Jan Stanisław Smalewski – Sowieckie zdrady 6

0
246

Jan Stanisław Smalewski 


Sowieckie zdrady 6

 

Filip WrocławskiByła taka miejscowość, Mniszyn Krzyż, od mnicha. Otóż w tym Mniszym Krzyżu, w głębi lasu znajdowała się leśniczówka. Mieszkał w niej samotny leśniczy, z niezamężną siostrą, starszą, podmamusiałą panną, która prowadziła mu gospodarstwo.

To dziwne, że „Kmicic”, który polską bazę ulokował przy boku Sowietów, sam ukrywał się w głębokich ostępach leśnych. Do leśniczówki nie prowadziła żadna regularna droga. Dojazd do niej był skomplikowany. Żeby tam się dostać, trzeba było pokonać gęsty las i groblę. Rymsza jeździł tam do „Kmicica” kilkanaście razy. Raz, gdy przyjechał konno z dwoma swoimi ludźmi: Winciunem „Ułanem” i Jurczakiem „Kukusiem”, zastał tam rodzinę profesorów z Wilna o nazwisku Sabelman. Od leśniczego dowiedział się, że są to Żydzi. Później podczas rozmowy z nim, kobieta rozpłakała się. Płakała na los. Z tego powodu, że musieli zostawić cały dorobek życia i kryć się po lasach przed Niemcami.

– To szczęście, że są jeszcze na świecie tacy ludzie, jak pan Burzyński. Że polscy partyzanci rozumieją nas i chcą nam pomóc – mówiła.

Ukrywający się w leśniczówce Żydzi byli lekarzami. Z „Kmicicem” przebywali ponad miesiąc. Później Antoni znalazł im inne lokum.

Jeszcze przed powstaniem oddziału, którym dowodził Antoni Burzyński, Rymsza też pomagał Żydom. Wilno zalecało im jednak w tej kwestii ostrożność. Żeby za wiele nie angażować się, przestrzegał go osobiście starszy brat inspektora „Sulimy”. Jego zdaniem mieli na głowie ważniejsze sprawy.

O antyżydowskim nastawieniu Niemców powszechnie było wiadomo. Zanim na Wileńszczyźnie rozpoczął się proces likwidacji Żydów, uciekający z Zachodu i z Polski Centralnej Żydzi, napływali falami do Związku Radzieckiego. Szukali ratunku u Sowietów. Sowieci wykorzystywali to, zatrudniając ich do najbrudniejszej roboty, do najtrudniejszych zadań. Wiedzieli, że dla uratowania życia, wielu z nich zrobi wszystko, nawet zaprzeda się przeciwko innym.

Sowieci zatrudniali Żydów jako szpiegów, w tym także przeciwko akowcom i Polakom działającym w podziemnych strukturach. Prawda jest taka, że mimo to wielu Żydów i tak życia nie uratowało. Po wykonaniu postawionych im zadań, zostali bądź zabici, bądź wywiezieni w głąb Rosji.

Antoni Rymsza opowiedział mi kilka historii z udziałem Żydów, w tym o Żydzie Berce. Berka Reźnik, zanim przystał do partyzantki sowieckiej, prowadził rzeźnię w Świrze. Jego pierwszy kontakt z Niemcami omal nie skończył się dla niego tragicznie. Rymsza był przy tym.

W Konstantynowie żandarmerii ani policji białoruskiej nie było. Znajdował się tam za to tak zwany przez Niemców „Szkic-punkt”, to znaczy punkt kierowania lotami samolotów. Przebywający tam Niemcy nosili odznaki lotnicze. Niektórzy z nich przyjeżdżali często do Świra, żeby pojeść, a zwłaszcza popić w jadłodajni, prowadzonej przez Burzyńskich. Z racji interesu przebywał tam też czasem Żyd Berka.

Kiedyś, aż z Szemiatowa, przyjechał starszy brat „Murzyna” – Wierszyło, który znał język niemiecki. Wierszyło miał do obgadania sprawę i zaprosił Rymszę do jadłodajni. Gdy pili wódkę, przyszli Niemcy. Jeden z nich był już po kielichu. Zanim usiadł, podszedł do baru i opierając się plecami o balustradę, rozejrzał się po sali.

– Czy jest tutaj ktoś, kto zna język niemiecki? – zapytał.

– A w czym mogę pomóc, panie sierżancie? – odpowiedział po niemiecku Wierszyło.

– Proszę powiedzieć temu rudzielcowi – wskazał na siedzącego obok baru mężczyznę – żeby podał mi ogień. – Mówiąc to, sięgnął do kieszeni spodni i wyjął z niej paczkę eleganckich papierosów.

– Panie sierżancie, dla pana – Wierszyło podkreślił, podchodząc do Niemca – z największą satysfakcją zrobię to osobiście.

Niemiec dał się kupić. Już po chwili przysiadł się do ich stolika. Był bardzo rozmowny. Wierszyło umiejętnie podsuwał mu tematy służbowe.

W niedługim czasie po przybyciu Niemców, do jadłodajni wszedł Berka Reźnik. Był trochę wypity i głośno się zachowywał. Podchodząc do stolika, przy którym siedzieli Niemcy, zaproponował im dostawę mięsa.

– Czy to nie Żyd? – rozległo się po niemiecku. Jeden z Niemców wstał od stolika i podszedł do Berki.

– Jesteś Żydem? – ponowił pytanie.

Berka przestraszył się. – Tak – przyznał – jestem. – Podpity Niemiec rzucił się na Berkę, który osłonił się rękami. Chwilę później okładanego pięściami Żyda, Niemcy wepchnęli do bocznego pomieszczenia, w którym siedzieli Rymsza z Wierszyłą.

– Kto to taki?! – spytał Niemiec, z którym pili wódkę.

– To miejscowy rzeźnik – odpowiedział Wierszyło.

– Czy to Żyd?! Komunista?!

– Tak – przyznał Wierszyło – to Żydek. A czy on jest komunistą, nie wiem. Może jest.

Berka nie umiał się bronić. Niemcy okładali go jak worek treningowy. Gdy upadł, podnieśli i przewrócili na stojącą pod ścianą ławę.

– Odsuńcie się! – krzyknął do nich sierżant. Niemiec wyrwał zza pasa bagnet i podszedł do Berki. Lewą ręką przystawił mu ostrze do szyi, prawą dłoń uniósł w powietrze, by uderzyć.

Antoni Rymsza zareagował desperacko. Nie pamiętał, kiedy znalazł się pomiędzy Berką i Niemcem, wybijając sierżantowi bagnet z ręki.

– Halt! Halt! Nieee!.. – zaczął krzyczeć. Niemców sparaliżowało, jego przyjaciela również.

– Nie możecie go zabić! On ma małe dzieci! On ma dużo małych dzieci! – skłamał.

– Co ty, Antoś? Narażasz się dla Żyda?! – skoczył do niego Wierszyło.

– Co on powiedział?! O co mu chodzi?! – zwrócił się do Wierszyły Niemiec. – Wierszyło dopiero teraz zorientował się, że sytuacja stała się groźna. Po mistrzowsku zmieniając nastrój, wybuchnął śmiechem.

– On mówi, że ten palant ma bardzo dużo dzieci! Cha, cha, cha..! Bardzo dużo dzieci, rozumiecie?.. – wyjaśnił po niemiecku. – Niemcy najpierw spojrzeli po sobie zdumieni, po czym zaczęli się śmiać razem z nim.

– Zostawcie tego palanta. Lepiej się napijmy. Antek, obrońco dzieciorobów. Postaw wódkę naszym gościom. – Wierszyło teatralnym gestem zaprosił wszystkich do stołu. Zanim Rymsza usiadł z nimi, podskoczył do Berki, żeby pomóc mu wstać z ławy. – Uciekaj stąd! Uciekaj tak szybko, jak tylko możesz – wyjaśnił.

Potem przez kilka dni Berka chodził z ręką na temblaku. Gdy Niemcy wzmocnili swoje siły w rejonie Wilna i zaczęli grabić i mordować Żydów, Berka Reźnik uciekł do partyzantki sowieckiej.

Dlaczego nie do polskiej? – Żydzi zawsze byli wyrachowani. Szli tam, gdzie czuli siłę. A Polacy byli przecież w podobnej sytuacji jak oni.

 

W sowieckim więzieniu Rymsza musiał odpowiadać na pytania typu: „Czy brał udział w walkach z Niemcami?” lub – „Dlaczego nie podporządkował się decyzji Stalina, nadającej ludności przyłączonych do ZSRR republik obywatelstwo radzieckie?” Pytania te drażniły go bardzo. Jak można pytać Polaka – dziwił się – dlaczego walczył o swoją ojczyznę?!

Może dla Sowietów Stalin był bogiem, dla niego nie. Bał się go, jego decyzje siały śmierć i ziały grozą. Nienawidził go za to. Nigdy nie czuł jednak jakiejkolwiek potrzeby podporządkowania się jego rozkazom. On, żołnierz Armii Krajowej, mógł podporządkować się tylko i wyłącznie polskiemu rządowi i swoim przełożonym – dowództwu AK.

A jeśli chodzi o Niemców? Od nich też swoje dostał. Za działalność partyzancką, przed Bożym Narodzeniem 1941 roku, Niemcy aresztowali go i osadzili w swoim więzieniu, w Starowilejce. Przesiedział u nich 5 miesięcy.

To prawda, że miał więcej szczęścia niż rozumu. Niemcy mogli przecież go rozstrzelać. Bili i torturowali, prowadzili śledztwo. Nie doszukiwali się jednak w każdym człowieku wroga, który mógłby obalić im system. Oni o swój system nie drżeli. Dla nich liczyła się tylko siła i pieniądze.

Z ich więzienia wyszedł dzięki łapówce, jaką przekazała im jego organizacja. Najwięcej w tej sprawie zawdzięczał dwom oficerom zawodowym, którzy na ich terenie sprawowali pieczę nad działalnością organizacji. Byli to porucznicy Glapik i Ciechanowicz. Jego przyjaciele do komendantury więzienia dotarli poprzez jedną Żydóweczkę ze Śląska, która znając język niemiecki, udawała Niemkę i była tam tłumaczką.

Podziemie akowskie bało się, żeby w śledztwie kogoś nie wsypał.

Tak, metody śledztwa poznał u Niemców. Gdyby podał jakieś nazwisko, wyjawił jakąś – nawet najdrobniejszą – tajemnicę, uruchomiłby niebezpieczny system – łańcuszek, po którym Niemcy mogliby dojść do celu.

Ich ludzie bali się tego. Nie chcieli, żeby cierpiał, a gdyby Niemcy go złamali, żeby przez niego cierpieli inni. Dlatego zebrali, ile mogli. Jego ojciec dał wieprzka, inni oddali kosztowności, złoto, pieniądze. I wszystko to – poprzez ową Żydówkę – przekazali Niemcom. Zaraz potem śledztwo w jego sprawie zakończono orzeczeniem, że niczego mu nie udowodniono.

Te pięć miesięcy w więzieniu u Niemców wiele go nauczyło. Nie nauczyło Rymszy jednak ślepej nienawiści do drugiego człowieka. Chociaż, mogło go tego nauczyć. Sądzi, że z tym rodzajem nienawiści w sobie trzeba się jednak urodzić. Polacy w swoich genach na ogół jej nie mieli.

Po wojnie Sowieci zarzucali akowcom współpracę z Niemcami. Czyżby zapomnieli, że oni pierwsi skumali się z nimi?

W niemieckim więzieniu w Starowilejce Rymsza poznał Rosjanina. Był prokuratorem. Niezwykle gorliwym pomocnikiem Niemców. Nazywał się Karabanow, chociaż używał nazwiska Margunow.

Rosjanin rozmawiał kolejno ze wszystkimi więźniami. Był dociekliwy. Podpowiadał Niemcom. Rymsza zapamiętał go w szczególnie drastycznej scenie, gdy razem z komendantem przyszedł do jego celi. Wtedy nie chodziło o niego. Kilka dni wcześniej do jego celi dołączono posiniaczonego młodego Żyda, Burakińskiego.

– To on mnie tak urządził! – Żyd powiedział o Margunowie. Za to, że nie chciałem współpracować z Sowietami i za to… że jestem Żydem.

Burakiński mówił prawdę. Niemiec przyszedł, aby się upewnić, że prokurator się nie myli.

– Bist du Jude? Jesteś Żydem? – zwrócił się do Burakińskiego.

– Ja jestem Żyd.

Rosjanin z Niemcem wyszli, a Burakiński podszedł do ściany i wydrapał w tynku swoje nazwisko. Obok napisał datę: 21 marca 1942.

– Dlaczego wypisałeś dzisiejszą datę? – Rymsza zapytał Żyda.

– Bo dzisiaj mnie rozstrzelają – odpowiedział.

Wieczorem po Burakińskiego przyszli strażnicy.

– Mówiłem ci – chłopak pokazał na napis na ścianie – że dzisiaj…

Zanim pozwolił zakuć się w kajdany, otarł kciukami zwilgotniałe oczy i podał mu dłoń.

– Uważaj na Sowietów – rzucił na pożegnanie.

 

Czy wtedy u Niemców mógł kogoś wydać? Jest przekonany, że nie. Może też uratował wówczas życie? Siedział za organizację, organizacja zrobiła dla niego, co mogła. Czy takie sprawy nie łączą, czy nie wiążą na zawsze..?

 

A propos kolejnej zdrady. U Niemców poznał w więzieniu dwóch ludzi z organizacji „Wachlarza”. Starali się nawiązać kontakt z podziemną organizacją sowiecką. Właśnie po to, by wspólnie wystąpić przeciwko Niemcom. I nawiązali ten kontakt. Jego finałem było to, że siedzieli w niemieckim więzieniu razem z nim. Widział ich na własne oczy, rozmawiał z nimi. Sowieci, gdy tylko uchwycili ich na swoją ewidencję, natychmiast przekazali Niemcom…

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko