na własnoręcznie skonstruowanym tapczanie. Wegetował w pieczarze usytuowanej naprzeciwko mojej, w jaskini wielkości trumny, wyposażonej w przepych – jakiś luksus niezbędny do utrzymania przy życiu „nieboszczyka”.

Od razu, następnego dnia, po śniadaniu, gdy rozchodziliśmy się z jadalni do sal, oznajmił, że jest samotnikiem. I dodał, iż jest się nim różnych powodów. Jeden, bo jest opuszczony przez przyjaciół i znajomych. Niekiedy, z przyczyn irytujących tak zwany ogół, zdarzają się tacy, co ją podnoszą do rangi cnoty, wywyższenia, rozmydlonego i rzewnego przekonania o własnej mądrości.

Są najgorszymi ze wszystkich nieszczęśników, lecz jest ich niewielu. Sądzą, że są osamotnieni z własnego wyboru i do takich ośmielał się zaliczać, zanim doszedł do wniosku, że bzdurą jest szukanie usprawiedliwień dla własnej ignorancji. Gdyż krańcową ignorancją i jawnym nieporozumieniem było dla niego to, że nie udawało mu się racjonalnie wyjaśnić, dlaczego postąpił wbrew zapatrywaniom i zerwał kontakty ze swoim prawdziwym domem, z jakiej przyczyny wkroczył w nieznane, obce, nieprzyjazne strefy, czemu przywlókł się akurat tu, do tego miejsca, jakby nie istniały inne, lepsze. Wszelako do powyższej konkluzji doszedł stanowczo za późno, nad czym ubolewa.

Żałuje szczególnie w momentach ogarniającej go prostracji, na przykład wtedy, gdy znajdzie się w pobliżu dawnego domu, albo gdy patrzy w cień zasłoniętych okien i zastanawia się, w którym momencie nastąpił ten zdumiewający i nieodwracalny krok, to jego porywcze i gruntowne spalenie za sobą mostów, owo przeklęcie radykalne zerwanie więzi z tymi, za którymi coraz mocniej tęsknił.

*

W jego sanktuarium, przeważnie otwartym dla gości, zaraz za wiecznie uchylonymi drzwiami, znajdował się fotel, wyeksponowany, majestatyczny i niemal wygodny bujak, a obok stał wózek, beżowy „postrach nieprzejezdnych szos”.

Od kiedy zostaliśmy przyjaciółmi, jego ulubioną rozrywką było podróżowanie. Chodził jeszcze, lecz jedynie na krótkich odcinkach, zaledwie przy łóżku. Za młodu poruszał się automatycznie, ignorując przeszkody, które z łatwością omijał, a istnienie ich dostrzegł dopiero wtedy, gdy nasiliła się jego niemoc i coraz częściej zdarzało mu się iść krokiem niezdecydowanym, przypominającym chód kraba zanurzonego w mazi.

Latem umawialiśmy się w pobliskim, niewielkim, przylegającym do domu parku. W rzeczywistości nie był to park, tylko skwerek przebrany za ogród. Kiedy mało kto poruszał się po nim bez pośpiechu, bo dla większości personelu stanowił wygodny skrót do pracy, gdy na jego ławeczkach siedzieliśmy zapatrzeni w niebo, byliśmy zasłuchani w swoje opowiadania. Lecz ich znaczenia nie były tymi, co po latach, gdy po skwerku lub ogrodzie, zaginął wszelki ślad.

Wtedy mówiliśmy byle jak i byle co. Siedzieliśmy w ogrodzie i nie interesowały nas ziemskie światy odwiecznych pomyłek, nie podniecały odejścia od wiary w lepsze dni, oscylowania wśród pojęć prostych i słusznych jednocześnie. Albo mieliśmy bezsenne „randki” na tarasie.

Taras, położony wysoko, ludny ciepłem końca wieczoru, nakazywał nam spoglądać w czarny dół. Ciemność, gdzieniegdzie rozjarzona lampami pobliskiego parku, wydawała się tajemnicza. Prowadziliśmy marudne i bezcelowe monologi z niewidzialnymi słuchaczami, których obecność potwierdzała się naszym tęsknym wołaniem w rozgwieżdżoną noc, a kończyła tachykardycznym skokiem ciśnienia, nieuchwytnym tętnem odsłuchiwanym w ciszy, ponieważ ciemność nie zezwalała nam na racjonalne myślenie. Milcząc, ograniczaliśmy się do sygnalizowania rozpierającego nas nastroju tylko w ten sposób, że niekiedy albo mój, albo jego ogienek papierosa nieśmiało wędrował w tę stronę, w której przebywał nasz zachwyt, wędrował wskazując odległą, mroźną galaktykę mknącą w przestrzeni.

Bo choć wiedzieliśmy, że jako „krewni przez doświadczenie”, powinniśmy trzymać się razem, robić dobrą minę do złej gry, dobrodusznie i bez szemrania godzić na swoje obecne położenie, jakkolwiek musieliśmy udawać, że życie jest ciągle przed nami, to „podskórnie” zżerało nas przekonanie, iż nasze dylematy i wspominki, nie różnią się między sobą aż tak bardzo.

Przeważnie znajdowaliśmy się w trakcie gorączkowego niemyślenia o swoim najbliższym „kiedyś” i braliśmy udział w odmiennych sytuacjach, a nasze rozmowy zakreślały tory i prostowały ścieżki nie te, którymi chcieliśmy podążać obecnie, kiedy byliśmy zgorzkniali.

Dotarło do nas wtedy, że skazani jesteśmy na siebie, ponieważ nikt z personelu nie może stanie pojąć naszych rozterek. Uświadomiliśmy sobie, że zatrudnieni tu, wrażliwi opiekunowie, fachowcy od miłosierdzia, znają nas pobieżnie. Wynajmowani do odfajkowania pomocy, znają nie tyle nas, co nasze futerały i dysponują teoretyczną, zasłyszaną wiedzą świętych lepiących przypadkowe garnki.

Mimo to wydawało się nam, że niekiedy znajdujemy z nimi realny kontakt. Choć do teraz oślepiał nas urojony blask niedzisiejszych wrażeń i zanurzaliśmy się w inwazji minionych barw, to nadal jesteśmy dla nich ludźmi. A gdy docierało do nas, jak znikome i niedostrzegalne są nasze problemy oglądane z tej galaktycznej perspektywy, uśmiechaliśmy się z ledwie co widocznym zażenowaniem.

*

W tym czasie drażnił go każdy nowy szczegół, a jakakolwiek zmiana wyprowadzała z równowagi; na lepsze, czy gorsze – bez różnicy. Nawet metalowe poręcze na tarasie, albo chociażby pstrokata wykładzina zakrywająca zmurszałe klepisko, budziły jego sprzeciw. Natychmiast rezygnował z wszelkich wizyt. Pielęgniarki, obdarzające go grzeczną pobłażliwością, nie mogły wejść do jego pokoju. Odporny na kobiecą kokieterię, nie pozwalał im na jakąkolwiek poufałość. Odrzucał najmniejszy jej przejaw; nie chciał uczestniczyć w zbiorowym życiu.

Pragnął odpocząć; kiedy miał 16 lat, zachorował. Z tamtych mgnień pamiętał niewyraźnie strzępy dzieciństwa, swawolne lata uganiania się po chaszczach. Na zawsze był skazany na powtarzalność tych samych urodzin i nostalgiczne spoglądanie w cień smukłych dziewczyn, kobiet zgrabnie umykających przed ulewą, chroniących się pod kasztanem o zapachu podróży.

Powiedział mi z rozdrażnieniem, że już nie pamięta, co to znaczy być zdrowym. Obawia się, że gdyby nagle powrócił do wcześniejszej formy, już nie potrafiłby wieść życia bez klosza. Jest podobny do więźnia, który większą część życia spędził w celi, a po wyjściu na wolność, nie umie się odnaleźć poza nią i wraca za kraty, gdyż tylko za nimi odczuwa bezpieczeństwo.

Żył za pomocą wspomnień i snów: otoczony sentymentami, które w nim ciągle tkwiły, pozwalał sobie trwać w nich nie pragnąc niczego prócz nadejścia pustki. Jego niewygórowanymi przyjemnościami zajmowali się inni, nieporównanie zdrowsi. Większą część życia spędził jak ja: jeżdżąc po szpitalach i sanatoriach, a jego młodość ograniczyła się do chwilowych niby-przyjaźni.

Całymi dniami siedział na swoim wózku i zatopiwszy nieruchomy wzrok w pryszczach sufitu, sprawiał wrażenie zamyślonego. Resztę załatwiał dom. Zapewniał spanie i kaczora, choć kaczora – niechętnie; salowe wychodziły z założenia, że powinno się tu chorować na porządne cierpienie, a nie na trywialne kłopoty z pęcherzem, więc kto ośmielił się „kwękać nie na temat”, ponosił winę sam.

Nawet oddziałowa myślała podobnie. Z musu otwierała magazyn z zapasową pościelą. Jeżeli kto zmoczył się w poniedziałek, leżał w szczynach do kąpieli w piątek, toteż gdy zdarzało mu się nie zdążyć, na próżno wrzeszczał o pomoc, a salowe uważały, że jest złośliwy.

Pogubiony, zabłąkany, oszalały na myśl, że to, czym żył, nieoczekiwanie utraciło znaczenie, przeszło, rozprysło się niczym bąbel piany, usiłował wierzyć w bliską odmianę swojego losu, w to, że się wywinie nadchodzącej śmierci, białej pani, którą już wokół siebie wyczuwał, niemal słyszał, jak do niego szła, skradała się bezustannie, zbliżała w uczuciach rozbabranych lat, jesieni i zim spędzonych na pogoniach za przeszłością. Wszystko głosiło upadek i rozkład wyznawanych hierarchii, było cezurą, rozgraniczeniem przeszłości od przyszłości, wszech przepustką w nadchodzące, zaświatowe wszech życie. A chociaż nowe życie, jak gadżety, było w nim nadal katalogiem popełnionych błędów, rejestrem powtarzania starych wad, zachowywał się wśród nich tak, jakby nie istniały; utrzymywał się w miłym przekonaniu, że z chwilą wkroczenia w lepsze, będzie dobroduszny i zacny, roztaczający swoje czary, naiwną wiarę w Miłość, która, jak moja, skończyła się, nim nastała.

Zdawał sobie sprawę ze swoich dni, lat, jakie czekały na niego w długotrwałym zaciszu majaków. Skulony, prawie przygięty do ziemi, łowił szmery zdań i słów, które go osaczały. Zaklinał je, dostrzegał ich cienie, zmieniające się w ciemność pełną upiorów. Widma kołysały jego łóżkiem, wyłaziły ze szczelin podłogi i, pąsowe ze zgrozy, podpełzały mu do gardła. Nie był wyniosły wobec cudzych utrapień. Na wieść o cierpieniach innych ludzi, wzdychał: rozkładając ręce z rezygnacją.

Zawiedziony i nieobecny, nie mógł zdobyć się na samokrytyczne spojrzenia; już nie potrafił sobie z nimi poradzić. Teraz, gdy minął darowany mu okres względnej niezależności, a nadeszła tęsknota do prawdziwej przyjaźni, koleżeńskość stała się jego obsesją. Złożona z westchnień do ideału, zaczęła go prześladować; im większy był jej płomień, tym więcej w nim pustoszył.

*

Z B. rozmawiałem chętnie. Przeważnie było o czym. Wiele się od niego dowiadywałem. Życiorys kombatancki; w dojrzałym dzieciństwie – wojenny las. Wkrótce prędkie rozstanie z rodziną i ukochanymi pagórkami Lwowa, potem WIN, organizacja, o której było wolno tylko milczeć, w konsekwencji długoletnie zwiedzanie obozów koncentracyjnych, a w antraktach między pluciem krwią i migotaniem komór, banalne tortury i sanatoryjne podróże do Łambinowic, zaś na deser – przesiedlenie.

Cichy, skromny, nigdy nie wdawał się w tutejsze spory, sezonowe waśnie i lokalne przekomarzania. Nie uczestniczył w mityngach dla sfrustrowanych pleciug, nikogo też nie faworyzował, a z każdym z nas gadał jak ze starym znajomym spoza frakcji. Z biegiem lat nie interesowała go wewnątrzzakładowa polityka tyle, co odlewy z gipsu, ponieważ u mety już nie miał sił na tworzenie większych rzeźb.

Pisał i to tak, że tylko mu pozazdrościć. Ale mało. Przeważnie początki i drobne miniatury. Z tych samych powodów. Przypuszczam, że miały dalszy, ukryty ciąg.

Klerk tu, a przedtem – rewolucjonista z wizją. Dużo starszy ode mnie i do cna wycieńczony chorobami, mógł mi tylko szkicować swoje przygody, a ja mogłem rozumieć ledwie ich fragmenty…

*

Chodziliśmy na manualną terapię. Kiedy zjawiałem się w zajęciowej pracowni, B. już w niej był, siedział na wózku, z dłutem w ręku, żłobiąc misterne cudeńka. Zamyślony, ponury, wyrzynał je z ułomków drewienek, gałęzi, czasem pni. Z żarłocznym entuzjazmem, poniekąd bagatelizując moją obecność, walcząc z opornym tworzywem, komponował te swoje drobiażdżki, poprawiał je, ulepszał, wlewał w nie wszystkie udręczone zniecierpliwienia i podekscytowania nie pozwalające mu nakierować myśli na inny tor, a zawiedziony osiągniętym rezultatem, traktował powstające, pokracznie chude i strzeliste świątki, maski, niby afrykańskie czy polinezyjskie, jak odległe od ideału, nieudane i rozczarowujące zapowiedzi oczekiwanego rezultatu.

Kiedy zbliżał się do ich ukończenia, mówił o nich lekceważąco, z przekąsem, w niedbałej manierze, jak gdyby nie chciał przywiązywać się do czegoś, czym i tak nie będzie cieszył się dłużej. Rozkładał zawartość skrzynki z dłutami, wyjmował z szafki klocek drewna, pochylał się nad stołem, przekrzywiał głowę wypatrując najlepszego wyglądu przyszłej rzeźby, długo i nieruchomo siedział obserwując park za oknem i przystanek tramwajowy, a w przerwach między napadami kaszlu, gdy już go przezwyciężył, wbijał we mnie posępne spojrzenie, sprawdzając, czy i ja widzę to samo, przy czym tak pilnie wypatrywał mojej aprobaty, że byłoby nietaktem ją zlekceważyć.

Na wszelki wypadek robiłem niewyraźne, niezobowiązujące gesty, bo gotów byłem przyznać mu rację, zgodzić się, że jego dzieło jest dobre, ponieważ pragnąłem zachęcić go do dalszej pracy, gdyż widziałem, ile w nie wkłada nadziei i jak bardzo brakuje mu odwagi. A gdy już myślałem o rozpoczęciu serdecznej, odprężającej rozmowy z nim, poważniał znienacka i chrząkając, zabierał się za ociosywanie następnej kłody, jak gdyby nie zależało mu na mojej ocenie. Wtedy, obrażony, odgradzałem się od niego, zasklepiałem, i, szybując po przypomnieniach, zamykałem się na zewnętrzne odgłosy świata. Chowałem swoje papiery i samouczki do teczek i skoroszytów, by skończyć z udawaniem człowieka bez przerwy i bez opamiętania zajętego pracą, by nareszcie zanurzyć się w czymś ciekawszym, pożyteczniejszym, w czymś, co by mi pozwoliło odzyskać spokój.

*

Wspominam B., a powinienem zapomnieć o nim. Drażnił mnie, bo między nami były dosyć istotne różnice. Przebiegały jak podskórne linie demarkacyjne. Irytował, bo choć znał swój wyrok i godził się z myślą, że czeka go powtarzalność opatrunków, systematyczne zakładanie przylepców i robienie tych samych toalet, niezmienna i bezowocna staranność o postępujący brak zdrowia, choć czekały go rozczarowania związane z nadciągającymi ograniczeniami, zbliżały utrapienia, na których przebieg nie potrafił wpłynąć i mógł tylko się im bezradnie przyglądać, patrzeć, jak się rozwijają, jak, niszcząc go, zmuszają do rezygnowania z marzeń, jakkolwiek razem z przybliżaniem się negatywnych, nasilających się objawów niemocy, pytał mnie, czym jest szczęście, łudząc się, iż to, co mu zagraża, jest odwracalne, przejściowe i wkrótce minie, pytanie to było niemożliwe do udzielenia jednoznacznej odpowiedzi.

A gdy czuliśmy w sobie nadciągającą chandrę, jedynym ocaleniem przed nią było zwiedzanie odległych epok, wkraczanie w egzotyczne okresy minionych przeżyć. Wracam do niego pamięcią i widzę, jak skrzywiony, pomału, lecz wytrwale, sunąc korytarzem, wyjeżdża ze mną na późne wyprawy, najczęściej do Miasta, bo mieliśmy ochotę uciec stąd, przenieść się tam, skąd wiało ciszą i nie było powrotu, więc zapuszczaliśmy się w uliczki gazowych latarni, a nasz poradlony wzrok wydobywał z mroku zrujnowane fragmenty murów i wnętrza zaułków, budynki, wśród których goniliśmy umykające lata.

*

W tym czasie ulice te były dla nas szerokimi, przelotowymi arteriami strachu. Jechaliśmy obok nieznanych domów, bez pośpiechu, ciesząc się kolorowymi odsłonami przemykających obrazów. W trakcie podróży, w nagłych podmuchach entuzjazmu, oślepiały nas te same, a mimo to odmienne, jasne strony mrocznych spraw, spraw jeszcze nie przetrawionych, lecz już za nas rozstrzygniętych, wynurzających się z niespokojnych skojarzeń i reminiscencji, objawiających się w geście przekrzywionych głów, w spojrzeniach wstecznego lusterka, w panicznej ucieczce od zmartwień. W zachmurzonym słońcu dostrzegałem niegdysiejszy urok jednorodzinnych domków i działkowych ogródków, a po zaroślach, pełnych odpadów i rdzewiejącej przeszłości, brykało zepsute powietrze.

Za nami zostawały ruiny kamieniczek, a przed nami otwierały się widoki na bezkresne, płaskie przestrzenie urozmaicone chatynkami, odgłosem kur i szlifowania kos, urozmaicone podwórkami ukrytymi za płotem. W dali czerniał las, do którego prowadziła pustka i wtedy poznawaliśmy, że świat, który zginął w nas, zanim zdążyliśmy spostrzec jego piękno, przemienił się, rozwarstwił, wypogodził barwami jak tęcza. Był odmienny od dotychczasowego, wyblakłego i zamazanego, był miejscem oddalonym od wygodnego życia, krajobrazem, w w którym nie musieliśmy bronić się przed własną ułomnością, w którym nikomu nie musieliśmy kłaniać się w pas i na wszelki wypadek, w którym nie byliśmy sami, choć nikogo przy nas nie było.

I podczas gdy on jechał dalej, donośnie wołając, kiedy go za bardzo wyprzedziłem, kiedy nie mógł mnie dojrzeć, zorientować się, gdzie jestem, skoro mnie nareszcie zobaczył i z trudem dogonił, wydawał tryumfalny okrzyk. Toteż zatrzymywaliśmy się na skraju szosy, on, zadyszany i z potarganymi włosami, ja, rozluźniony i skłonny do przemawiania. Z radosnym znużeniem, rozglądając się po nieznanej okolicy, rozmawiając, odważaliśmy się na żarliwe podziwy pod adresem natury, przekrzykiwaliśmy się informacjami o swoich spostrzeżeniach, odkryciach, nieporadnych, uciętych w połowie. Mówiliśmy wtedy jeden przez drugiego, usiłując zdążyć przed sobą, mówiliśmy raz w te pędy, chaotycznie i obszernie, wdając się w błahostki i dygresje, innym razem flegmatycznie, z żółwimi przerwami na zejście z obłoków, jak gdyby rzeczy do natychmiastowego obgadania, przemyślenia, czy wyparcia ze świadomości, wydłużały się lub kurczyły.

Wiedzieliśmy jednak, że wyczerpani wędrówką po marzeniach, spłoszeni, burkliwi, zagubieni w nadmiarach sprzecznych emocji, z uczuciem niedosytu, pokornie, z podkuloną ambicją, wrócimy na kolację. Wówczas milkliśmy, bo zaczęło rodzić się w nas przekonanie, że dopada nas, zbliża się pora nieuchronnego dostawania lekarstw, nadciąga czas rozdrażnionych spacerów od drzwi do drzwi, słuchania odgłosów docierających zza ścian. Toteż kiedy ujrzeliśmy przed sobą wszystkie swoje lęki i zagrożenia, które nigdy przedtem nie odzwierciedlały pojedynczego rzutu lub urazu, ale były ich projekcją, zestawieniem, sumą tych, co już się wydarzyły i tych, co dopiero nastąpią, ważne stało się to, że na szczęście nikt jeszcze nie musi nas pielęgnować!

W takich momentach liczyło się dla nas tylko to, że możemy jeszcze tutaj być, być w orzeźwiającym półzmierzchu, ostrożnie, kurczowo, niemal uniżenie, chłonąc wilgotną dal. Towarzyszył nam jednakowy nastrój porażek, falstartów, nieodwołalnych rozstrzygnięć, wracaliśmy więc potwierdzając tym samym utratę jakiejkolwiek nadziei. Pojmowaliśmy wtedy, że ponownie spadną na nas odstręczające nastroje, krótkie żale zakończone wielogodzinnym smutkiem, chwile zastanawiania się nad swoim zbędnym życiem, zdawaliśmy sobie sprawę, że rozpoczną się w nas łańcuchowe reakcje, powrócą samobójcze nastroje, które będą lawinowo rosły, ogromniały tak, że już wkrótce nasze choroby zaczną się rozwijać i nabiorą niepowstrzymanego rozpędu. I zorientowaliśmy się, że już nie będzie jak dawniej i nie umiemy reagować bez impulsywnych gestów, wyrzec się głośnych sprzeczek o faramuszki, komedii zastępujących nam dręczące przekonania o nowych obszarach nadciągającej ułomności.

Pocieszaliśmy się jednak, że mimowolnym dobrodziejstwem uwiądu, jest fakt, iż zniewolony nim człowiek, nie wie, co stracił. Ma za normalny stan, w którym się znajduje. Natomiast to, co było za czasów jego sprawnego życia, traktuje jak wymysły, androny, uproszczenia. Więc coraz posępniej znosiliśmy myśl, że niczego już nie dokonamy, w niczym nie będziemy uczestniczyć, a o cudzych przygodach słyszeć będziemy jak przez watę. I na moment ogarnęła nas rozpacz i objął smutek, bo na widnokręgu zamajaczyła złowieszcza, ropiejąca sylweta Staruszkowa.

Fragment książki Marka Jastrzębia, która wkrótce ukażę się nakładem Wydawnictwa Pisarze.PL

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko