Eugeniusz Kabatc – Jarosław Iwaszkiewicz między Wenecją a Petersburgiem

0
493

Eugeniusz Kabatc


Jarosław Iwaszkiewicz między Wenecją a Petersburgiem

 

   Ledwie ogłoszono trzeci i ostatni tom Dzienników Jarosława Iwaszkiewicza, jak zaroiło się od niepowściągliwych w nieprzychylności enuncjacji w prasie oblepionej muchami płaskiej myśli strukturalistycznej. Nie twierdzę, iż wszyscy zabierający głos w sprawie spowiedzi życiowej pisarza należą do tej kategorii dziennikarskiej intelektualistyki. Zwracam jedynie uwagę na ten mały światek pozorów, w której daremnie cierpi się z powodu swojej wielkiej, nie rozumianej – a i nierozumnej – wiedzy. Kto nie rozumie bliźniego swego, nie rozumie i siebie.

   Ale co mi tam. Przez wieloletnią znajomość z pisarzem inaczej widzę wiele rzeczy i spraw i co innego wyczytuję w tym gęstym od wydarzeń, myśli i uczuć materiale Dziennika wybitnego twórcy i człowieka. Dostojna starość w niedostojnym czasie przeżywa dramat nieprzystosowania: sypią się układy rodzinne, pękają więzi przyjaźni, cywilizacja kultury i polityki zatraca się w swojej wzajemnie hipokryzji. Pisarz zagląda w siebie i w swoje dzieło: jakżeż okrutne to piekło zanikania! Ale ten człowiek widzi i czuje więcej – i wtedy obok bólu przemijania pojawia się autentyczna radość bytu. Potrafi wypełnić się przecież takim nastrojem pogody – ducha, ciała, przyrody – że wszystko staje się pięknym tworzywem wszystkiego. „Mój dziennik – zanotuje pisarz – to zdawanie sprawy z kolejnych nastrojów.” Odczytajmy je poważniej.

 *

   Najnowsze dzieje literatury polskiej obfitują w piękne, bogate przepływy europejskie, w których kultura, sztuka, nauka i polityka idą w parze, wręcz czwórkami budzącymi nadzieje na przyszłość. Na historycznych osiach między narodami wzajemnych związków nabrzmiewają nowe moce myśli i słowa, które oferują świadomości społecznej pełniejszą wiedzę o XX-wiecznych dramatach naszego kontynentu, a także klucze do ich zrozumienia. Chodzi przy tym o cały nasz kontynent, którego mizeria i wielkość jednako przemiennie gotuje się na wschodzie i na zachodzie.

   Jarosław Iwaszkiewicz w tym tyglu europejskiej cywilizacji jest przykładem szczególnie barwnym i pouczającym. O wysokiej klasie jego sztuki literackiej, mądrym człowieczeństwie i wielorakiej, otwartej polskości pisano już dużo, ciekawie i dobrze, a próby taniej kąśliwości krytycznej, jakie pojawiły się z okazji trzeciego tomu Dzienników pisarza, same odpłyną – jako ahistoryczne – do głębokiego lamusa. Pozostaną głębsze refleksje – a tych też niemało – które wokół losów pisarskich i ludzkich Jarosława Iwaszkiewicza budzą się ponownie i potrzebnie. Dzienniki bowiem, opracowane przez tak znakomitych znawców przedmiotu, jak Agnieszka i Robert Papiescy oraz Radosław Romaniuk, a zredagowane i poprzedzone pięknym wstępem przez prof. Andrzeja Gronczewskiego, wynoszą się ponad swoją wartość dokumentu ku godności dzieła.

   Oto ten wędrownik niestrudzony, do końca życia obejmujący twórczymi ramionami całą Europę, uparcie łata jej dziurawą sieć swoją ryzykowną polskością. Pisząc własne utwory, przekładając obce, komentując i pomagając innym przetrwać w ich twórczym życiu. Ale ta „księga o obrotach czasu”, jak nazywa Dzienniki Andrzej Gronczewski, jest także księgą o obrotach stron [„stronami deszcz, stronami pogoda”] w naszej europejskiej, łacińsko-bizantyjskiej kulturze.

   Rozległe to obroty, z rozmachem czynione, ale my dziś wybieramy tylko tę zadziwiającą dla naszej kultury narodowej oś, która przebiega przez Warszawę nie z zachodu na wschód, lecz – nieco ukosem – z południa na północ, z Wenecji, której Iwaszkiewicz poświęcał swoją uwagę pisarza, ale i działacza, przywożąc stamtąd idee naszego SEC, po Petersburg [„Wenecję północy”], o którym napisał swoją wzruszającą uczuciem i wiedzą książkę. Jedynie wstępnie pozwolę sobie przypomnieć, że Wenecja pozostaje mocnym węzłem kultury we wspólnocie wschodu i zachodu, oferując Warszawie wśród innych Canaletta, gdy przez Petersburg Piotr I otwierał Rosji okno na Europę [„w Jewropu prorubić okno”, jak określił to Puszkin], a jego następcy-przestępcy obdarzyli nas potem niezwykłym Starynkiewiczem…

   Ciężko zmagały się z sobą tamte porozbiorowe pokolenia Polaków, by swoje sprzeczne uczucia do Rosji – miłości i nienawiści – wymienić na racje, rację bytu i rację stanu. Młodszy przyjaciel Iwaszkiewicza, również wybitny poeta, a i noblista, a więc Czesław Miłosz, wyraził to w charakterystyczny dla rodaków sposób: „Rosja. Mój stosunek do niej jest poważny, ale polski zajad we mnie siedzi i daje o sobie znać od czasu do czasu ku mojemu niezadowoleniu.” To były poety „widzenia transoceaniczne”, „mosty napowietrzne”, które dziś, zaczynając już od Niemiec, nazywamy „mostami na wschód”. Sam stał się filarem jednego z tych mostów. Także Iwaszkiewicz.


   Chciałbym tej sprawie, w tym duchu, poświęcić więcej miejsca niż zwykle – z głębokim przekonaniem, że może okazać się niezbędną myślą na lepszą przyszłość.

*


   Jarosław Iwaszkiewicz był takim filarem już wcześniej. Z rodzinnej Ukrainy wiózł naturalne tego mostu przęsła. Już w I tomie Dzienników znajdujemy wiele wyznań o jego przyjaźniach rosyjskich, niektóre pozostały na dłużej, jak ta ze znakomitym Konstantym Paustowskim. Zaznaczały się od razu upodobania literackie, widoczne aż po studia w tym zakresie, o czym napiszą kiedyś moskiewskie polonistki: Jelena Cybienko [„Iwaszkiewicz i Lew Tolstoj”, Wiera Occheli [„Iwaszkiewicz i Turgieniew”] oraz sam prof. Wiktor Choriew, który nawiąże do Iwaszkiewicza w Petersburgu. Trzeci tom Dzienników przynosi wzbogacenie tej niwy pamięci, wyborów i doznań ogromne. Wspomniałem wcześniej o „Petersburgu”, osobnej książce poświęconej temu tematowi, a wyłaniającej się z podróży Iwaszkiewicza do Moskwy i Leningradu w roku 1971, z czego zwierza się w zapiskach Dziennika: „Bardzo bym chciał napisać <Podróż sentymentalną z Moskwy do Petersburga>, naśladując Radiszczewa sprzed niemal dwustu lat.” I wielce interesujący jego do tej myśli komentarz: „Ale to piekielnie trudne: trzeba zachować umiar, zastosować głęboką znajomość tej kultury[…]Może posiedzieć tam u nich, żeby napisać coś, co by było nie tylko dla nas, ale i dla nich.” Stać go było na to, wszak kiedyś tkwił głęboko w rosyjskim życiu literackim, pisywał o Czechowie i Buninie, to w nim „zawsze było żywe”, ale teraz poskarżył się, że „nikt się nie zastanowił nad opowiadaniem „Voci di Roma”; a jest tam „stary admirał Kotzebue i jego wnuczka Nina…Przypomniało mi się to jak żywe na kanałami Leningradu.”

   Więc tymczasem coraz dalej w głąb Italii: Wenecja, Rzym, Palermo. Zawsze jednak z Rosją w tle. Oto łącza niczym po „Burzy nad Palermo”. A pierwszy łuk paraboliczny z Podola na Sycylię to z Szymanowskim i „Królem Rogerem”, rozpinany coraz usilniej nad nową osią śródziemnomorską, na której znalazła się Warszawa, a potem już Petersburg. On, pisarz polski, znalazł się w środku tego przemożnego ruchu, który znosił go to na południe, to na północ, zaszczepiał go w sobie, otwierając ramiona na widok starej rosyjskiej poetki, odbierającej nagrodę w Taorminie. Tak to wyglądało:


„Anna Andrejewna była tutaj

przed samym końcem

jechała pociągiem z północy

był grudzień

przez śniegi ojczyzny

przez deszcze i błota Polski

przez obnażone łąki Karyntii

na Sycylii było ciepło

kwitły róże

co oni wiedzieli o ojczyźnie Anny…”

o chłodach Carskiego Sioła

o panichidach za samobójców

o więzieniach o kołach polarnych…

 

   Pozwoliłem sobie zacytować nieco obficiej z wiersza, którego piękno poetyckie ściga uparcie to sprzężenie zwrotne [niczym „Sprzączka” petersburska], te drogi Europy na myśl i serce kultury nanizane. Wracał potem z p. Anną – wirtualnie – przez Rzym prawosławny [„Voci di Roma”], prze Florencję Turgieniwa [„Kongres we Florencji” v. „Wiosenne wody”], przez Wenecję wreszcie, „smutną”, „wielkanocną”, „koronkową”. Często budził się w nocy i nie wiedział gdzie jest: „przez wysoki pokój hotelowy/ ciągnęły z krzykiem/ dzikie gęsi/ – na północ na/ północ…”

Silny nurt północny, ściągający do Wenecji całe watahy artystów i pisarzy Europy, odbijał potem powrotną falą od tego portu kultur świata, zabierając ze sobą miejscowych mistrzów sztuki i obdarzając nimi złaknione śródziemnomorskiego oddechu kraje chłodnych wód bałtyckich. Od dawna gęsto było na tych szlakach od architektów, malarzy i komediantów, ale odkąd car Piotr „wyrąbał okno” do Europy i jął zmieniać swój ogromny rosyjski kontynent, zaroiło się od Włochów i na dalekiej północy.


   Anna Achmatowa wróciła do swojej ojczyzny, do „chłodów Carskiego Sioła”, do „panichid za samobójców”, do „więzień za kołem polarnym”, Jarosław Iwaszkiewicz, który to odnotował, powrócił do Warszawy Canaletta, nie wiedząc jednak co z nim zrobić, choć dreptał po Krakowskim Przedmieściu w jego weneckim blasku. Włoski album „Canaletto”, którym chciał wzmocnić swoje związki ze sztuką nad Laguną, bardzo go rozczarował, w prowadził dosłownie w błąd, opowiadając o pracy malarza w Londynie, natomiast nic nie mówiąc o latach i dziełach warszawskich, tak ważnych dla naszej stolicy dla powojennej odbudowy miasta. Nie przypuszczał, ż rozdwoi mu się ten wenecki wedutista, że wystarczy ich – Canala i Bellotta – na wschód i na zachód.


   W Wenecję Iwaszkiewicz wręcz się zaplątał. Zaczęło się od pierwszej tam wizyty w dalekich latach dwudziestych z żoną, która wśród własnych zachwytów nad miastem zauważyła, że w tej podróży włoskiej również „Jarosławowi Wenecja najbardziej się podobała”. On sam jednak odnotowuje ten pierwszy pobyt nad laguną z „uczuciem, że niepotrzebnie zaplątał się w inną epokę”. Rzecz staje się złożona. Kiedy wspomina tamten czas i „przychodzi ten błahy obraz pierwszej wizyty w Wenecji, która była właściwie pierwszą wizytą na Zachodzie”, to najpierw wynosi z tego wrażenie negatywne, ocenia je, jako spotkanie z czasem „w umarłym mieście, w zakończonej kulturze”. To potem wszystko nabrzmiewa niezwykłą świadomością – może tylko intuicją – utożsamiania się w czymś, co jest niedokończone w życiu człowieka, w jego myślach, uczuciach, postępowaniu: w dziele otwartym, jak później usiłowano nazwać ten styk sensu sztuki i czynu, dostrzegany w studniach niepojętych namiętności. I tak drugie „Koronki weneckie” pojawiają się jako splot wycofanych z pamięci sytuacji pogranicza, w których daleka rosyjskość powraca ku zaskoczeniu samego narratora. I przenika do rzeczywistości pisarza, który właśnie tu, w bizantyjskiej Wenecji, włącza się do dzieła pojednania powojennej Europy – na gruzach kultury bytu.


     Wenecki węzeł śródziemnomorski, tak bliski historią i pięknem naszej humanistycznej ojczyźnie, przyciąga uwagę całej wschodniej Europy, także Rosji. Symptomatyczne jest zaiste w losie Iwaszkiewicza, że jego podróże pośredniczą niemal immanentnie w procesie zbliżania narodów, w tych, rzekłbym, „koronkach weneckich” wschodnioeuropejskiego pojednania. „Po Rzymie prawie bezpośredni Moskwa”, notuje w Dzienniku 28 kwietnia 1970 r. Pamiętam ów czas wenecko-rzymski, po trosze gościłem go wtedy w sprawach polsko-włoskich , snuł swój monolog dialogowy katolicko-prawosławny, zwłaszcza cmentarzowy, bo to jest ten łańcuch, co nasze życie kroniką pamięci najsilniej opasa.


   To tam zobaczył głośny w swoim czasie film „Słoneczniki” z Zofią Loren i Marcello Mastroiannim. Ale nie narracyjna treść obrazu [opowieść o jeńcu włoskim z czasu drugiej wojny światowej, który pozostał w Rosji, zakładając nową rodzinę] najbardziej wzruszyła pisarza, lecz zapowiadany kontrast Mediolan – Moskwa, którego nie było. „Byłem zdziwiony i poruszony jednak”, gdy skonfrontowano „ubogi dom włoski, ubogi dom rosyjski. A dla mnie – podkreślił – to wszystko jednakowo bliskie”.


   Rosyjskość, do której powracał nieraz wprost z „włoszczyzny”, wzmocniła w nim kiedyś p.Anna, która swoją muzyczną – jakże serdeczną przecież Jarosławowi – fascynację inicjowała już jako 18-letnia Lilpopówna właśnie w głębi Rosji w latach pierwszej wojny światowej. „W Moskwie – wspomina w swoich Dziennikach – zaczyna się w tej cudownej, najszczęśliwszej dla mnie epoce życia okres przeżywania sztuki coraz głębiej, coraz prawdziwiej”. W roku rewolucji przeżywa „Ekstazę” Skriabina jako „objawienie ostateczne”.          


     „Objawienie ostateczne” to jednak także wspólna nieufność wobec Moskwy. Co innego Petersburg! Znowu wszystko wyrasta z głębokiej młodości, z „Legendy petersburskiej”, z tajemniczego domu nad Newą, chociaż stworzonego jedynie wyobraźnią pisarza. Opowiadanie wydrukowane dopiero po jego śmierci wśród Utworów nieznanych [Czytelnik 1986] przenosi nas do roku 1913, a więc Petersburga przedrewolucyjnego, w którym młodziutki student przeżywa spotkanie ze światem duchów, przedstawione jest bardzo sugestywnie w osobie pierwszej i robi nadspodziewane wrażenie autentycznego wspomnienia…


   Ale to dopiero jest ambaras – że sparafrazuję znany dwuwiersz – gdy się wszystko zbiega naraz. Jest taki dzień w notatkach pisarza [8 lipca 1971], w którym zawarł jakby kwintesencję swojej bytowej i twórczej sytuacji – niepokojów, uwikłań, upodobań. W którym historia znalazła się na wyciągnięcie ręki i zakreśliła wokół niego kredowe koło przeznaczenia. Pozwalam sobie zacytować nieco obficiej niektóre z zapisów tego szczególnego dnia:


„Pełnia lata. Upał i obłoki. Nie chce się pisać, nie chce się wspominać […] tylko chce się oddychać. Dzisiaj było zebranie u Jurka Lisowskiego nad Narwią, pierwszy raz widziałem to niesamowicie piękne miejsce […] Nigdy w życiu nie myślałem, że to jest takie piękne, takie polskie i niepolskie zarazem. Jakoś się tak inaczej oddychało z tymi dobrymi ludźmi […] Opowiadałem im o Moskwie i Zjeździe, ale to nie bardzo ich interesowało, a mam ważenie, że to było bardzo interesujące ze względu na pewne objawy, które tak inteligentnie podpatrzył Szymek […] Nie wiem, czy uchwycił na czym polega czar Petersburga. […] Bardzo chciałbym to napisać, ale […] nie dać się omamić dostojewszczyzną […] bo to jest trochę latwizna, trochę Graham Green, a istota Rosji, zwłaszcza teraz, zupełnie na czym innym polega.[…] Nie trzeba ulegać tym czarom – ale Skriabin, ale Czajkowski! Ale „poezja russkoj diejstwitielnosti po Jegieniju Onieginie”! Ten temat pierwszego wypracowania, jakie pisałem w Kijowie w 1909 roku, utkwił na całe życie.”


   Oto konglomerat spraw i wrażeń. I tych związków wzajemnych, wschodnioeuropejskich splotów, dramatów i nieporozumień, które współtworzą wiek XX nie tylko w literaturze. Dla pokolenia Iwaszkiewicza rodzą się jeszcze w wieku XIX, dla nas przechodzą w wiek XXI. Ale nie tylko dla nas zbiegają się w naszej ojczyźnie, czasem wyraźniej w Stolicy. Warszawski węzeł kulturalny, niczym dawniej na drodze żelaznej petersbursko-wiedeńskiej, stawał się często miejscem przesiadkowym, ktoś mógłby powiedzieć: z Europy do Azji, my dziś powiemy: z Europy zachodniej do Europy wschodniej, co pisarz wprowadza do swoich rozważań podróżnych niemal jak credo polskiego Europejczyka. W tej emblematycznej książce „Petersburg”, jaka powstała po wyprawie Iwaszkiewicza do Leningradu, obok szkiców o losach nad Newą Polaków i Rosjan, jak Mickiewicz, Puszkin, Dostojewski, Witkiewicz, znalazło się miejsce szczególne dla Aleksandra Błoka, mieszkającego nad kanałem Priażka, którego brzegi sprzęga dziś „mostek wenecki”. Ach, cóż to za postać niezwykła dla tych ogromnych połaci środkowo-wschodniej Europy! Nasz pisarz i jego ją mrozom i „szarym horyzontom” osaczającym czas i miejsce „w tym dziwnym mieszkaniu, nad dziwnym kanałem” w Petersburgu. I śledzi w nim – jak w sobie – tę polską udrękę człowieka i poety, odkrywającego w Warszawie właśnie wtórne korzenie swojego dramatu polityczno-narodowego. Petersburski wędrowca zostaje usidlony kulturą tych polskich „zakamarków Rosji”, stolicy „dumnej polskiej ziemi”, którą „wojenne carskich hord wyprawy/ w martwocie pogrążyły niemej”, jak przekłada wiersz Błoka Mieczysław Jastrun. Aż zaczyna powstawać poemat nigdy nie skończony „Odwet”, o którym Iwaszkiewicz napisze, że byłby „o polskiej dziewczynie, która miała urodzić mściciela”. I doda spostrzeżenie o arcyważnym znaczeniu: „Wiele mówimy o rusyfikacji Polaków, zupełnie nie bierzemy pod uwagę czynnika polonizacji Rosjan”.


   Zachowując tę rozległą przestrzeń tematyczną do osobnych rozważań, tu przypomnijmy jedynie wielorakie wikłanie się w polskości Błoka – i tam, w Petersburgu, i tu, w Warszawie, gdzie jego ojciec przez lata całe wykładał na uniwersytecie warszawskim, a siostra osiadła na stałe i, wyraźnie się polonizując, zarażała polskością rosyjskiego poetę. Dużo i wzruszająco pisze o tym poeta polski, radując się takim związkiem kultur, w którym znalazł się wkrótce także inny poeta rosyjski – urodzony w Warszawie Osip Mandelsztam.


   Jarosław Iwaszkiewicz nie dał się zrusyfikować, stworzył w Stawisku gniazdo polskości jasnej i otwartej, toteż zapisał się w pamięci Rosjan jako twórca godny najwyższego szacunku i przyjaźni. Wydano mu w Moskwie – pod redakcją Wiktora Borysowa – tom rosyjskich wspomnień [„Wospominanija o Jarosławie Iwaszkiewicze”], z którego przywołam przynajmniej jedno, Daniła Granina, bo petersburskie. Jego „Leningradskaja progułka” to wspólny spacer pisarzy po mieście, którzy wyzwalali z pamięci i historycznych znaków tropy dawnych ulic, dzieląc je na Petersburg Puszkina, Petersburg Dostojewskiego i właśnie Petersburg Błoka…


   A potem i tak wszystko się w naszej wizji wspólnotowej zsumowało się w Warszawie, a nawet w Stawisku, dokąd zaproszony Granin udał się jak w pielgrzymce, by stwierdzić, że w polskim gospodarzu ma do czynienia z „obywatelem Europy”, takim jak Goethe i ”inni wielcy pisarze”


       I to jest naszej opowieści konkluzja – choć niepełna. Wszak takie, jak ta, nie kończą się nigdy. Tu chodziło nam o to, by przypomnieć, że Jarosław Iwaszkiewicz, pisarz polski wybitny, przerósł swoją polskość zachodnią, polskość stereotypu, stwarzając sobą i swoim dziełem literackim przestrzeń życia narodowego na osi Europy wszechstronnej, w obrotach czynu ku pełni wspólnego człowieczeństwa zmierzającej. To przykład porozumiewania się mimo barier.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko