I.Wieczorek i M.Jastrząb w ostrej polemice Egzamin z małpiego myślenia

0
44

I.Wieczorek i M.Jastrząb w ostrej polemice Egzamin z małpiego myślenia

Igor Wieczorek – Egzamin z małpiej zręczności                    

 

                                                

       I znów, jak co roku, egzamin maturalny z języka polskiego stał się przyczyną lamentu nad strasznym stanem oświaty. Małgorzata Niemczyńska, zasłużona polonistka i pisarka, ubolewała nad tym, że „Pytania sformułowane w konkretny, ograniczający sposób nie dawały żadnej furtki, by uciec od sztampowych odpowiedzi w samodzielne myślenie.”

 

     Natomiast prof. Ewa Nawrocka, kierownik Katedry Teorii Literatury i Krytyki Artystycznej w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Gdańskiego, powiedziała Gazecie Wyborczej, że „Bezmyślna, nieodpowiedzialna reforma szkolnictwa podstawowego i średniego doprowadziła do kompletnej zapaści edukacyjnej. Jej autorzy i orędownicy już gryzą ziemię, nauczyciele zmagają się z przeszkodami nie do przekroczenia, a my dostajemy studentów niedouczonych, niemyślących, intelektualnie leniwych i biernych, a do tego aroganckich. Przychodzą na uczelnie ludzie napakowani w szkole absurdalną wiedzą, by mogli z małpią zręcznością rozwiązywać testy. Twórczo korzystać z tego nie potrafią. Dosyć!”.

 

       Zażarta dyskusja na temat „klucza maturalnego” z języka polskiego toczy się od momentu wprowadzenia tzw.”nowej matury”, czyli od siedmiu lat. Zważywszy fakt, że ten „klucz”, czyli schemat oceniania prac maturalnych, jest tajny, a egzaminatorzy w całym kraju podpisują zobowiązanie, że nikomu go nie pokażą, dyskusja jest bezprzedmiotowa. Jak można spierać się o coś, co jest z zasady nieznane? Trudno się oprzeć wrażeniu, że spór toczy się nie o „klucz”, ale o jego ideę. To właśnie idea klucza budzi tyle emocji. Z punktu widzenia obrońców światopoglądowej wolności i twórczego myślenia sztywne kryteria oceny w dziedzinie humanistyki są jakimś ograniczeniem, a z punktu widzenia obrońców jasnych, przejrzystych zasad, równości i efektywności edukacja bez klucza byłaby niemożliwa. Ten konflikt jest nieunikniony, bo jest sednem ludzkiej kultury. Od niepamiętnych czasów duch normy i skuteczności zmaga się z duchem buntu i rewolucji.

 

       W przygotowanym kilka lat temu dla wiedeńskiego Instytutu Nauk o Człowieku wykładzie znany socjolog Zygmunt Bauman zauważył, że „W istocie stoimy w obliczu paradoksu. Lub błędnego koła. Nie da się pogodzić kultury z zarządzaniem, szczególnie zarządzaniem natrętnym i podstępnym, nie mówiąc już o sytuacji, gdy dąży ono do takiego wypaczenia przyrodzonej kulturze potrzeby poszukiwania i eksperymentowania, aby pasowała do wyznaczonych przez zarządzających ram racjonalności – tej samej racjonalności, którą chcą i muszą przekraczać artystyczne poszukiwania skoncentrowane na tym, czego jeszcze nie ma i na tym, co jest tylko możliwe”.

 

     Artystom i maturzystom, podobnie jak nauczycielom, politykom i urzędnikom nie pozostaje więc nic innego, jak tylko zaakceptowanie tego paradoksu. Nawet najbardziej niszowa i kontrkulurowa twórczość musi mieć swoich odbiorców, sponsorów i recenzentów, a tylko administracja potrafi zarządzać przestrzenią między widownią a sceną. Dwie przeciwstawne prawdy w istocie są komplementarne. Miał rację Oscar Wilde, kiedy powiedział, że „ Kultura jest bezużyteczna, a przynajmniej taka się wydaje, dopóki zarządzający mają monopol na wyznaczanie granic między tym, co jest przydatne, a tym, co jest odpadem”.

 

       Nie można jednak odmówić sensowności poglądom wybitnego kulturoznawcy T.W. Adorno, który uważał, że „Apel do twórców kultury, aby nie poddawali się procesowi administrowania i trzymali się od niego z daleka, brzmi fałszywie. Pozbawiłoby to ich nie tylko możliwości zarabiania na życie, ale również możliwości wywierania wpływu, zawiązywania jakichkolwiek więzi między dziełem sztuki a społeczeństwem, bez którego prawdziwie wielkie dzieło, jeśli nie chce zginąć, nie potrafi się obejść”.

 

       Odnoszę krzepiące wrażenie, że spór o „klucz maturalny” będzie się toczył bez końca, bo jest dla oświaty niezbędny. Problemem nie jest więc spór, klucz ani jego idea, ale charakter relacji między państwem a szkołą, uczniem a nauczycielem, teorią a czystą praktyką. Szkoda, że nie kształtujemy tej relacji z taką małpią zręcznością, z jaką zdajemy maturę.




Marek Jastrząb – Polemika z wiatrakami


Jak zwykle, z wielkim zainteresowaniem przeczytałem tekst Pana Igora. Tym razem jednak nie podzielam jego zdania, gdyż temat wymaga szerszego omówienia, może nawet dyskusji. Merytorycznej, to znaczy na tak wysokim poziomie fachowości, jaki możemy znaleźć w wypowiedzi prof. dr hab. Ewy Nawrockiej. Co oby się stało jak najprędzej. Zachęcam.


By nie być posądzonym o gadanie po próżnicy, pozwolę sobie na zacytowanie kilku jej znamiennych fragmentów:


a) Zwróciłam się drogą mailową, a także ustnie, osobiście, do wszystkich kierowników katedr Instytutu Filologii Polskiej, a także do niektórych zaprzyjaźnionych koleżanek i kolegów z innych filologicznych instytutów z prośbą, by odpowiedzieli pisemnie na pytanie: co nas boli, co nas oburza.


To było w styczniu. I co? I nic. Odpowiedziało 9 osób. 7 z naszej katedry, jeden językoznawca i jeden historyk literatury. 9 osób na przeszło 80 pracowników Instytutu Filologii Polskiej. 9 sprawiedliwych, czy 9 naiwnych? 9 frustratów, czy 9 anarchistów? Dlaczego nasza inicjatywa nie znalazła odzewu? Czy pytanie zostało źle sformułowane, nie w porę? Czy już tak długo i tak głęboko zanurzyliśmy się w szambie, że pokochaliśmy to swoje poniżenie i smród rozkładu? (…)


Ta sytuacja mówi coś o nas samych. Dał o sobie znać kompleks Stefka Marudy. Nie warto, na pewno się nie uda, żadne działanie i gadanie nie mają sensu. Nic od nas nie zależy, jakoś to będzie, jakoś się ułoży, najlepiej bez naszego udziału.


b)
Nie ma innej drogi skutecznej edukacji do życia w społeczeństwie niż żywy kontakt studenta z nauczycielem, adiunktem, profesorem, człowieka z człowiekiem.


c) Zarządzający nauką w tym kraju nie zdają sobie sprawy z tego, że Uniwersytet to nie tylko budynki, przeszklone hole, labirynty korytarzy, windy i najdroższa aparatura, martwa, kamienna, szklana pustynia. Bo Uniwersytet to przede wszystkim sprawa ducha, intelektu, bezinteresownej miłości do wiedzy i nauki, ciekawość i zapał, radość i odwaga myślenia, sztuka zadawania pytań i szukania odpowiedzi. To pasja tworzenia, umiejętność komunikacji i dialogu, to przestrzeń obcowania z wartościami, to uczenie. Ludzie z wiedzą i pasją, odważni i etyczni, uczciwi i prawi, niezależni od urzędasów i politycznej koniunktury. Ich podstawową powinnością jest uczciwe, twórcze, niezależne, wolne, niezadekretowane myślenie, krytyczne myślenie. I tego mają uczyć studentów w procesie wzajemnie stymulowanej intelektualnej interakcji. Czy to jeszcze gdziekolwiek istnieje?


Bezmyślna i nieodpowiedzialna reforma szkolnictwa podstawowego i średniego doprowadziła do kompletnej zapaści edukacyjnej. Jej autorzy i orędownicy już gryzą siebie, a nauczyciele zmagają się z przeszkodami nie do przeskoczenia.


d) Czy mamy prawo narzekać? Bez sprzeciwu pogodziliśmy się z likwidacją egzaminów wstępnych i regułami nowej, ogłupiającej, testowej matury.


e) Studenci nie uczą się i nie umieją się uczyć. Nie czytają literatury, nie myślą. Nie są w stanie zbudować dłuższej, spójnej merytorycznej wypowiedzi ustnej. Piszą z błędami stylistycznymi i ortograficznymi. Trudno się nawet temu dziwić. Język polski jest dyskryminowany jako język naukowy. Punktuje się publikacje w językach obcych. Kultura języka w społeczeństwie jest na coraz niższym poziomie. Jego żenującą kalekość widać, słychać i czuć w atakujących nas zewsząd wypowiedziach polityków i dziennikarzy.


A studenci? Czy żądają, by od nich czegoś wymagano? By uczciwie rozliczano z tych wymagań? Czy skarżą się na olewanie zajęć, na niepunktualnych i nieprzygotowanych do zajęć wykładowców, nudne ćwiczenia i wykłady, powtarzane na pierwszym i drugim stopniu edukacji tematy, ćwiczenia, metody dydaktyczne?


Już pierwszy cytat daje odpowiedź na pytanie, dlaczego jest tak beznadziejnie i odpowiedź ta brzmi: jest tak, bo wszystkim zwisa i dynda. Tych zaś, którym jeszcze zależy, pakuje się do worka z napisem PIENIACZE. Z czego wypływa wniosek: lepiej siedzieć pod miotłą i czekać z ręką gotową do włożenia w nocnik.


Moim niepedagogicznym zdaniem, przedstawiony przez Wieczorka problem testów jest zaledwie fragmentem ukrytej góry lodowej. Rzecz jest na tyle poważna, by nie ograniczać się do felietonowego kiwania palcem w bucie; nie dotyczy tylko śmiesznej i wątłej potrzeby stosowania tego narzędzia, lecz -mizernych efektów obecnych metod wychowawczych. Że z wychowywaniem jest źle, nie warto nikogo przekonywać; począwszy od nauczycieli, a na rodzicach skończywszy, wszyscy o tym wiedzą. Oczywiście wszyscy za wyjątkiem uczniów i pracowitych reformatorów z MEN. Z czego nic nie wynika. Jak to z naszymi protestami bywa.


Warto zwrócić uwagę na umysłowe spustoszenia dokonywane przez głupawe wychowanie bezstresowe (tu wypada powiedzieć, że te dwa słowa sklecone obok siebie są jakimś dziwacznym oksymoronem, ponieważ prawdziwe wychowanie polega na dawkowaniu zmiennych bodźców stresowych, a wychowanie bezstresowe, to, mówiąc ludzkim językiem – jego namacalny brak).

Przywleczone z zupełnie innego kręgu kulturowego, obyczajowego i mentalnościowego, z obszarów o odmiennych wartościach i tradycjach, jest u nas tworem sztucznym, obcym ciałem nie mającym szans na udany przeszczep. Lecz serwilistyczne kręgi naszych decydentów od nauczania, urzędnicze kadry wykształcone na pobieżnych kursach psychologicznych, z uporem maniaka lansują szkodliwe i snobistyczne pomysły na edukację. Efekt? Mali ludzie zawiadujący kulturą i oświatą wprowadzają w czyn własne, prymitywne wyobrażenia na temat kształcenia.  


Ględzi się w kółko i na okrągło o testach, maturach o szkolnictwie wyższym, niższym i nijakim, gardłuje o prawach ucznia, nie mówi się natomiast o wzajemnych obowiązkach, likwidacji szkół i dyscyplinie; nauczyciel z gustownym wiaderkiem na głowie, klnąca jak szewc trzynastolatka, agresja i gwałt w Internecie, narkotyki w tornistrach, to owoce bezstresowej hodowli. Pedagog dla dzisiejszego ucznia jest szmaciarzem. Żaden z niego autorytet. Nic to, że więcej wie. Ważne, że ma mniej kasy; tłucze się tramwajem, podczas gdy on ma wypasioną brykę i parę lasek na gwizdnięcie. Można mu dać w mordę i nie ponieść konsekwencji. Rodzice załagodzą i znowu będzie git.

Matura z rachowania? Uczyć się czegokolwiek, to już obciach, a co dopiero matematyki! Dobrze wykształcony człowiek musi umieć liczyć do stu i znać co drugą literę alfabetu, a nie pieprzyć się z cyferkami! Matematykę powinno się poznać na studiach, a wymaganie jej od maturzysty zajeżdża kpiną! Toż to dyskryminacja i niebywała hucpa!


Ale jest druga strona medalu: jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Do zawodu nauczyciela trafiają ostatnie młoty, ludzie z przypadku, stęchłe kmioty traktujący szkołę jak przechowalnię, magazyn dla czekających na lepszą posadę, wyższe stanowisko-przytulisko; choćby w Kuratorium. Kandydaci wyrzuceni ze studiów, bez przygotowania i powołania, traktujący młodzież jak zło konieczne i wyzywający ją od debili.



Jan Kiczor


Głos do polemiki Pana Igora Wieczorka i Pana Marka Jastrzębia

 

       Czytając polemikę (że ostrą – nie sądzę) panów Igora Wieczorka i Marka Jastrzębia, stanęły mi przed oczami moje pierwsze lata szkolne 1953 -1960. Szczęście moje polegało na tym, że tuż po wojnie, system nie zdążył „zaopatrzyć” się w nowe kadry i chcąc nie chcąc zmuszony był korzystać z tych, których wykształcenie i pierwsze dokonania zawodowe sięgały jeszcze czasów przedwojennych. Starszym tych czasów przypominać nie trzeba, choć do dziś gnębi mnie jedno. Pamiętam, że w piątej klasie miałem np: historię starożytną i do dziś nie wiem, czy był to ukłon w stronę wartości humanistycznych, czy może „władza” nie zdążyła na czas „uporać się” z historią bardziej współczesną i na przeczekanie wzięła.

Nauczyciele byli wymagający, owszem, ale jak zapamiętałem, rozważni, uważni, mądrzy, a przez pryzmat swoich doświadczeń wojennych i zawodowych – wręcz ciekawi. Nowoczesnych, gestem obrzydzenia napawać może, że jak się zasłużyło, to i piórnikiem (a były drewniane) łapę zarobić można było, stać w kącie, czy siedzieć w „oślej ławce” (była taka, tuż przy katedrze). Takimi karami wstyd było się w domu „pochwalić”, bo na ogół dostawało się (zamiast współczucia) – dokładkę. Karą najgorszą było zabranie tornistra, który to można było odzyskać, gdy się przyprowadziło ojca lub matkę.

W klasie, jak to w klasie. Lizusów i kujonów się nie lubiło, ale nikt z najgorszymi nie trzymał i zawsze byli oni osamotnieni. Donosicieli (zdarzało się) nie lubił nikt, ani koledzy, ani nauczyciele.

Lata późniejsze, licealne, też pewnymi rygorami obarczone były, więc tarczę nosić trzeba było, fryzurę mieć schludną, Chłopców obowiązywał y ciemne spodnie, koszula zwykła, dziewczyny miały tzw. fartuszki szkolne. Oczywiście mówię o konkretnej szkole, Więc nie odnoszę się jak było gdzie indziej. Matura, to była matura, bez „wymyślnych” testów. Do głowy nikomu by nie przyszło urządzać studniówkę w knajpie.

         A całość tych wynurzeń, tylko dlatego, że obserwuje od dłuższego już czasu, pełne zdziczenie obyczajów, „błogosławione” przez odnośne Kuratoria, w ramach dziwacznie pojętej swobody, luzu znaczy owego „bezstresowego” chowania. Powodów zauważam kilka.

Jak już gdzieś wspomniano, na nauczycieli (nie chciałbym generalizować, ale mam także i takie obserwacje), zaczęto kształcić, czy to w Studium Nauczycielskim, czy to w WSP (Wyższa szkoła Pedagogiczna) tzw. „odpady”. Kto się nie załapał na jakiś Uniwersytet czy Politechnikę (a onegdaj tych było znacznie mniej), żeby roku nie marnować, przed wojskiem się ukryć, czy na zasadzie „wszystko jedno” – szedł na „nauczyciela”.

Jeżeli w wyborze własnej drogi życiowej, jest nam wszystko jedno, jakże możemy zaszczepić w innych, bardziej wymagające postawy? Nadto zaczął się wśród owego „narybku” nauczycielskiego, kult na nauczyciela „swojaka”. Taki co to wie, rozumie, kumpel prawie. I nie widziałbym może w tym nic złego, gdyby znów nie pewne przegięcia.

Jednocześnie nakłada się na to okres wybujałej wolności. Jednak bardziej uczniów, jak nauczycieli. Uczniowie zostali pouczeni o swoich prawach – jednostronnie, zaś nauczyciele zepchnięci do roli „dostarczycieli” wiedzy, bez możliwości jej egzekwowania.

Wzorce domowe także jakoś się rozmyły. Pogoń za zarobkiem, wyścig szczurów, to jest to, co młodzież obserwuje w domu. Za głupka został uznany każdy „cichy i pokornego serca”, bo czasy takie, że trzeba się w życiu rozpychać, żądać tu i teraz, a ostatecznie nie czekając brać samemu. Idealizowanie własnych latorośli skutkuje tym, że gdy ze szkoły napływają informacje o problemach, winien jest nauczyciel, system , ostatecznie koledzy, ale nigdy własna pociecha. Skądże znowu. To takie miłe dziecko.

Stąd już krok w dalsze eksperymentowanie granic „wolności” (miłe dzieci to potrafią znakomicie).

Oczywiście, krzywdzące byłoby generalizowanie, zarówno postaw nauczycieli, jak i uczniów, bo coraz prasa donosi o sukcesach młodych ludzi, skupionych, wraz ze swoim pedagogiem, na jakimś dociekaniu, badaniu problemów, rozwijaniu uzdolnień itp.

Można jednak odnieść wrażenie, że ogólnie władze oświatowe są z siebie wielce zadowolone, i działają z rozmachem forsując własne wizje, najczęściej w kierunku znanym z piosenki: „…co by tu jeszcze spieprzyć panowie…”

Moim zdaniem, jednym z pierwszych, złych pomysłów, było tworzenie gimnazjów, rozbicie zatem pewnych więzi powstałych wśród dzieci szkoły podstawowej i puszczenie ich na szerokie wody nowych doznań, znajomości, otoczenia, w wieku który jeszcze nie zapewnia samokrytycyzmu, łaknie natomiast aprobaty, przynależności do grupy, bez względu jaka ona jest.

Kolejnym mankamentem jest, moim zdaniem, ciągłe grzebanie w podręcznikach, ciągle pisanie na nowo „historii”, jak i innych przedmiotów. Nadmiaru wiedzy nie da się „upakować” w człowieku jak w walizce dopychając kolanem.

Szkoła jakby zapomniała, że jej zadaniem jest owszem, dać podstawy wiedzy, ale nade wszystko nauczyć, jak ze zgromadzonego w świecie ludzkiego potencjału – korzystać.

Jeżeli połączyć nauczanie w szkole, na pamięć, zbędnych setkami regułek, dat, pogłowia bydła w Mongolii (geografia gospodarcza) czy temu podobnych wiadomości z siłowym przepychaniem z klasy do klasy (bo Kuratorium ocenia), trudno się dziwić, że matura jawi się nie jako sprawdzian sprawności umysłowej młodego człowieka, jego możliwości chłonnych i analitycznych, a jak udręka – klasówka wręcz, którą (przy pomocy np.: ściągi) przebrnąć trzeba.

Nie dziwi zatem konsternacja co światlejszych uczelnianych dydaktyków, że pozbawieni możliwości własnej oceny chętnych (zniesienie egzaminów), obserwują zdumieni napływ wszelkiego rodzaju miernot, którym tak naprawdę nie nauka w głowie, a końcowy papierek, albo wręcz zwykłe zabicie czasu i szpan.

A o papierek i tak coraz łatwiej, zważywszy na ilość „wyższych uczelni” prywatnych, od Pcimia po Wąchock, których właściciele z owego pędu, dobry biznes sobie uczynili. Mając gdzieś, co ów „student” od nich wyniesie w głowie, a koncentrując się na tym, czy czesne w terminie wpłynęło.

Oczywiście na temat można nieskończenie. Jednak nie będę swoim debiutem zanudzał.

To co wyżej, to tylko garść różnych skojarzeń, po przeczytaniu Mistrzów pióra (jak na wstępie).

 


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko