Krzysztof Lubczyński rozmawiał z Bohdanem Łazuką

0
79

Krzysztof Lubczyński rozmawiał z Bohdanem Łazuką

        

        Prawie 20 lat temu ukazała się Pana barwnie napisana książka wspomnieniowa pt. „Trzymam się!!!”. Przed rokiem ukazał się wywiad rzeka z Panem. Jak Pan się trzyma?


 – Trzymam się, jak zawsze dobrze, bo nie mam innego wyboru.Zawód, który wybrałem ogranicza nasze możliwości tylko w pewnych przypadkach, a u nas takich wypadków nie ma, bo ekonomia osacza mnie tak, jak innych obywateli tego kraju. Nie pozwala mi mianowicie spokojnie siedzieć w domu, czytać zaległą literaturę czy słuchać zaległej muzyki lub też zachwycać się urokami krajobrazu. Krótko mówiąc nie stać mnie, by czuć się inaczej niż 20 lat temu. Muszę być po prostu czynny.


         Nie stracił swojej chłopięcości ducha?”. Witold Filler pisał o Panu jako o „rozdokazywanym chłopcu o ujmującym uśmiechu”.

         – Nasz zawód jest przecież chłopięcy, jest przedłużeniem dzieciństwa. Jak byliśmy w piaskownicy, to każdy jeden z nas chciał być lekarzem drugi marynarzem, inny zdunem, a dziesiąty pilotem. W życiu aktorskim te marzenia z piaskownicy często zderzały się z rolami. Jeśli ktoś w naszym zawodzie chce wyjść z tych krótkich spodenek, to traci może nie wdzięk, bo ten jest pewnym rodzajem biologii, ale traci tę chłopięcość, o której mówiła ta pani, traci szczery rodzaj naiwności. A ta utrata przekłada się na język teatralny czy filmowy, bo zatraca się prawdę. A mam kolegów, którzy nie przyznają się, że byli dziećmi, a ja się przyznaję. Mam zresztą kolegów, którzy podchodzą administracyjnie, mieszczańsko do spraw małżeństwa, to znaczy, gdy chodzi o sprawy rodzinne ograniczają się do tego, żeby mieć w dowodzie pieczątkę „żonaty”. To dla mnie za mało.


        Czy ten rodzaj sztuki estradowej, kabaretowej, który symbolizuje pan, Kazimierz Rudzki, Ludwik Sempoliński, Tadeusz Pluciński, Alina Janowska i inni, ma przyszłość? Mam na myśli dalszą przyszłość, gdy zabraknie przedstawicieli pokolenia, które „chwyta” język tej sztuki.


        – Niestety nie. Nie chcę nikogo urazić, więc powiem, że mamy w tej chwili do czynienia z innym rodzajem unerwienia u młodszych widzów. Poza tym percepcja widowni, nie tylko młodej, poszła jakby w uproszczonym kierunku, gdy chodzi o estetykę. W tej chwili nie ma np. w rozrywce elementu edukacyjnego. Profesor Rudzki, wielki erudyta i wspaniała postać polskiego teatru, któremu ogromnie wiele zawdzięczam, tłumaczył nam, że w poemacie „Kwiaty polskie” Juliana Tuwima istnieje coś takiego jak scherzo. Sens tego muzycznego określenia polega na tym, że utwór jest zbudowany, a na końcu autor to burzy. Pisze np. szereg wersetów o różach i na końcu mówi, że to nie takie róże. W muzyce jest podobnie. Na początku idzie kanon, a na końcu to się przekreśla. Tu profesor Rudzki dodał: „Zdolny muzyk Chopin też pisał scherza, co nie znaczy, że musimy się turlać ze śmiechu”. Pomyślałem, że u profesora to musi oznaczać coś więcej, więc pobiegłem do biblioteki w szkole teatralnej. Patrzę pod hasło „Chopin – scherza”. Wszystkie w tonacji molowej czyli smutnej. Nie musimy więc turlać się ze śmiechu. Ostatnim kontynuatorem tej tonacji był nieżyjący już twórca dwóch najlepszych w Polsce kabaretów: „Konia” i „Owcy”, to znaczy Jurek Dobrowolski. Młodzi ludzie w ogóle tego nie rozumieją, nie czują. Kto panu zrozumie takie słowa, z Kabaretu Starszych Panów „Bez ciebie jestem tak smutny jak kondukt w deszczu pod wiatr”. Podejrzewam, że poza nami kilkoma, to niewielu. Jak pan więc widzi, dzięki wrodzonej bystrości umysłu, świat zrobił się bardzo ubożuchny, gdy chodzi o sprawy duchowe. Dobre wychowanie utrudnia zarówno mnie jak i panu powiedzenie tego wprost, ale widzowie dzisiejsi, wychowani na tym co mamy dookoła, są o wiele ubożsi. Owszem, są talenty, ale to już będzie inna estrada i inny kabaret. Ja należę do ostatnich Mohikanów dawnych form.

Jest Pan „od zawsze” utożsamiany z komediowym, kabaretowym nurtem aktorstwa. Czy odczuwał pan kiedyś głód ról dramatycznych, marzył pan, żeby zagrać np. Hamleta czy Księcia Konstantego albo w sztuce Ionesco?

– Nie chcę, tu opowiadać swojego życiorysu, ale przypomnę, że mój pierwszy okres pracy, tuż po szkole teatralnej, to było granie kochanków romantycznych. Np. w „Cyranie” Rostanda grałem Persyneta, Wacława w „Zemście” Fredry u Hanuszkiewicza, Figara w „Weselu Figara” Beaumarchais. Ja naprawdę byłem młody, w co dziś trudno uwierzyć, więc miałem też inny rodzaj predyspozycji. Lżejsza muza zdominowała mnie od Opola, od pierwszego festiwalu i tak zostałem przy piosenkach. Jednak ciągle coś tam innego robiłem, i to w kilku teatrach, np. w „Billym kłamcy”, debiucie Kazia Kutza w teatrze. Najważniejsze jednak była dla mnie możliwość spotkania, na scenie i w bufecie, z największymi. Jeszcze się o nich otarłem. Mam w domu umowę, gdzie jest dopisany aneks, że podpisuję umowę pod warunkiem, że będę siedział w garderobie razem z Adolfem Dymszą. A co do Ionesco, to ten typ umowności, który prezentują jego sztuki nie jest dobry do weryfikowania umiejętności aktora. To, co on umie można sprawdzić na Bałuckim, Zapolskiej, Perzyńskim, czy przede wszystkim na Fredrze. A jak aktor stoi na jednej nodze i ma tiki, a do tego zwisają jakieś koła czy – przepraszam za wyrażenie – świńskie ryje, i to ma być sztuka, to ja dziękuję. Ja się na tym nie znam.

Słyszałem przed naszą rozmową, jak Pan mówił trochę do mnie, trochę do siebie, że „ten kraj się rozpada”. Takie ma Pan pesymistyczne myśli o Polsce? Okropnie to zabrzmiało?

– Ja widzę, że są osoby, które chcą decydować o naszej egzystencji przy pomocy argumentów, że „żaba ma sierść”. Nie wolno traktować obywateli tego kraju, jakby to byli sami kretyni. Weźmy telewizję. Przed kamerę wychodzi panienka i kiwając głową jak cadyk jadący na targ mówi do nas jak do grzecznych dzieci. No i nie wolno wywyższać się w momentach decydujących o naszej przyszłości. Poza tym nie koncentrować się na rocznicach historycznych i stworzyć w tym kraju dobre życie we środę, a nie tylko w niedzielę. Tymczasem nadal wszyscy chcą świętować, choć nie ma powodu.

W swojej książce poświęcił Pan sporo ciepłych słów ludziom PRL, takim jak Józef Cyrankiewicz czy Włodzimierz Sokorski. Wtedy zwłaszcza, także w środowisku aktorskim było to bardzo niepopularne. Jak Pan patrzy na to dziś?

– Wie pan, krytycyzm wobec tamtego ustroju, totalitarnego, który nam niejako fizycznie utrudniał życie to co innego, a co innego ocena niektórych ludzi, którzy byli po prostu fachowcami, mimo wszystko. Włodek Sokorski był świetnym prezesem, dobrym ministrem i sympatycznym człowiekiem. I nie tylko ja mam takie pozytywne wspomnienia. Nie będę ukrywał i tego wątku, że mieliśmy też przyzwoite apanaże, a i sytuację zawodową nieporównywalnie lepszą niż dziś. Także Cyrankiewicz był jednym z nielicznych ludzi ówczesnej władzy, którzy mieli do siebie dystans i poczucie humoru. On miał coś z aktora, umiał z siebie żartować, a takiego to i dziś trudno pośród władzy znaleźć.

Czy takie postacie jak Ludwik Sempoliński, Aleksander Bardini czy Kazimierz Rudzki z perspektywy czasu olbrzymieją w pana oczach czy może trochę bledną?

– Oni nie byli wystarczająco doceniani, gdy żyli. Za mało chyba z nich czerpaliśmy. I na studiach i w pracy mieliśmy poczucie, że oni są i już. Taką osobą – jako wielki reżyser, wybitny fachowiec teatralny – była Stanisława Perzanowska. Jak czegoś nie wiedzieli Erwin Axer, Adam Hanuszkiewicz czy Tadeusz Łomnicki, to biegli do niej. I jeśli ja panu błędu nie zrobię na scenie, wszystko jedno w jakiej sztuce, w tym jak mam spojrzeć, jak mam usiąść, jak się zachować wobec kobiety, która na dodatek nie jest mi obojętna, to ja właśnie zawdzięczam to głównie Perzanowskiej.

Wróćmy jednak do Pana kariery. Grał Pan w kilku popularnych kiedyś komediach filmowych, takich jak „Przygoda z piosenką”, „Kochajmy syrenki” czy „Nie lubię poniedziałku”. W tym ostatnim jest taka – dziś niemal „kultowa” – scena, gdy grany przez pana bohater wychodzi rankiem z restauracji „Gastronomia” przy Alejach Jerozolimskich w Warszawie i rozpoczyna powrót do domu chwiejnym krokiem, wzdłuż toru tramwajowego, posługując się korbą do uruchamiania silników samochodowych. Wywołuje ta scena wiele skojarzeń związanych z bujnym towarzysko, i mocno zakrapianych alkoholem, owianym licznymi anegdotami i legendami życiem towarzyskim środowisk artystycznych w epoce PRL. Wiele takich anegdot opisał pan w owych barwnych wspomnieniach. Czy coś z tego dziś zostało?

– Myślę, że tak, że coś zostało, ale jest to już inne, a poza tym moje uczestnictwo jest już raczej lokalne i śladowe. Już nie za bardzo wiem, jak się tam zachowywać. Oni rozmawiają o kolorze dachówki, o klamkach. To nie dla mnie i jest mi z tego powodu przykro, ale widocznie tak musi być. Nie bywam więc na przyjęciach, gdzie się co tydzień wzajemnie nagradzają, podniecają się, szukają dla tych nagród sponsorów. Ale jak pan włączy telewizor z tymi nagrodzonymi programami, to pan by chciał ten telewizor z tymi programami wyrzucić.

* Teraz mam do Pana pytanie, którego chyba nikt jeszcze nigdy panu nie zadał….

   Ile żon miałem?! (śmiech)

* A właśnie nie. Bo pytają o karierę, o życie towarzyskie, o żony, a ja chcę zapytać o Pana gusta literackie, teatralne, filmowe, jako czytelnika i widza, a nie jako twórcę. Zwłaszcza, że to rozmowa dla portalu literackiego…

A bo to najłatwiej nie zapytać. Kazio Kutz, u którego nie tak dawno grałem, powiedział mi kiedyś: „Na twój temat nie mają wyobraźni”. Otóż uważam, że bez klasyki nie ma współczesności, więc ja niezmiennie pozostaję w kręgu tych samych Faulknerów, Hemingwayów czy Forsythe’ów. Wprawdzie i dziś mamy takich kilka niekłamanych zjawisk jak Pilch. Mamy bardzo dobrą poetkę, panią Julię Hartwig. Bardzo cenię poezję nieżyjącego już niestety Jeremiego Przybory. A tak w ogóle, to mam gust tradycjonalny w dziedzinie sztuki.

A jak Pan ocenia obecne polskie poczucie humoru?

– Nie jest z tym źle, choć jest mniej widoczne, przykryte pokładami wulgarności, której tak wiele wokoło. Na pewno brakuje w Polsce brak dobrego kina, takiego choćby jak znakomity „Pianista”. Od razu wiedziałem, że to będzie wybitne dzieło, bo krytycy pisali o nim bardzo źle. Podobnie było z najnowszą sztuką Janusza Głowackiego „Czwarta siostra”. Recenzje okropne. Poszedłem – wspaniałe.


        * Jest Pan związany z Lubelszczyzną. 31 października będzie Pan, rocznik 1938, 74 rocznicę urodzin, co zdarzyło się w Lublinie.


      – Na szczęście to nie rocznica pracy artystycznej! Urodzony, fakt – syn Franciszka i Wandy. A kiedy ja się miałem urodzić jak nie w okolicy Wszystkich Świętych? Ma wrażenie, że oni nade mna czuwają i bez nich nieraz było by ze mną źle, bo nagrzeszyłem. W Lublinie bywam. Mam tu masę przyjaciół, głównie z Zespołu Pieśni i Tańca Ziemi Lubelskiej Wandy Kaniorowej. W Lublinie mieszkałem na Kołłątaja 3, a pod numerem 4 mieszkał Mietek Czechowicz, który po latach zawsze mnie pytał: „Czy ta Kołłątaja już się nazywa Czechowicza?”. To był czarujący dobry człowiek, który miał tyle serca, ile ważył, więc dużo. Lublin nieźle sobie radzi pod względem muzycznym, bo i Budka Suflera i Beata Kozidrak, a i teatr Osterwy powrócił do dobrej formy.

Ukochany Kazimierz nadal Pan odwiedza?

-Niestety z tym jest problem. O atmosferze miejsc decydują ludzie i z tym jest coraz gorzej. Proszę sobie wyobrazić, że zupełnie niedawno przyjechałem do Kazimierza z walizką, na dwa tygodnie, a wyjechałem po dwóch dniach, bo to już nie było to.

         Resumując: nadal zamierza Pan się tak trzymać, jak do tej pory?

       
 –
Oczywiście! I to mocno!

        Dziękuję za rozmowę.           

                             

Bohdan Łazuka – ur. 31 X 1938 roku w Lublinie, gwiazda polskiej estrady, ulubiony uczeń Ludwika Sempolińskiego, Kazimierza Rudzkiego, Adolfa Dymszy. Śpiewane przez niego piosenki, takie jak np. „Bohdan trzymaj się”, „Bo to się zwykle tak zaczyna”, „Miłość złe humory ma” czy „Charleston” śpiewała w latach 60-tych i 70-tych cała Polska. Także aktor teatralny (m.in. Fouche w „Madame Sans-Gene”), kabaretowy (m.in. Kabaret Starszych Panów, piosenka „Przeklnę cię”) i filmowy o ogromnej sile komicznej, pamiętany zwłaszcza z ról w takich popularnych komediach jak: „Nie lubię poniedziałku” (1971), „Kochajmy syrenki” (1967), „Przygoda z piosenką” ( ), „Małżeństwo z rozsądku” (1966), „Motodrama” (1971), „Poszukiwany-poszukiwana” (1973), „Hallo Szpicbródka” (1978).

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko