Marek Jastrząb z lotu – HENRYK SIENKIEWICZ – TRYLOGIA

0
232

Marek Jastrząb z lotu

HENRYK SIENKIEWICZ – TRYLOGIA

Istnieją pisarze podobnego formatu. Jednak kiedy ich czytam, nie odczuwam żadnych palpitacji serca. Owszem, doznania estetyczne są, podziwy też, nawet zazdrosne westchnienia mam na składzie, ale czegoś mi brak…Natomiast kiedy wracam do jego książek, słyszę w pamięci słowa o Polsce, która, kiedy kona, trzeba jej wyszarpnąć poduszkę spod głowy, iżby się nie męczyła; może z tej przyczyny, że jest to praktyka znana i dzisiaj. Lecz nie ma sensu brodzić wśród truizmów.

Znam do teraz powiedzonka pana Zagłoby, leciwego franta pełnego wigoru, dowcipu, konceptów i nadzwyczajnych facecji, korpulentnego szlachciury z dziurą w herbie, sercem na dłoni i bielmem na oku. Widzę księcia Bogusława, dumnego, zmanierowanego, zawzięcie i daremnie emablującego pannę Oleńkę. Czytam o Kmicicowej przemianie ze zdrajcy, awanturnika, zabijaki, w opatrznościowego męża i patriotę cieszącego się powszechnym szacunkiem. Buczę wtedy jak syrena z Mniszkowa i nie mogę wyjść z zadziwienia, że ja, okrzepły w lekturach wszelkiego autoramentu, obyty w penetracji książek z różnych nadań, reaguję niczym egzaltowana pudernica na rockowym koncercie. I, srodze zawstydzony, zasypuję się pytaniami typu dlaczego.

To, że autor Trylogii jest mistrzem plastycznego słowa, niezrównanym stylistą i doskonałym słowiarzem, wiadomo. U Sienkiewicza wszystko jest mi zrozumiałe i nic nie przeszkadza. Ani naciągane poglądy na Historię, ani gloryfikacja posłuszności kobiet względem mężczyzn, ani pochwały drobnomieszczan z gatunku Połaniecki. Ważny jest cel: wszczepienie narodowi otuchy, przekonania, że nie ma takiej opresji, z której nie można wyjść obronną ręka i z podniesionym czołem.

*

Co postać, to rys, zbiorowisko cech przedstawianej nacji, odłamu społeczeństwa, to niezwykle sugestywne zagłębie odautorskich spostrzeżeń, charakterystycznych figur opisanych śmigłym piórem: lekko i potoczyście, ze znawstwem psychologicznych podszewek.

Jakoś nie wadzą mi jego kreatywne mniemania na temat patriotyzmu Wiśniowieckiego i nacjonalistyczne ciągoty W pustyni i puszczy, co tak sumiennie wypunktował mu Bolesław Prus. A nie przeszkadzają, gdyż jestem zaślepiony i jak to z oczadziałymi bywa, nie widzę niczego poza swoim kochaniem.

Wiem, nie jest to zaleta; naiwnie poruszam się i krążę dookoła swojej miłości jak koń w kieracie. Z klapami na oczach, przytroczony do uwielbienia, którego nie mogę rozwikłać, słucham głosów z oddalających się wspomnień. Słyszę też dzisiejsze. Jedne i drugie nakładają się na siebie i tak powstaje we mnie chaos. Zamęt wzajemnie sprzecznych ocen.

Pierwsze, należące do moich wspomnień, każą mi wciąż uwielbiać Sienkiewicza, lubować się w jego Trylogii, ze wzruszeniem śledzić wydarzenia, podążać za Zagłobą i jego skomplikowaną naturą: raz widzieć w nim warchoła zdolnego do wszczynania burd, zawołanego kolorystę, chodzący bukłak, mistrza nieprawdopodobnych opowieści zmyślonych na poczekaniu: pod wpływem chwili, w wyniku gry emocji, to dla odmiany, w zależności od sytuacji – postrzegać go odważnym, sprytnym, bogatym w fortele szlachcicem, na którym można polegać.

Drugie, przynależne teraźniejszości, sądzą Sienkiewicza surowo: z bandyckim okrucieństwem i zajadłą nonszalancją. Przedstawiają jako niestrawnego nudziarza i żarliwego moralizatora. Co mnie boli, gdyż w miarę szukania przyczyn tak krzywdzących opinii, uświadomiłem sobie ich źródło. I pojąłem, że sprawcą jest wymoczkowaty duch naszych czasów. Miłościwie panująca znieczulica. Alergia na normalność.

Książki pisane przez niego są FAMILIJNE. Przeznaczone do czytania w gronie rodzinnym. Wielopokoleniowym. Począwszy od starców ogrzewających kości w ogniu reminiscencji, a na śpikach pod nieistniejącym wąsem skończywszy.

Każdy wiek miał z nich swoje satysfakcje. Starzy – umiłowanie Ojczyzny, nadzieję i pokrzepienie serc, wiarę w odrodzenie i ziszczenie marzeń, młodzi – bitwy, galopady i dziewiętnastowieczne westerny. A że teraz rodzina jest w rozsypce i widzi się ją w komplecie tylko podczas ślubów i pogrzebów, że ceremonia zespołowego czytania na głos należy do sporadycznych wydarzeń, pojedynczemu odbiorcy Sienkiewicza, kolesiowi przysposobionemu do wirtualnych przeżyć, a w pogardzie mającemu rzeczywiste, szwankuje wyobraźnia i plączą się synapsy; edukowany na jego powieściach, rozumiem wyrazy takie jak honor i miłość do kraju – inaczej, niż współcześnie.

*

Trylogię pisał w odcinkach. Kiedy w warszawskim Słowie i krakowskim Czasie ukazywał się nowy fragment Ogniem i mieczem, w domach rozpoczynała się impreza pod wezwaniem LEKTURA. Że zaś gazeta była jedna, a amatorów poznania powieści – wielu, to, by uniknąć wyrywania jej sobie, cała rodzina siadała przy stole i głowa rodu robiła za lektora. A reszta piła mu z warg. Zaciekawiona, przejęta, z wypiekami na twarzach, brała udział w przygodach swoich bohaterów, dzielnego zawadiaki Kmicica, nieszczęśliwego Bohuna, Pana Wołodyjowskiego o sercu ze złota i szabli jak śmierć. Nieznani mu ludzie wysyłali błagalne listy, by nie uśmiercał Longinusa Podbipięty. Z odcinka na odcinek rosła więc popularność pisarza i otoczony był coraz większą estymą.

W Zbarażu nazwano jego nazwiskiem jedną z ulic. Nieznany admirator twórczości Pana Henryka przekazał mu sporą sumę (15 tys. rubli), z której to sumy powstało stypendium przeznaczone artystom zmagającym się z gruźlicą (skorzystali z niego min. Konopnicka i Wyspiański).

Obyczaj wspólnego czytania zdechł razem z uwiądem międzyludzkich więzi. Jesteśmy już nie sami swoi, ale sami obcy; zaganiani rodzice nie rozmawiają z dziećmi, dzieci nie rozmawiają z rodzicami. Brat nie brat, siostra nie siostra, wszyscy bliscy przedtem, teraz są dla siebie skwaszonymi rywalami. Wrogo do siebie nastawionymi przeciwnikami lub przeciwniczkami. Zagrożeniem w kłusach do michy, apanaży, kasy, fury i komóry. Familijne życie zostało zastąpione przez telewizyjnie czy komputerowe pierepałki. Rzeźbią nas wirtualne ambarasy, a ich taśmowa produkcja rozkwita w rytmie pop.

Duch czasu pokonał więc Sienkiewicza; jego przebogaty język – zwłaszcza staropolszczyzna – jest dla obecnego czytelnika za trudny, za passe, a co trudne, drażni, zniechęca, prowokuje do wzgardliwego odrzucenia. Skwitowania wyniosłym rżeniem. Zdania pełne stylistycznych figur, porównań, mistrzowskiego rytmu, za długie są; za szybko męczą zblazowane oko nawykłe do finezyjnych wypowiedzi ożeszty! I z tego to powodu lektury Sienkiewicza są dla młodych pokoleń istną katorgą.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko