Z lotu Marka Jastrzębia – Stanisław Lem

0
118

Z lotu Marka Jastrzębia 


Stanisław Lem

 

Janusz HankowskiZacznę od Kongresu futurologicznego. Równie dobrze mógłbym zacząć od innych książek ulubionego autora. Zresztą nie tylko mojego, bo wielbicieli twórczości Stanisława Lema liczy się w milionach. Nakłady jego dzieł biją rekordy popularności a utwory tego autora znaleźć można w wielu krajach. Wydawałoby się więc, że w ślad za ich znajomością podąży czytelnicza percepcja. Niestety; za często coś się nam wydaje: to, że Lem jest czytany i podziwiany, nie oznacza, że jest rozumiany. A zwłaszcza, że wyciąga się z jego tekstów jakieś sensowne przestrogi. Przeciwnie: czyta się go powierzchownie. Powiedziałbym nawet, że nie tyle czyta, co pobieżnie wertuje i pilnie wyławia co hecniejsze kawałki. Jak smakowite rodzynki z ciasta.

Był w moim życiu podobny epizod: pasjami czytałem fragmenty z dialogami, natomiast ochoczo pomijałem nudne i marudne partie z opisem przyrody. Ale ta pryszczata przypadłość wypadła ze mnie razem z mlecznymi zębami. Teraz mam ochotę na czytanie całości. Na poznanie powodu, dla którego książka została napisana. Na refleksje z jej przesłania i osobiste odczucia.

Indywidualne, jednak wzbogacone lekturami innych autorów poruszających się w obrębie tego samego przesłania. Zmierzające w podobnym kierunku, lecz oświetlające problem z innej perspektywy. Myślę tu o pisarzach zajmujących się przyszłością. Jedni, jak Lem, widzą nadchodzący świat jako konsekwencję przeszłości. Przyszłość zdeterminowana Historią przedstawiona jest jako następstwo nieuchronnych wydarzeń, z którymi trzeba się pogodzić. Pogodzić, a jednocześnie – próbować zmienić bieg aktualnych wydarzeń. Co nie należy do łatwych zadań i częstokroć, w trakcie lektury, okazuje się, że jest ono – niewykonalne. A niemożliwe do zrealizowania z przyczyn odwiecznej ułomności ludzkiej natury. Między innymi widać to w Kongresie futurologicznym, utworze – majstersztyku, napisanym w tonacji minorowej.

Pierwszym bohaterem jest Człowiek, Ijon Tichy, drugim natomiast – chemia. Masowe stosowanie halucynogenów. Chemia w społeczeństwie przyszłości wpływa na każdą dziedzinę ludzkiego życia: steruje nim i decyduje o kształcie wszystkich podejmowanych przez niego projektów.

Bohater przebywa w krainie powszechnej szczęśliwości. Nie ma wojen, ludzie są wobec siebie uprzedzająco grzeczni, żyje się wielokrotnie, dzieci uczą się czytania i pisania poprzez zażywanie ortograficznych syropów, prognozę pogody ustala się w drodze głosowania, nie trzeba chodzić do szkoły, bo wiedzę zdobywa się doustnie: zażywając płyn z odpowiednim podręcznikiem. Z tym, że na skutek zbyt pazernego przyswajania uczoności, trzeba brać środki na przeczyszczenie wyobraźni.

Ale nie należy sądzić, że jest to Arkadia. Opisywany przez Lema świat, w którym znalazł się Tichy, złożony jest z ułud, masek, psychologicznych warstw: wierzch jednej stanowi podszewkę drugiej, a żadna nie jest ostateczna. Tak, że nie wie, gdzie jest na pewno i czego doświadcza naprawdę. W jego otoczeniu trwa nieustanny proces zmian: ewolucyjne wrzenie, nieprzerwana modyfikacja, wzbogacanie, udoskonalanie, dostosowywanie rzeczywistości do wymogów chwili.

Rzeczywistość jest bez przerwy kreowana, istnieje więc jako rezultat kompromisu, wypadkowa zrządzeń losu, emanacja i karykaturalne zwielokrotnienie poprzednio popełnionych błędów. Z tym tylko, że tak zwane zrządzenia losu, są to zaledwie wymówki, usprawiedliwienia, sofistyczne tłumaczenia monstrualnych manipulacji. Wymówki wynikające z bezradności. W istocie ten idylliczny pejzażyk jest imitacją, wytworem psychotropów. Produktem zażywania proszków, mikstur, legumin i aerozolowych specyfików rozpylanych w powietrzu. Ma postać upiorną, a pętający się po nim ludzie nie są grzeczni, dorodni, nie żyją w luksusach i dobrobytach, tylko w nędzy. Na skutek długowiecznego życia i częstego zmartwychwstawania na życzenie, ich fizyczny wizerunek to zbiorowisko protez, liszajów i odprysków nadgniłego ciała. Lecz ten widok spryskany jest chemikaliami dającymi sielankowy konterfekt.  

Inni, współcześni fantaści, zadowalają się kostiumem, a człowiek, to dla nich dodatek do kożucha. Kontentują się malowaniem przerażających obrazków z nadciągającej rzeczywistości. Prezentują stale te same wizje koszmarnych obcych, złych i dobrych czarodziejów, smoków z laserowym ogienkiem, jarmarku gwiezdnych wojen o pietruszkę, chaosu i degeneracji; od czasu genialnego Tolkiena obecni autorzy nie wyłabudali się z naśladownictwa jego dokonań.

A pan Stanisław jest przede wszystkim humanistą; fantastyka, to dla niego zaledwie dekoracja. Dlatego dzieła autora Cyberiady sprowadzają nas na ziemię; na pierwszym miejscu nie są więc gwiazdy, próżnia i kosmiczne pejzaże, ale bliźni zmuszony do nierównej walki z Naturą i olśniewającą technologią. Nie heros, niezwyciężona i pyszałkowata figurka z komiksu, tyko zwyczajny człowiek: niejednokrotnie groteskowy, częstokroć doskonały inaczej, lecz górujący rozumem nad elektroniką, zwyciężający tym, co ludzkie: zdrowym pomyślunkiem i inteligencją. Ale odnoszący zwycięstwo nie zawsze. W Solaris na przykład godzi się z porażką swoich pragnień; uznaje ograniczenia wiedzy i świadomie rezygnuje z walki z Tajemnicą Niepokonanej Natury.

PRAWDA RUCHOMYCH PEWNIKÓW

Moja rezerwa wobec naukowych nowinek datuje się od momentu, gdy przeczytałem andersenowską bajkę o kostiumologicznych przygodach nagiego królika. W związku z tym, że streszczenie przekracza limit na frazesy, powiem krótko, iż choć podobała mi się dawniej, to teraz – nie za bardzo; niby to bajka zawierająca prawdę i niby powinna budzić we mnie uczucia pozytywne,   jednakowoż – po zastanowieniu – budzi we mnie dosyć sprzeczne myśli. Z jednej strony oczywistością jest artykułowanie nagiej prawdy, bycie otwartym, szczerym do (cudzego!) bólu i niezakłamanym, z drugiej zaś obłażą mnie wątpliwości: czy ZAWSZE? Czy każda życiowa sytuacja usprawiedliwia ten nieetyczny wymóg? Czy prawda (po trupach do szczęścia) nie jest okrucieństwem czynionym w dobrej wierze?

Kilka zdań o prawdzie chwilowo słusznej. Większościowej. Rzekomo niezbędnej, ale przydatnej komu? Mnie przykład nie jest ona potrzebna. Co nie oznacza, że chcę być ignorantem. Nie chcę tego. Wolę żyć w niedoinformowaniu, wierzyć w istnienie zjawisk niepojętych i zagadkowych, w namiętność i bezinteresowną miłość, nie być świadkiem nieustanego kurczenia się świata moich pewników, niż ulegać naukowej kastracji i świadomemu okaleczaniu ze złudzeń. Prostowaniu rzeczywistości.

Kiedy czytam doniesienia prasowe, książki o rewizjach naszych poglądów, o powstawaniu i tworzeniu sensacyjnych hipotez, rewelacyjnych interpretacji, gdy media aplikują mi codziennie lewatywę z reklam, serwują najświeższe i najmodniejsze informacje, jak dziecko zaczynam zadawać sobie pytania: PO CO MI TA WIEDZA?

Raz dowiaduję się, że herbata szkodzi i powoduje ubytki, a po miesiącu słyszę, że wprost przeciwnie, pomaga i zapobiega. Jednego dnia dają mi cynk, że kawa bezkofeinowa, odtłuszczony cukier i bimber bez konserwantów, to samo zdrowie, a po jakimś czasie ta sama gazeta bije na alarm: LUDZIE, NIE KUPUJCIE TEGO, BO TO FUJ, TRUCIZNA I ZGROZA!

Ale w tak zwanym międzyczasie wielu łatwowiernych dało się nabrać. Kupili, pilnie przestrzegali diety i…wyszli na wsteczniaków, bo inna poważna grupa naukowców doszła do tryumfalnego wniosku, że… CUKIER ZNOWU KRZEPI i namawiają: kupuj, jedz, używaj! A ty, człeku, snuj rozwlekłe przypuszczenia, czyja prawda okaże się prawdziwsza. Identycznie z cieplarnianym efektem; raz jest, raz go nie ma. W zależności od zapotrzebowania mamy więc prawdę do jednorazowego użytku i kto mi zaręczy, kiedy przestanie obowiązywać jedna, a zamiast niej otrzymam następną.

*

Obłęd z IQ polega na badaniu intelektualnej wyporności. Narodził się w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku i trwa do dziś. Podejrzewam, że gros dobrowolnych uczestników (frustratów – kamikadze) odskakuje z przerażeniem na widok wyników swojego testu. Ponieważ jest to test wykonywany na czas. A z czasem żartów nie ma; czy to geniusz, czy małogabarytowy filozof, bez wyjątku każdy z nich musi wykazać się refleksem i zdolnościami do sprinterskiego myślenia. Inaczej padanie na płask jak babka z zakalcem i okrzykną go tumanem.

W tych zawodach nie startuję: bywam wybitnie powolny w myśleniu i jak mnie kto pogania, skutek jest ten, że mam konwulsje i nic do mnie nie dociera. Toteż wychodzę na flagowego cymbała i jeśli daję się namówić na taką imprezę, to tylko wtedy, gdy jestem w samobójczym nastroju i szukam potwierdzenia, że trzeba mi wyzionąć ducha. Może i jestem cymbałem, może i mulę bez opamiętania, ale jak sobie uświadomię, że w tego rodzaju badaniach legitymuję się rezultatami gorszymi od doniczki, zalewa mnie krew.

Niemniej jednak od IQ zaczęło się gmeranie w psychicznych flakach. I o tym teraz. Psychologia podparła się biologią, biologia zawołała na pomoc chemię i wkrótce okazało się że między kobietą a mężczyzną są fundamentalne różnice. Sprawa dotyczy nie tylko banalnej anatomii, ale i usposobienia. Okazało się, że usposobienie kobiety i w ogóle jej myślowe procesy, odmienne są od męskich zachowań.

Niby żadna rewelacja, bo od dawna mówi się o Wenus i Marsie. Ale dotychczas obowiązywała nieprawdziwa teoria, że człowiek numer jeden jest podobny do człowieka numer dwa. Z czego konkluzja, że choć pomiędzy Marsem, a Wenus istnieje płciowa rywalizacja, to przecież obydwie zainteresowane strony mogą się porozumieć. Tymczasem teoria najnowsza i w związku z tym prawdziwsza od poprzedniej głosi buńczucznie, że Wenus z Marsem prowadzą nieprzejednaną walkę i o porozumieniu nie ma mowy.

A walka to krwawa i bezpardonowa. Walka, w której nie ma miłości, a światem rządzą ponure sterydy. Zmysłów też nie ma, bo nawet nasze poczynania zależne są od chemii. Czyli: kiedy Wenus zachwyca się zachodem słońca lub czymkolwiek, to nie dlatego, że widok ten poruszył jej serce, ale dlatego, że ma w sobie odpowiedni hormon, a gdy Mars pragnie pójść z żoną do kina, to nie dlatego, że chce, ale dlatego, że zabrakło mu pigułek.

W ten sposób można wszystko naukowo wyjaśnić, obłupić z magii, czaru, tajemnicy. Spostponować wszelki cud. Nie ma nic świętego. Historia, to efekt biologicznego uwarunkowania. Romantyzm? Wina chemicznych reakcji; gra w durnia z amatorami tischnerowskiej g. prawdy. Zachowania społeczne też nie mają znaczenia, bo ludzkimi poczynaniami rządzi Jaśnie Oświecony Obywatel Steryd, a zawracanie sobie głowy psychologią to kit.

*

Nic więc dziwnego, że Lem wycofał się z zabawy w kopiowanie stereotypów.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko