Sławomir Majewski – MROCZNY UPAŁ

0
273

Sławomir Majewski


MROCZNY UPAŁ

 

/fragment /

 

Józef MurzynTrzy czekoladowe, dorodne prostytutki i alfons o lśniącej, orzechowej twarzy Gandhiego, siedzą obok bufetu śmiejąc się głośno z dowcipu a może uciesznej historyjki i poza nimi na sali nie ma nikogo, bo już nadchodzi świt a od szeroko otwartych okien napływa słony powiew, szum morza i buczenie statków. Barman kończy pucowanie szkła, wyrównuje szeregi butelek a w kiblu, za cienkim przepierzeniem pijana kobieta wrzeszczy histerycznie

– Zostaw mnie, ty wstrętna kurwo! a potem rzyga głośno, krztusząc się i charcząc, a z przyciszonego radia wycieka gęste, chrypliwe Nobody Knows You When You’re Down And Out z 1930, tej wspaniałej Bessie Smith. Nagranie z 1930? Tak, z 1930.

Eryk od godziny siedzi samotnie na tarasie, patrząc w ciemne wody Zatoki Walvisbaai i nie chce mu się wracać do pokoju, mimo że w jego łóżku śpi Tjingee, którą nazywa Mała Mary; jego ulubiona miejscowa dziwka z ludu Ovahimba. Eryk poczeka jeszcze z pół godziny a później, jeśli nic się nie wydarzy, obudzi Tjingee, spakuje walizkę, zejdzie do recepcji oddać klucz i odebrać rachunek i pojedzie na lotnisko, no bo skoro ekipy nie ma, to filmu nie będzie, więc on tu po co? Jakby żaden pieprzony skurwysyn nigdy nie słyszał o telefonie!

Gdzieś zadzwonił telefon a po chwili zmęczony, uprzejmy barman stawia przed nim aparat.

– Telefon z Londynu, proszę pana.

Wziął słuchawkę, słuchał uważnie długo kiwając głową i wypuszczając z ulgą powietrze; kazał pozdrowić wszystkich i odłożył słuchawkę. Do pokoju wrócił schodami, pozwalając śnić staremu windziarzowi; po drodze nucił sobie Nobody Knows You When You’re Down And Out z 1930, tej wspaniałej Bessie Smith, a potem obudził Małą Mary i doznał poczucia ogromnej, niezawinionej winy patrząc w skośne, żółtoorzechowe oczy pod rozpaczliwym tytułem: zabierz mnie stąd!

– Mała Mary… Tjingee, posłuchaj… Jeśli kiedyś, przypadkiem…

W jego głosie jest coś, co powoduje, że oczy Tjingee rozbłyskują nadzieją. Tak, nadzieja, paliwo ludzkości, myśli Eryk kiedy schodzą do restauracji, gdzie na chybcika wypija duszkiem jeszcze jedną wódkę, płaci, żegna dziewczynę niekłamanie czułym uściskiem i namiętnym pocałunkiem.

– To tylko kilka dni, obiecuje raźnym głosem.

Raźnym głosem mówi do taksówkarza

– Na lotnisko!

 

LOT

 

Na pasie czeka stary, ale dziarski DC-6 Independence, który najęła dla niego Wytwórnia, żeby mógł bez chwili zwłoki polecieć po rozbitków; więc bez chwili zwłoki ściska dłonie pilotów, weteranów wojen z czarnymi partyzantami i bez zastrzeżeń przyjmuje zapewnienia o niezawodności ich latającego kumpla a teraz, lecąc nad sawanną w kierunku Ruacana w regionie Omusati, gdzieś na granicy z Angolą tam, na Północy, myśli ja to mam pecha, cholera! I zapadając w krótką drzemkę myśli, że niczego nie potrzebuje. Mary? Jest tam, na wysokim stołku przy barze, czekająca klientów i lepszego jutra w szklance z wódką i zimnym lemon-squashem, albo śpi w swoim domku czarnej królewny, zbudowanym z niebieskiej blachy po rozciętych i wyklepanych na płask beczkach po paliwie; pełna nadziei, tego paliwa ludzkości. Zawsze jest jeszcze Barbara i ta nowa, Eunice, myśli; a za kilka dni ma przylecieć Gwen. Och, Gwen pomyślał, Gwen…Westchnął, czując w żołądku chłodny niepokój.

Leci ponad wszechświatem sawanny myśląc o ekipie. Po awaryjnym lądowaniu utknęli z całym sprzętem na totalnym zadupiu, a wiadomość o tym przyniósł do obozowiska amerykańskich geologów jakiś młody wojownik Himba, o pięknych pośladkach i twardej włóczni, jak obscenicznie scharakteryzował go Jackson z Wytwórni. Zasnął. Śni mu się, że jest w muzeum i patrzy na obraz Waterhousea „Miranda” ale widzi postać z książki Fowlesa „Kochanica Francuza”, a chwilkę później to ujęcie, na którym Maryl Streep stoi na falochronie oszołomiona deszczem i pianą przyboju, zupełnie jak Miranda z obrazu, a oszołomiony jej widokiem Jeremy Irons patrzy oszołomiony. Pamięć jest równie potężna jak wyobraźnia, myśli, bo zawiera wszystkie elementy trwania umysłu: obrazy, smaki, zapachy, dotyki; wszystkie odcienie i szarości, wszelkie wątpliwości i rozterki, wszystkie pewności. A także gorycz. Więc stoi patrząc na obraz i chociaż jest teraz i tutaj, to jednocześnie wtedy i tam, kiedyś i w innej przestrzeni. Przez sen wymamrotał z rozczarowaniem, że zapach średniowiecznej cegły i zaprawy w katedrze pełen jest głosów i szeptów.

Obudził się.

Lądowali na krótkim pasie startowym, kilkaset metrów od skupiska rozpaczliwych bungalowów krytych niebieskawą blachą, ustawionych w półkole na kształt corralu dla wielbicieli safari o cienkich portfelach. Boże, co za nędza, pomyślał prostując nogi i grzbiet, pierdząc cicho, schodząc po odrapanych z farby schodkach podstawionych przez wesołych, dziarskich, przyjaznych chłopaków, idąc coraz to bardziej szparko w kierunku czegoś, co wskazali mu jako kapitanat i wieżę kontroli lotów. O, matko! myśli idąc pasem, no i jak oni chcą ściągnąć nadzianych Amerykanów czy Japońców czy chuj wie kogo bogatego, bo żeby wyjąć to najpierw trzeba włożyć, zupełnie jak z kobietami, myśli i wtedy widzi swoich biegnących ku niemu z radosnym skowytaniem. Ściska każdego z radością, radosny że żyją, że są cali i zdrowi a przy obiedzie słucha z uwagą ich chaotycznych relacji i potem, kiedy przycichli, kiedy odsapnęli po tym żarciu, gadaniu i wyszli po sprzęt i bagaże, bezlitośnie opierdala tamtego pilota, który zrezygnowany pije ciepłe piwo, mamrocząc o sile wyższej. W końcu machnął na niego ręką i wraca na pas, gdzie ekipa przeładowuje skrzynie, paki i walizy do starego, ale dziarskiego DC-6 Independence, pamiętającego bitwy z murzyńską partyzantką i zarośnięte pleśnią wojny z Kubańczykami i Ruskimi w Angoli.

Więc byli cali i zdrowi, nie licząc kilku zadrapań i paru nieważnych siniaków, a że sprzęt zabezpieczony w aluminiowych skrzyniach wyściełanych szarą sztywną gąbką był w całkowitym porządku, więc ładowali wszystko do DC-6, wyklinając tamtego pilota, dziękując Wszechmogącemu za uratowanie. Spoceni ale szczęśliwi, szczęśliwi bo żywi, żywi ale wkurwieni zapewniali się wzajemnie, każdy każdego z osobna i wszyscy wszystkich naraz, że już kurwa nigdy, ale to nigdy w życiu, no choćby kurwa nie wiem co!

Załatwił formalności, podpisał parę świstków, uścisnął ręce szefowi lotniska a potem wyszedł przed hangar. Drapie szczecinę na podbródku a słysząc ciche powarkiwanie, odgania kamieniem chudego ryżego psa o wrednym pysku. Popatrzył czy nikt nie widzi i odlał się na spękany beton; strzepnął, zasunął rozporek i przez długie dwie minuty stał nieruchomo, patrząc na sawannę ciągnącą się po zaciemniony chmurami horyzont, na żałosne budynki tego, co rozpaczliwie chciało uchodzić za Ruacana Air Port, na samotny spróchniały baobab sterczący na pustkowiu jak stara, siwa rozczochrana czarownica; siedzi na nim nieruchomo Wojownik Wspaniały. Zna tego ptaka z filmów przyrodniczych i z niedzielnych spacerów do ZOO. Pstryknął Nikonem; o, to kiedyś muszę, pomyślał; piękne plenery, przyroda… Coś dla National Geografic. Pogadać z Wilsonem z BBC? Albo z tym ryżym kutasem z? Można by. Jasne, czemu nie? Kanał Discovery albo… Zobaczył piersi dziewczyny. Himba? Himba! Na pewno Himba. Poznał po ozdobach i skórze barwy jasnoczerwonego kakao; kroczyła dumnie z wielkim, zielonym plastikowym kanistrem na głowie, pokrytej warkoczykami oblepionymi czerwoną glinką i ziołami. Zrobił serię ujęć.

Potem odlecieli.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

USTALENIA

 

 

Eryk do Paula:

– Słuchaj, woltera postawimy tyłem do okna a na ścianie, za jego głową…

 

Paul do Eryka:

– Za czyją głową? Woltera?

 

Eryk do Paula:

– Czyś ty zdurniał, Paul? Wolter to ten fotel, o, tam; Jezu! Więc za głową Georga, to znaczy Denisa-Georgea, będzie ten krucyfiks z mumią, szesnasto czy siedemnastowieczny no, to akurat jest bez znaczenia. Tak to widzę. Aha, kochany; ty weź i zerknij na storyboard. Nie teraz. Wieczorkiem, przy piwku rzuć okiem. Aha! I niech Edward posiedzi nad nim z tobą, okay?

 

Paul do Edwarda;

– Jasne, że okay. Edward, słyszałeś?

 

Edward do Paula:

– Słyszałem. Okay. Wieczorem przy piwku. Barbara! Barbara, gdzie jest ten pieprzony storyboard?

 

Barbara:

– Ja mam wiedzieć?

 

Edward:

– Myślałem, że wiesz.

 

Barbara:

– Nie, nie wiem, Słodziutki. Spytaj Paula. Powinien wiedzieć.

 

Paul:

– Ja nie mam pojęcia. Przecież ty go miałeś, Ed.

 

Eryk rzuca długopisem o stół.

– Paul, zanim mnie trafi szlag! Chodzi mi o to, żeby powiesić ten pierdolony krucyfiks tak, żeby był widoczny w całości nawet wtedy, kiedy Georga weźmiemy od dołu amerykańskim. Capisci? To jest clou filmu, to jest jego clou, cała jego porąbana metafizyka i symbolika. Rozumiesz kochany? Nasz film to ukrzyżowanie całego jego życia twórczego i prywatnego.

 

Paul do Eryka:

– Ukrzyżowanie jego życia?

 

Eryk (zaskoczony):

– Co? Jakie ukrzyżowanie? Aaaa, no nieeee… Lapsusik, psia mać! Chodziło mi o ukoronowanie. Jasne że o ukoronowanie a nie o ukrzyżowanie!

 

Zapala papierosa, przymyka oczy, otwiera oczy, zaciąga się. Ogląda długopis, bezskutecznie próbuje nim coś napisać.

 

Eryk do wszystkich:

– Dobra; krucyfiks mamy z głowy, więc… Barbaro, podaj mi… O, serdeczne dzięki, w moim tusz się skończył, kochana. Aha, kochana, bądź miła; jeszcze szklaneczkę mineralnej. Chwileczkę, Paul, poczekaj synu, gdzieś tutaj miałem… O, jest! O, ten żydowski spec od malarstwa, ten Goldstein, tak opisuje jego obrazy z tamtego okresu: napisał… jego obrazy… napisał… bla, bla, bla… kolorystyka i faktura… bla, bla, bla… o, tu mam, słuchajcie: są ekstraktem obsesyjnego okrucieństwa i jednocześnie, słuchajcie uważnie, całkowitej bezbronności, delikatności, nieporadności, samotności i upodlenia mężczyzn i kobiet, uchwyconych po mistrzowsku w samotności, w tych chwilach najbardziej intymnych, gdy nikt ich nie widzi. Kropka!

 

Stuka długopisem w scenariusz.

 

– Rozumiecie teraz, kochani, z czym mamy tutaj do czynienia, kochani? Cytuję wam żydowskiego eksperta, prawdziwego rabina od. A jak ja cytuję żydowskiego eksperta od czegokolwiek, to wiem, co cytuję. Jeszcze raz słuchajcie: obsesyjnego okrucieństwa i jednocześnie, całkowitej bezbronności, delikatności, nieporadności, samotności i upodlenia mężczyzn i kobiet, uchwyconych po mistrzowsku w samotności, w tych chwilach najbardziej intymnych, gdy nikt ich nie widzi. Itepe! Gdy nikt ich nie widzi; rozumiecie? Właśnie z czymś takim mamy do czynienia i mówię wam, że Nietolerancja Griffitha i Ben Hur Wylera razem wzięte, to pryszcz w porównaniu.

 

Nagle gasi papierosa, spłoszony nagłym histerycznym psim jazgotem gdzieś na tarasie, więc nagle wstaje spłoszony, nie kończąc nagle spłoszonej myśli, rozrzucając ramiona jak do ukrzyżowania.

 

Eryk:

– Do kurwy nędzy! Niech ktoś weźmie i zabije tego pierdolonego psa! Niech skróci jego pierdolony żywot i męki! Dolara wybawcy! Nie, kochani; to nie są warunki, kochani! Za stary jestem, idę się odlać, dopóki prostata działa i nie szczam sobie na buty. Och, co za kurewski upał! I niech ktoś weźmie i zabije tego rozjazgotanego psiegochuja!

 

Barbara (szeptem) do Eunice:

– Ty wiesz? Wdziałaś toto? Na tym krucyfiksie jest rozpięta autentyczna kobieta! Oj, no nie żywa; tylko taka mumia wysuszona w pustyni. Jest golusieńka i ma gęste długie włosy i skręcone w mękach ręce i nogi mówię ci a do tego ma takie straszne bezzębne usta i puste oczodoły. Okropność. Powiadam ci: ok-rop-ność! Chodź. No chodź, no chodź, pokażę ci.

 

Prowadzi ją jak kustosz pod ten krzyż i pokazuje palcem

 

– O, widzisz? Patrz tu. O, nie tylko ma owłosioną szparkę, widzisz ty, widzisz? Ale i fiutka, patrz, o! Widzisz ty, widzisz?

 

Eunice wrzeszczy do Barbary szeptem i zakrywa usta dusząc się od śmiechu

 

Eunice:

– Ojezu; rzeczywiście! To cipa i fiut nie? Taka zasuszona? Nasze też tak będą…? Ojezu! Ochrystepanie, patrz tylko na nią! Na niego. To taki ciptak, nie? Ha ha ha, nie wytrzymam matko! Ty, a gdzie ja postawiłam swój termos? Paul?

 

Paul:

– Zapytaj kogoś innego, kochana, nie mam pojęcia kochana, gdzie postawiłaś swój termos, weź sobie jakikolwiek, tyle ich tutaj, kochana, od jasnej cholery.

 

Zatacza ręką krąg i wybiega spoconym truchcikiem zapytać wózkarzy, czy tor wokół domu i dalej, na plaży jest gotowy i kierownika planu no, jak tam kochany, zmieścicie się ze wszystkim, kochany?

 

Kierownik planu:

– Kochaaaaany, pestka! Tylko Dolly szwankuje, kochany, ale to też pestka. Nie ma problemu, kochany!

Paul:

– Czyli że wszystko jest okay?

 

Kierownik planu:

– Czyli że wszystko jest okay, kochany.

 

(…)

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko