Krystyna Habrat – Ciasne serca

0
169

KRYSTYNA HABRAT 


CIASNE SERCA.

 

Jan Cybis    Przygarbiony, smutny mężczyzna powoli przemierza ulicę wśród ciągnących się w nieskończoność murów starych kamienic w kolorze popiołu. Przystaje pod tablicą z napisem: „PORADNIA DLA STRAPIONYCH”.

    Waha się. Wreszcie otwiera   bramę. W miarę pokonywania   schodów zwalnia. Raczej nie ze zmęczenia, bo nie ma więcej jak 40 lat. Powstrzymują go wątpliwości. Ciągną do tyłu. Ale idzie.

   Polecono mu ten ostatni ratunek. Polecili ci, którzy jeszcze wierzyli w szczęście. On stracił już takie złudzenia, ale prosili: idź tam, spróbuj. Wykorzystaj szansę. Podobno ona czasem pomoże. Uśmiechał się tylko z ironią: cóż można pomóc w jego sytuacji.

W końcu się wybrał. Bez przekonania. Jednak z odrobiną nadziei w jakiś cud. Nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby nie wykorzystał jeszcze tej najmniejszej szansy.

Terapeutka, z którą był telefonicznie umówiony już czeka. Półmrok pokoju rozświetla zaledwie lampa przy biurku. Tak widać potrzeba dla nastroju. Oświetlenie to wydobywa jej żółtą cerę i czarne włosy. „Istna czarownica, a nie wróżka, jak ją nazywają” – myśli. Tylko, gdy samemu jest się brzydkim i pozbawionym wszelkich walorów, łatwiej powierzać swe zgryzoty komuś takiemu. Ona go nie speszy   lepiej wyczuje.

Kobieta podaje mu rękę na powitanie i wskazuje, by usiadł naprzeciw jej biurka, a kiedy przysiada na brzegu fotela, każe usiąść wygodniej, oprzeć się całymi plecami i wreszcie pyta, z jakim problemem przybywa.

         – Nie wiem co robić, żeby żona mnie pokochała.

        – Nie kocha?

         – Kiedyś może. Teraz tylko się lituje. Trudno na jej miłość zasłużyć…

Milknie speszony, że tak bez ogródków wypowiedział wszystko, co leży mu na sercu. A to wszystko mieści się w tak niewielu słowach. Tylko w życiu wlecze się w długimi godzinami, tygodni, miesięcy, lat, kłótni, milczeń, uraz, żali. Aż ścierpnięte serce ledwo odważa się bić. Nie jeden raz miał takie wrażenie.

   Spod nawpół spuszczonych powiek wyczuwa natężony wzrok terapeutki. Kiedy po dłuższej chwili ogarnia go zdenerwowanie, zachęca, by opowiadał dalej. Niech powie, co robi, aby żona go kochała.          

– Staram się. Zarabiam nienajgorzej. W domu trzepię dywany, zmywam gary. Kocham Lubię się bawić z dziećmi. Tylko, kiedy poczuję na sobie jej krytyczny wzrok, oblewa mnie pot, że znowu źle coś powiedziałem i ośmieszam się w zabawie z nimi? Może tak nie wypada? Powinienem inaczej? Czuję się cały żałosny. Za co kogoś takiego miałaby kochać? W jej oczach czytam, jak jestem brzydki, niewydarzony, mało zdolny. Sam też to czuję. Najgorzej, gdy nie potrafię naprawić samochodu, a nawet odkurzacza, nie umiem odpowiedzieć na pytanie dziecka.   Wtedy szczególnie czuję się głupim niedojdą. Ona tego   nie mówi. Nigdy. Ale musi tak myśleć. Dlatego zwykle milczy. Smutna, zawiedziona. Kiedy indziej zasypuje mnie wyrzutami. Tylko nie ma odwagi nazwać mnie głupim.

Czarnowłosa terapeutka uśmiecha się i wstaje. Z szuflady, zakamuflowanej pośród boazerii i zwisających pnączy kwiatowych, wyciąga jakiś formularz. Każe mu wypełnić. On szybko przebiega oczami pytania. Wszystkie dotyczą sytuacji konfliktowej w rodzinie, badają przyczyny i objawy kryzysu małżeńskiego. Analizują zdrady, związki pozamałżeńskie, podejmowane próby poprawy. Czyta zniechęcony. To wcale do jego sytuacji nie pasuje. Ani mu w głowie oglądać się za innymi kobietami. Żadna by się nie równała z jego wybraną. Ona też nie rozdrażnia jego zazdrości. Ale i tak jest zazdrosny. Kto by nie był o taką kobietę?! Piękna. Zgrabna. Mądra. Robi karierę. Tylko ona ma zasady. Mrozi tymi zasadami…

Przegląda dalej formularz. Wymienionych tu nałogów nie ma. Nie pije. Nie pali. Co dzień się kąpie. Zmienia skarpety. Jest higieniczny do przesady. To raczej ona rozrzuca w pośpiechu swoje ciuszki gdzie się da. Wszędzie można znaleźć jej długie włosy, na wannie, w książce. Zapomina gdzie co ma. Wciąż coś gubi. Nie lubi gotować. Jednak się przymusza. Stara się, bo uważa, ze tak trzeba, ale często coś knoci. Przywykł do jej zakalców i przypalonych zup. Tak pięknej kobiecie wszystko ujdzie.

Tak, jego żona jest najładniejsza, najdoskonalsza. Tylko on nie może jej zadowolić, bo jest mało udanym egzemplarzem rodzaju ludzkiego, Stwórca poskąpił mu urody, mądrości, talentów, silnych łokci, przebojowości, dowcipu. Zanim się ożenił nie miał pojęcia, że jest z nim tak źle. Skończył studia, nieźle zarabiał, mówiono mu nieraz, że ta i owa chciałaby go bliżej poznać. Nabrał o sobie tak przesadnego mniemania, że skierował oczy na najpiękniejszą. O dziwo, zgodziła się za niego wyjść!? Nawet nie czekali długo ze ślubem. Dopiero po ślubie zaczęła go udoskonalać. Krok po kroku otwierała mu oczy na jego ułomności. Zakochany, robił wszystko, żeby ją zadowolić.

Sam się dziwił, że mogła chcieć go takim, jaki był na początku. Chudy, zgarbiony z kościstą twarzą. W czasach szkolnych musiał ślęczeć nad książkami więcej od innych, którym nauka przychodziła łatwiej. Tak, był kujonem. Niech będzie eufemistycznie: molem książkowym. Przez to znów mało sprawny fizycznie, no, taki niezgrabiasz. By zadowolić żonę przymusił się do sportu. Z całym samozaparciem zaczął chodzić na siłownię. Poprawił sylwetkę, ale coś tam sobie nadwerężył w kręgosłupie. Zmuszał się jednak do dalszych wyczynów. Żonie temu przyklaskiwała. Chyba wyprzystojniał, ale i tak jego uśmiech pozostał niepewny, zęby krzywe. Dalej miał obawy, czy taki może się podobać.   Wychwytywał dezaprobatę w jej spojrzeniu. A raczej w umykających od niego oczach.

„Nie wiadomo dlaczego – złościł się – ludzie mówią, że wystarczy, aby mężczyzna był   ładniejszy od diabła?!”

   – Proszę pani ta ankieta do mojego życia nie pasuje. To jakby próbować opisać obraz wyliczając w procentach jego kolory i długość kresek.

     Wzrok terapeutki się wyostrzył. Wyczuł, że ją zaintrygował. Chciał zabłysnąć. Niech przynajmniej ona widzi go lepszym. To dużo łatwiejsze niż zdobywanie uznania kogoś, na kim bardzo zależy.

         – Niechże więc pan opowiada. Czego pan od żony oczekuje ?

– Żeby mnie pokochała. Takim, jakim jestem. I żeby miał mnie kto pocieszyć, gdy wyrzucą mnie z pracy…

   – Grozi to panu?

– Nie jestem orłem. Przy tym bezrobociu, w razie czego, polecę. I nie w górę, a na bruk.

           – Skąd tak niskie mniemanie o sobie?

– Żona mi to uświadomiła. Cokolwiek spróbuję – niezadowolona. Odkąd się ożeniłem nic mi się nie udaje. Widocznie, żeniąc się, wyczerpałem swój przydział szczęścia… Ona wprawdzie nie skończyła studiów, nie ma pojęcia o biochemii, którą ja się zajmuję, ale lepiej zna się na ludziach, na życiu. Wie bezbłędnie, jak co załatwić,   podczas gdy mnie nie łatwo podejmować decyzje.

   Nie było tak trudno, kiedy sam o sobie decydował. Choćby przez lata studiów i potem, całe sześć lat nim się ożenił. Dopiero od tego momentu, gdy dokłada starań, by nade wszystko zadowolić żonę, okazuje się to prawie niemożliwe. Zrobi tak – źle; zrobi inaczej – też dąsa się niezadowolona. Wszystko krytykuje. Może ona   ma za ciasne serce?

Koledzy z pracy twierdzą, że przychodzi moment, kiedy z każdej kobiety wyziera diabeł. Wtedy najspokojniejsza zaczyna krzyczeć. Najuczciwsza snuje intrygi. I każda zdolna do wszystkiego! Trudno w to uwierzyć. A już nigdy nie pomyśli, by jego żona była taka jak inne. Jest na pewno lepsza!

On właściwie słabo zna kobiety. Za mało się im wcześniej przyglądał. No, miał szefową jędzę… I mama nieraz robiła ojcu wymówki o byle co… Teściowa, jak to teściowa… lepiej nie mówić… Niby oszczędna w słowach, o nic nie pyta, ale na każdym kroku wie więcej niż jest. Do tego, wszystko widzi tak, jak jej się wydaje. Mistrzyni niedomówień. Koleżanki z pracy bywają różne. W sumie wszystkie, jak za kierownicą: kierunkowskaz w prawo a skręca w lewo…Ot i cała kwintesencja kobiecości.

   Czarnowłosa wysuwa inną szufladę z napisem, jak zdołał z daleka odczytać: „Typy charakterów” i proponuje mu badanie osobowości. Zapowiada, że później ustali jaki typ ma jego żona i spróbuje znaleźć łączące ich więzy.

   On kiwa głową bez przekonania.

– Gdyby pani uczyniła mnie mądrzejszym i przystojniejszym, może by co z tego było…a tak… jest beznadziejnie. Tylko wciąż się bije z myślami, czemu ona zgodziła się wyjść za tak nieciekawego osobnika, jak ja??

   Nieoczekiwanie wybucha żalem, jaki narastał w nim od lat. Wobec żony by się tak nie odważył. Zagłuszyłaby go histerycznym wrzaskiem. Darła sobie włosy z głowy, drapała twarz, a potem zamknęła się w pokoju i nie odzywała tygodniami. Tego się bał najbardziej. Ciszy pełnej morderczych pragnień. Pustej ciszy.

   Nabrał przekonania, że wszystkie tak robią. O byle co. Jego szefowa równie łatwo wpadała w histerię. Ale ta za biurkiem słucha go teraz uważnie. Zachęca do szczerości.

   Odważał się zatem mówić o kobietach to, czego dotąd nawet nie widział. Przecież przezorniej   przymykać oczy na ich wady. Wszystkie chyba baby mają ciasne serca. Nie potrafią kochać. Stawiają mężczyznom tak wielkie wymagania, że nie sposób im sprostać. A one bez przerwy nadąsane gderają i powtarzają: „a nie mówiłam”, „ale ty zawsze” itd, itp. Mówi się, że mężczyźni stosują przemoc fizyczną, biją po pijanemu, lecz czy nie gorsza jest stosowana bez przerwy, dzień po dniu, całymi latami, przemoc psychiczna, te wszystkie intrygi, złośliwości, wybuchy gniewu, kłótnie, wymówki, humory, dąsanie się, ciche dni…

   – Na co mi te ankiety, badania i próby typizowania osobowości – pyta głośno – kiedy nikt nie potrafi powiększyć serca kobiety?

   – Nie wszystkie takie. Są też skłonne do poświęceń. Łagodne. Miłe.

   – Podobno każda jest taka zanim wybrzmi Marsz Mendelsona. I każda po zdjęciu welonu się przeobraża.

– My tu leczymy ciasne serca – stwierdza terapeutka.- Serce bywa czasem ściśnięte jak pięść. Gdy w dzieciństwie nie zaznało miłości. Wtedy zaciskają je kompleksy. To niedobory w ideale. Stąd zawiść, nienawiść, co jeszcze bardziej zaciska serce.

   On zaprzecza gorąco.

– Moja Marylka nie jest taka! Nienawiść do niej nie pasuje! Wcale, ale to wcale! Może tylko: złośliwość. Ale wyśmiewa mnie po to, żebym się poprawił. Wobec innych jest szlachetna. Naprawdę!

– To maska na wynos – podsumowuje bezlitośnie terapeutka i ten wyrok spada w ciszy, jak uderzenie siekiery.

   Mężczyzna wzdryga się. Jakim prawem ktoś śmie umniejszać jego żonę?! Nie na darmo nie ufał   psychologii. Nie chciał, by ktoś grzebał w jego duszy! Ale najlepszy przyjaciel dał mu ten adres, kiedy zawierzył mu swą tajemnicę. W zaufaniu wyznał, że boi się sam siebie. Bo od lat, narasta w nim mordercza myśl. Kiedyś zamorduje ją i siebie! Tylko, co z dziećmi?   Biedactwa, co dzień słyszą jej krzyki albo pełne nadąsania milczenie. Musiał więc tu przyjść, żeby go zmieniono tak, aby została wreszcie usatysfakcjonowana. Bo już nie śmie marzyć, by pokochała go tak niedoskonałym.

          – Potrafi mnie pani zmienić? Udoskonalić?

   – To serce pana żony jest ciasne. Należałoby je powiększyć. Ba, gdybym to potrafiła…

   Terapeutka zamyśla się. Oczami wyobraźni widzi wywieszkę na drzwiach swej poradni: „PRACOWNIA POWIĘKSZANIA SERC”. I stosowny do tego anons w gazetach: „POWIĘKSZAM   CIASNE, ŚCIERPNIĘTE NIENAWIŚCIĄ, NIEKOCHAJĄCE SERCA. Wreszcie mówi:

          Kiedyś spróbuję…

/ Rozdział z książki: „Podręcznik czarownicy. Klatka Guliwera”/

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko