Dariusz Spanialski – Trzy felietony o sztuce kochania

0
18

Trzy felietony Dariusza Spanialskiego z cyklu Sztuka Kochania

 

Musimy pomóc sobie sami

René MagritteSukces ma wielu ojców a porażka jest sierotą – mówi się powszechnie.

Zdolny, młody człowiek, odnoszący sukcesy w nauce i pracy jest przedmiotem dumy rodziców, dziadków, rodzeństwa a czasem sąsiadów. To również duma dla szkoły, nauczyciela, dyrektora…

Zdolny, młody człowiek, który nie trafia na drogę sukcesu – lecz błądzi – nie spotyka się z sympatią, a często staje się w opinii tegoż środowiska „zakałą.” Pozostają tylko rodzice i to ich najczęściej uznaje się za winnych: „nie zajmowali się dzieckiem jak trzeba, tylko pilnowali swoich spraw” – to najdelikatniejsze zarzuty, a ich lista bywa długa.

Czytelnicy moich felietonów i słuchacze radia, także doświadczają moich refleksji kierowanych do rodziców a przyznaję, że łatwiej jest dostrzec igłę w cudzym oku aniżeli belkę w swoim, wszak ja piszę o błędach „nieswoich” a słuchacz i czytelnik czyta i wysłuchuje felietonu o błędach, ale tez „nieswoich”, bo winni są jedynie „oni” – rodzice niegrzecznych dzieci.

My, w większości, stoimy w głównym nurcie dyskusji o kryzysie rodziny i wyliczamy „ich” błędy i pytamy: „a gdzie byli rodzice?”

Zgoda, wiele zarzutów jest słusznych, ale chyba zbyt często wyłącznie rodziców obarczamy odpowiedzialnością za wychowanie dziecka. Wiele przecież rodzin przeżywa tragedię gdy młody człowiek popełnia jakąś niegodziwość, a każda chyba rodzina chce dobrze wychować dziecko, jednak czasem bywa tak, że w walce o dobre wychowanie – ponosi się klęskę.

Tak zwane „złe dziecko” jest wytworem, nie tylko złych metod wychowawczych, ale również zmian struktury społecznej, w której żyje, a do tego jeszcze Media tworzące społeczeństwo masowe, w którym jednostka zachowuje się biernie, konsumpcyjnie…

Dziecko nie zawsze jest dokładnym świadectwem wartości rodziców i należy bardziej pokornie odnosić się do tajemnic wychowania i ostrożniej wydawać sądy o „złych” rodzicach, a czasami… pewniej trzeba stanąć w ich obronie.

Wiadomo przecież, że bohaterska matka nie zawsze rodzi bohatera. Przypomnijmy tutaj biblijną Ewę, która urodziła Abla, ale również była matką Kaina.

Trudno będzie jednak pomóc rodzicom. Mówi się powszechnie, że trzeba rodzicom przywrócić ich dzieci, czyli pełne prawo do ich wychowywania, bo wychowaniem powinni zajmować się rodzice, a nie szkoła, politycy i media. Jednak jest to bezskuteczne wołanie.

Faktem jest bezspornym, że dziecko wychowuje się przede wszystkim poza domem. Takie są realia i prawdą jest to, że zapracowana matka czy ojciec może porozmawiać z dzieckiem jedynie w sobotę i niedziele i też nie zawsze, bo weekend jest również okazją do rozrywki dla zapracowanych w nauce dzieci

Szkoła i nauczyciele mają swojego obrońcę w osobie ministra, dzieci mają rzecznika swoich praw. A kto stanie w obronie rodziców? – pytanie retoryczne. Musimy pomóc sobie sami.

Brat bratu rywalem

Posiadanie rodzeństwa to wielkie dobrodziejstwo na całe życie, albo.. przyczyna wielu stresujących sytuacji i wrogości. Co zatem decyduje o kształcie relacji pomiędzy rodzeństwem? Wielu rodziców zadaje sobie to pytanie, albo nawet wyraża obawę o przyszłe interakcje pomiędzy swoimi dziećmi, szczególnie – gdy będą już dorosłymi i założą swoje własne rodziny.

Biblijny przykład Kaina i Abla każe pamiętać, że rola rodziców odgrywa zasadniczą rolę w tym, aby rywalizacja, będąca naturalną cechą osobowości, nie przerodziła się w zazdrość, która najczęściej jest źródłem wrogości. Dzieci wnoszą ze sobą spory ładunek rywalizacji – najpierw do wzajemnych relacji, a potem już w życie dorosłe.

         Pojęcie rywalizacji ma dwa oblicza, z których jedno określa się jako „zdrową,” a więc – nie dążącą do zwycięstwa za wszelką cenę, ale mobilizującą innych do wyrównywania różnic. Taką rywalizację dostrzegamy wśród uczniów mądrych nauczycieli, którzy uruchamiają samopomoc uczniowską, mającą na celu rozwijanie współpracy uczniów w podnoszeniu wyników nauczania. Taką rywalizację dostrzegamy w drużynie zawodników sportowych, wśród których wielu pomaga jednostkom osiągać sukcesy w imię wspólnej, dobrej sprawy. Pamiętamy też, że wiele klęsk i przegranych bitew jest wynikiem złej rywalizacji, polegającej głównie na założeniu wygranej za wszelką cenę – kosztem pozostałych.

         Rywalizacja w rodzinie nie polega na zaspokajaniu swoich potrzeb, bądź osiągnięciu celu kosztem przegranej kogokolwiek z rodzeństwa Pomimo to, że jest to postawa walki i dominacji – rywalizacja wśród rodzeństwa powinna przyjąć formę „pomocnej dłoni”- to znaczy, że lepszy w czymkolwiek – pomaga wspinać się słabszemu, nie dbając o utrzymanie prestiżu zwycięzcy. Pozwala to nauczyć się bycia dumnym z osiągnięć brata, czy siostry i uczy czerpać z tego zadowolenie, a nie zawiść.

Pozostaje zatem pytanie: -. gdzie szukać drogi do tych wymarzonych relacji? Można odpowiedzieć, że wszystkie drogi prowadzą do …domu. Badania psychologów z Uniwersytetu of Georgia pokazały, że dzieci i nastolatki, mające pozytywne relacje z rodzicami – również dobrze określają swoje więzi z rodzeństwem..

Pozytywne relacje z rodzicami buduje się poprzez równe traktowanie wszystkich dzieci – bez względu na ich sprawność intelektualną, zdolności i oceny w szkole. Porównywanie rodzeństwa jest często prostą reakcją rodziców na niektóre problemy wychowawcze, szczególnie wtedy, kiedy jakieś dziecko nie spełnia pokładanych w nim nadziei.

Stawianie jednego dziecka za wzór, sprawia że to drugie, czuje się mniej wartościowe, a jeżeli nie wzbudzi to w nim uczucia zawiści, to może wywołać poczucie mniejszej wartości i ograniczy wiarę w siebie, w swoje możliwości. Wyróżniane dziecko staje się natomiast ofiarą presji – by stawało się coraz lepszym.

Wytwarza się doping do rywalizacji o miano lepiej kochanego, o miano lepszego, sprawniejszego, silniejszego – kosztem pozostałego rodzeństwa, które niejako z natury rzeczy, staje na pozycji słabszego zawodnika. Zamiast wspólnoty i świadomości bycia kochanym, tworzy się podział na lepszych i gorszych. Powstają konflikty z powodu braku zaufania, zawiści i ciągłej walki o odrobinę uznania.

Nie trudno zatem odpowiedzieć na pytanie: jak to jest, że brat czy siostra w jednej rodzinie, daliby się za siebie pokroić, a w innych są wrogami?

To pytanie czeka na odpowiedź. Jak dotąd wielu jej szuka, zapominając, że dziecko, to również człowiek i dla zachowania dobrych relacji w rodzinie, szczególnie pomiędzy rodzeństwem, jest świadomość, że dzieci nie rodzą się złe; one złego uczą się niemal od urodzenia, a bywa, że od nas.

 

Jestem głupi, bo dałem się złapać!

Panuje takie przekonanie, że w relacjach z innymi ludźmi, to my zazwyczaj jesteśmy uczciwi i z dużym bagażem zalet, choć wiemy, że ten bagaż jest stosunkowo lekki i dziurawy.

Tę postawę utrwala panujący w mediach i biznesowych kontaktach mit o potrzebie demonstrowania kreatywności za wszelką cenę, choćby za cenę fałszu.

Już w ofertach o pracę, zawierane są klauzule promujące kandydatów, posiadających jedynie zalety charakteru; ceniona jest inteligencja, skuteczność. Brakuje miejsca na mądrość i moralność, ale przecież mądrzy jesteśmy… wszyscy! Czy ktoś uskarża się na jej niedostatek? – Przypadek byłby to wyjątkowy!

Generalnie możemy powiedzieć, że w świetle obecnych zwyczajów, sumienie staje się narzędziem do usprawiedliwiania naszych grzechów przed samymi sobą. Uważamy zatem, że moralne jest to, co nam służy, a z kolei – niemoralne jest to, co naszym, prywatnym interesom szkodzi, nawet, gdy są to interesy służące społeczeństwu. Przykładów jest mnóstwo, choćby w codziennych dyskusjach polityków i w .. stanowieniu prawa.

Często zdarza się właśnie, że utrzymujemy w sobie nieszczere przekonanie o własnej moralności pomimo ewidentnych – grzesznych zachowań. Nabywamy tej umiejętności już niemal w kołysce, która nie tylko piastuje, ale także utrwala pierwsze relatywizmy moralne: – zło jest złem tylko wtedy, kiedy wyrządza… nam szkodę! Częste nieporozumienia rodzinne biorą się głównie z takich zachowań, które nie uwzględniają racji niewygodnych dla jednej ze stron.

Sumienie, moralność, altruizm zaszczepione dziecku – rozwija człowieka prawego. Natomiast obserwowany przez dziecko relatywizm w codziennej ocenie zachowań domowników – rodzi kunktatora, który myśli o sobie, że jest moralny, czyli uczciwy – niezależnie od tego, co rzeczywiście robi.

Obserwując zachowanie dziecka, możemy wiele dowiedzieć się o sobie i często nie przyznajemy się do tego, że widzimy siebie; łatwiej narzekać we fałszywej trosce, niby to pytając: – do kogo to dziecko się wrodziło, aniżeli rewidować własne zachowania, wszak relatywizm moralny nie toleruje porażek.

Pierwszym, widocznym, trudnym do ukrycia symptomem rodzącego się u dziecka kunktatorstwa moralnego – jest popularna reakcja ucznia na karę wymierzoną mu przez nauczyciela za ściąganie na klasówce: – jestem głupi bo dałem się złapać!

 

Dariusz Spanialski

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko