Marek Jastrząb – Z życia wyższych sfer

0
344

Marek Jastrząb 


Z życia wyższych sfer

Nikifor     Za górami, ale i za lasami, żył sobie smok wielce potężny. Tak wielce, że za wyjątkiem królewicza Zagryzka wszyscy się go lękali. Królewicz był zupełnie zadowolony z tego, że smok pożywia się jagódkami, a nie jego poddanymi i nie pragnie niczego więcej, aniżeli być smokiem, który w bajkach straszy dzieci, kiedy nie zjadły kaszki. Kaszka jest pożywna, zwłaszcza gdy nie ma wyjścia i trzeba ją zjeść, o czym wiedzą wszystkie smoki oraz wszystkie mamusie.

     Na przykład Zagryzek, choć był tylko królewiczem z nominacji, a nie z urodzenia, w rezultacie pilnego jej zjadania, został porządnym człowiekiem, który nie czytał gazet przy obiedzie, odpisywał na listy, wynosił śmieci i przynosił chlubę. Smok za to nie mył uszu, bo miał trzy głowy i na każdej po parze, co mu się myliło i trudno mu było się połapać, które z nich są już czyste, które zaś jeszcze nie. A że był smokiem nie bardzo rozgarniętym i szybko się zniechęcał, i we wszystkich trzech głowach naraz miał taki młynek, taki zamęt, jak u fryzjera – musiał coś zjeść. Ale co tu zjeść, kiedy jagódki zabrali źli ludzie? Podrapał się smok w swoje głowy, ale nic nie wymyślił, tylko zalał się łzami.

     Z tego zalania powstała rzeka, w której pluskał się Zagryzek. Codziennie to robił i jego poddani również. Nie pływali wszelako, tylko taplali się od strony płytkiej, ponieważ głębia zajęta była przez Marszałka Dworu, który dysponował miejscówką na wielodzietną rodzinę. Marszałek, z powodu próżniactwa, uczynił się bardziej tłusty, niż mądry, co mu nie przeszkadzało nurkować we łzach smoka i złorzeczyć na swój los. Właśnie jego los, gdyby nie był taki nieskończenie zły, byłby z pewnością o niebo lepszy.

     Wracając do smoka: chcąc być nim z prawdziwego zdarzenia, z jagódek przerzucił się na godziwe żarcie poddanych królewicza. Z początku szedł mu ten zwyczaj na zdrowie i szedł by mu tak dalej, gdyby nie Zagryzek. Jeszcze żywi ludzie byli zastraszeni, a nadgryzieni – do niczego, toteż chodził po pałacu jak struty i nie mógł znaleźć sobie miejsca. Smok tymczasem siał spustoszenie i był już tak gruby, że wśród innych smoków odróżniał się fałdami na swoich trzech paszczach. Zamiast ogni z siarką, wychodziły mu z jadaczki krótkie serie pogodnych płomyków. Były przemieszane z żartobliwymi ornamentami z pozostałości po nie strawionej Marszałkowej. Szczególny kłopot miał z jej okularami: jako że pomniejszały różowy świat, jego żołądek również uległ skurczeniu. Chociaż szkiełka dały się połknąć, to z oprawkami poszło mu kiepsko, bo z rozpędu zapomniał, że dobre wychowanie nakazuje szanującym się potworom, zdjąć wszystkie zbędności z artykułów spożywczych. To samo można powiedzieć o dziateczkach: nie powinny wycierać zupy w obrus, a obrusa – w gości.

     Różne są metody jedzenia: jedne prowadzą do kąta, inne na podwórko. Jednak starczy dykteryjek, bo oto królewicz wypuścił z głowy rezolutną myśl polegającą na tym, by smoka zniechęcić do wyżerki ludzi z tej okolicy i przekonać go do podróży w okolice całkiem odległe, gdzie mógłby swobodnie pastwić się nad poddanymi innego władcy.

     W tym celu wysłał do niego parlamentariusza, który wrócił nie zanadto kompletny, ale rozradowany, gdyż potwór zamiast głowy zjadł mu tylko parę złudzeń i na koniec rzekł: – sprzykrzyło mi się być postrachem w tym rejonie, gdyż dostałem faks od szwagra, również smoka, ale jarosza, który prosi, bym nauczył go ziać ogniem piekielnym, co mu ostatnio nie wychodzi, jako że w epoce lotów kosmicznych nikt nie chce się bać bez wyczerpującego uzasadnienia. My, ziemskie straszydła, jesteśmy teraz dobroduszne. Jeżeli ktoś w nas wierzy, to raczej z litości, a nie wewnętrznej potrzeby.

     Zasmucił się, lecz smutku nie przerywając, tak dalej mówił: – dawniej straszyło mi się jak po maśle. Byłem kudłaty i rosochaty, miałem jagódek w bród, a nie durne zaświadczenia o ich przejściowej nieobecności. A co mam dzisiaj? Oto Zagryzek nasyła mi żylastego typa! Jesteś niestrawny, a ja nie znoszę gotowanych posłów!

     Rozżalił się i potarmosił wysłańcem, ten zaś ledwie żywy z niepokoju, powiedział: – szanowny panie smoku, wiem ci ja, że jesteś anachroniczny i lada jakie UFO potrafi cię wyrolować ze zgrozy, ale, chociażeś przestarzały, to daj sobie zaszczepić trochę obwodów scalonych, a wyjdziesz na nowoczesne straszydło.

     Żebym tak zdrów był – ucieszył się smok znienacka i nabrał w płuca powietrza, aż się las przerzedził, a rzeka wybrzuszyła. Lecz za chwilę zwiesił środkową głowę, czułki po sobie położył i zamamrotał cieniutko: – a co, jak mi wysiądą baterie?

     Umyślny ręce rozłożył i czując, że smok się wzdyma od podejrzliwości, począł cmokać, bo mu nic lepszego nie przyszło do głowy. Stracił fantazję, lecz cudem nie stracił kontenansu i rzekł: – to i co, luba maszkaro? Jeżeli tak się stanie, to podłączymy cię do zapory na rzece z twoich łez i wszystko będzie cycuś. A bodaj cię, stary zbereźniku, ty to masz fart – powiedział i pocwałował do innej bajeczki, gdzie na złotym tronie siedział zakatarzony Morał.

 

Zaloty królewicza Zagryzka

Królewna stała się panną do wzięcia. Co się tyczy jej rodziny, to pewnego dnia przestała istnieć, a pozostałą częścią dworu owionęła plotka, że zalecać się do niej postanowił Zagryzek, krewki tetryk, sflaczały lowelas i znany fanfaron. Był z niego dosyć wiekowy młodzian, który obiecywał przy świadkach, że spuści manto każdemu, kto by mu się ośmielił przeszkodzić w konkurach. Wszyscy jednak wiedzieli, jak fatalnie pudłuje z bandoletów i niemrawo wywija bambusową szablą, nikt więc zdrowy na rozumie nie miał ochoty wierzyć w jego przechwałki. Mimo to zadufany w sobie Zagryzek wsiadł na pomyloną szkapę i z animuszem w gąsiorku wyruszył na podbój serca królewny.

Dużo by mówić, ile miał przygód, ale mówić o tym nie warto, bo już po kilku tygodniach trafił do pałacu bram. Był zmordowany od dźwigania kobyły, która co prawda nie umiała mówić, ale za to pięknie rżała ludzkim głosem.

Wycieńczony, dowlókł się do głównej stodoły dworzyszcza, gdzie lokaj w akselbantach, zamiast uniżenie prosić go na pokoje, dał mu talara i oznajmił: rad jestem poczciwcze, żeś zawitał w moje skromne progi, wszelako daremnie ponosiłeś mozoły, albowiem tu jadła, napitku, ni tym bardziej barłogu nie uświadczysz. Ducha jednak nie trać, gdyż zarutko pod lasem sterczy szklana góra, a na tej górze karczma. Gdy tam dojdziesz, obrok mieć będziesz, a i szkapa też sobie odsapnie.

Już się zamachnął, by drzwi zatrzasnąć, kiedy Zagryzek rzekł: słuchaj no, ropuchu niemyty, jestem Zagryzek, a więc nie byle sroka, toteż prowadź mnie do królewny, bo inaczej przeflancuję ci ucho lewe na prawą stronę i będą cię brali za trędowatego.

Rozsierdzony lokaj wziął się pod boki, półgębkiem zarechotał, a na jego twarz wystąpiły cętki. Z wyraźną wzgardą zlustrował zaświnione szaty Zagryzka, w przeczyste niebo wzrok wbił, na koniec parsknął:

dosłysz mnie choć raz dziadu wredny! Jeżeli chodzi o królewnę, to ona już nie jest królewną, a pomywaczką srebrnych statorów, które miłościwie zezwalamy jej pucować. Jako była władczyni, mieszka w karczmie na szklanej górze. Skończył się nam feudalizm i od dwóch dni mamy republikę, a ja zostałem jej najjaśniejszym prezydentem. Doszły mnie wieści, że pozbawili cię tronu, berła i wszystkich termoforów, ale nie frasuj się: na razie nie są to wiadomości sprawdzone, tylko jakieś niesprawdzone słuchy. Szwankują mi donosiciele, ponieważ republika, to u nas ustrój niemowlęcy i w asortymencie tajnej policji mam niedobory. Starzy szpicle nie mają powodu służyć mi aż do śmierci, a nowych się jeszcze nie dorobiłem.

Prezydent kichnął w rękaw i prawił dalej tak:

ja tu z tobą gadu-gadu, ale czy jest sens narzekać z tobą, skoro z ciebie kacyk? W koperczaki się zachciało na stare lata? Prorokuję ci tedy, że wkrótce za banitę brany będziesz i w żadnym przyzwoitym pałacu miejsca nie zagrzejesz .

Zagryzek wszelako nie miał zamiaru martwić się przy fagasie. Monarszą głowę swoją władczo podniósł na znak, iż co do losu żywi inne przekonania, wyminął go, wziął szkapę na barana i ruszył do karczmy na górze, ale że góra była szklana, śliska i niedostępna, szkapa zaś ciężka, Zagryzek stwierdził, że zanim dojdzie do karczmy, ducha wyzipie.

– niech to dunder świśnie – krzyknął.

I dunder rzeczywiście świsnął jak na zamówienie.

Królewicz zdumiał się.

Na wszelki wypadek odmówił trzy pacierze za spokój duszy dundra.

Poskutkowało; ucichło i w całej przyrodzie było jak na zamówienie: ptaki ujadały sopranami, strumyk wił się i szemrał po parowach, a góra z królewną stała sobie tak niziutko, jak pragnął, więc z łatwością wlazł na nią i do drzwi karczmy zapukał.

Te natychmiast otworzyły się zapraszająco, lecz królewicz nikogo nie ujrzał, więc pomyślał sobie tak:

mój ty dunderku roztomiły, pomogłeś mi się tu wgramolić, pomóż więc, bym był jak ongi, przystojny, młody i miał królestwo, a zmówię za ciebie ze trzy następne pacierze .

Kiedy skończył modlitwę do dundra, powiał solidny wiatr: karczma w pałac się zamieniła, a dawniejszy prezydent trzepał pokłonami kobierzec. Zagryzka pod kolana ucapił i zaniósł do sali tronowej, gdzie szykownej urody panna, z garkotłuka w królewnę przeczarowana, witać go poczęła zawzięcie.
Co sobie naobiecywali, jaka między nimi wybuchła sympatia, siła by gadać. Dość, że wkrótce odbyło się ich huczne weselisko i ja na nim byłem i beczki z miodem taszczyłem.

 

BAJKA DLA STRACHLIWYCH

 W pewnym kraju, przed wiekami, żył sobie potwór. Nikt się go nie bał, dlatego musiał bać się sam. A wiodło mu się bardzo pierwszorzędnie, dopóki nie wyszedł rozkaz, że wszystkie potwory należy udomowić.

Chwyciła go wielka rozpacz i żeby się nieco pokrzepić, udał się do mlecznego baru, gdzie zjadł kluski z paragonem. Zadowolony, by się nieco odkwasić od trosk, poleciał na rozmowę ze szwagrem.

Przyczaił się bardzo sumiennie w krzakach i czekał na krewnego, który przyczaił się dosyć niedbale, w związku z czym ucapili go tamtejsi krajanie, a złowiwszy go w sieć, odesłali na najbliższy koniec świata.

Tymczasem nasz cwany bohater, widząc, co się święci, zaparł się pochodzenia i przystał na służbę do potwora. Miał u niego jedzenie, smycz, własne pchły, a zimą – futro ze szwagra.

 

BAJKA DLA PRACOWITYCH


Wśród akuratnych krasnoludków pojawił się leniwy bęcwał, którego nikt nie mógł zawrócić na drogę wyznaczoną prawdziwym krasnoludkom, co to każdą robotę odwalą chętnie, składnie i za frajer. Zakała – zgodnie orzekły duszki, bo taki margines działa na innych jak zaraza. Trzeba go wychowywać, pobłażać mu, mieć oczy na zawiasach, co kwartał zmieniać obwolutę…

Ale ten krasnal wyrósł na tęgiego formatu naukowca i czego się nie chwycił, od razu było uważane za ósmy cud świata. Taki był zajadły, że nawet prototypy wychodziły mu od razu ulepszone: kosiarka na topiony smalec, bronchit z ulęgałek, paskudne kaczątko z dziobem do natychmiastowej wymiany, buty bez kota i żelazny wilk z plastikową kitą. Wynalazki te budował w pocie czoła po to, aby się wszystkim jakoś majtało.

Któregoś jednak roku pod ludzkie domostwa zbliżyła się odwilż, więc skrzaty przeleciały się po umysłach i wykombinowały, że trzeba zmienić porę roku. I tak się stało; zamiast wiosny, zdarzyły się wykopki. Lecz że nie było co kopać, na początek wykopano z posady krasnala – wynalazcę, by sobie za dużo nie sądził.

BAJKA DLA NIEREFORMOWALNYCH


Za onych dni panowało się na niewielkim obszarze, bo duże – unieważniono. Tam właśnie wysadzano się na wielkie czyny, odbywały się kukiełki, sadzono ponure nieużytki, miedze i grusze, tam też odbywały się igrzyska połączone z wciskaniem ciemnoty.

W krainie z owej bajki czego nie było, zaraz robiono, a robiono solidnie, wygodnie, za nic mając forsę. Sąsiednie kraje ściskało w dołu i skręcało z wściekłości to w lewo, to w prawo, to na różne pośrednie sposoby. Przykładowo, staw aktualnego królewicza Zagryzka dobrzy ludzie przykryli brezentem, gdyż w szybkich porywach nadchodziła Sroga Zima Zła.

Ryby łapały kurczę, wędki, przywidzenia. Udało się wyperswadować zakładanie sumom kagańców, ale nie dało rady zmusić sędziwego raka do założenia nocnej koszulki. Kategorycznie oświadczył, że zima – nie – zima, w zwyczajach raków nie leży ciepły przyodziewek i co to za porządki, a w ogóle, czy nie ma już większych zmartwień?

Na takie słowa ludziom się sposępniało i nie wiedząc, jak rakowi odrzec, żeby mu weszło w pięty, chyżo, a z respektem przestępowali z nogi na nogę. Gdyż w samej rzeczy zmartwień mieli do znudzenia, a co jedno, to poważniejsze od drugiego. Poszli więc do Zagryzka, ten zaś wygłosił referat i utwierdził się w przekonaniu, że na zimę staw trzeba będzie wysłać do cieplejszych krajów.

 

KRÓLEWNA

Zaraz, jak tylko się urodziła, zaczęła wyglądać po królewsku. Oczy miała duże, zielone, przecudownie władcze, górną wargę po mamie, a dolną po kucharzu, pupę krągłą i figlarną, lecz okrutnie kształtną po błędnym rycerzu, a w brodzie dołek foremnie toczony, na dziękczynne całusy przeznaczony. Jednym słowem, skóra zdarta z Zagryzka.

Kiedy raczyła się skrzywić osobiście, cały dwór trząsł się jak legumina. Gdy, dla hecy, kichnęła Podnóżkowemu w salaterkę z pieprzem, ze strachu spaczyła mu się fizjonomia i mając pokaźne ubytki w­­­­­­ czarach i powabach, stracił uwodzicielskie szanse u Ochmistrzyni, zapuścił brodę i zaczął się staczać na pobliskie manowce.

Tylko Jaśnie Oświecony Tata, królewicz Zagryzek, nie przejmował się jej krzykami; kiedy miał wolną chwilę od panowania, załaził do jej komnaty i na berle udającym fujarkę, przygrywał Fafulinie do snu. Śmiała się wtedy zapowiedzią białych ząbków i zasypiała słodko marząc sobie cichcem..

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko