Sławomir Majewski: Shakespeare Or Marlowe? alias Hamlet w Poszukiwaniu Autora

0
68

Sławomir Majewski

 

 

Shakespeare Or Marlowe?

alias

Hamlet w Poszukiwaniu Autora

 

 

 

 

CAUSE OF DEATH: MURDER *

 

Na wizerunku znajdującym się w zbiorach Corpus Christi College w Cambridge, widzimy młodego, ładnego i nieco smutnego mężczyznę. Jest odziany w koszulę o szerokim, bajronowskim kołnierzyku i w klasycznym dla epoki, czarnym kaftanie ze złotymi wypustkami. Nie mamy wątpliwości, czy z portretu spogląda na nas poeta, natomiast mamy wątpliwości co do tego, czy ów poeta z portretu, to rzeczywiście Christopher Marlowe, bowiem poza tym jednym obrazem, innych jego konterfektów nie znamy. Znamy natomiast jego dane

 

1. Given name: Christopher;

2. Family name: Marlowe;

3. Birth date: 1564; Death date: 1 June 1593;

4. Nationality: English

5. Family relations: Father: John Marlowe; Mother: Catherine Marlowe;

6. Languages: English, Latin

7. Education: King’s school, Canterbury; Corpus Christi College, Cambridge

8. (B.A.): 1581 to 1583; Corpus Christi College, Cambridge (M.A.) to 1587;

9. Religion: Atheist;

10. Residence: Canterbury: 1564;

11. Cause of death: Murder

 

* Za: Corpus Christi College Cambridge

 

Ostatniej pozycji w tej wyliczance, „Cause of death: Murder” a więc morderstwu, jako przyczynie śmierci poety, radzę się przypatrzyć ze szczególną uwagą.

POETA, GEJ, SZPIEG

 

 

Marlowe napisał takie wspaniałe sztuki, jak „Dido, Królowa Kartaginy”, „Tamerlan Wielki”, „Faust”, „Żyd z Malty”, „Edward II”. To Marlowe, niewątpliwie jako pierwszy wprowadził do literatury elżbietańskiej biały wiersz, za co wdzięczni rodacy obdarzyli go przydomkiem Ojca angielskiego dramatu. A zatem ów piękny, bladolicy młodzieniec w bajronowskiej koszuli, spoglądający na nas z obrazu zawieszonego w bibliotece Corpus Christi College był poetą i dramatopisarzem, lecz przede wszystkim, tajnym agentem w służbach szefa wywiadu królowej Elżbiety, sir Francisa Lorda of Walsingham oraz namiętnym a czułym kochankiem jego kuzyna Thomasa, takoż of Walsingham. Był więc (jakbyśmy dziś powiedzieli) gejem; gejem, który z trwogi przed katowskim toporem roztropnie skrywał namiętności sodomity, napomykając o nich li tylko aluzyjnie w nielicznych utworach („Edward II”, kilka sonetów), co traktowano jako elementy rustykalne a starożytne, więc dopuszczalne. Zdecydowanie mniej roztropnie czynił, nie kryjąc się dostateczniej niźli wówczas należało, ze swoim ateizmem, lekceważąc książąt anglikańskiego kościoła, szydząc wszem i wobec z Boga, złorzecząc Jego Synowi rozpiętemu na krzyżach i nurzając w błocie Sacrum. Czyż nie widzimy w jego curriculum vitae aż nadto śmiałego jak na owe czasy wyznania: „Religion: Atheist”? Widzimy.

Szyderstwami i śmiechem znieważał Pana w Londyńskich oberżach przy Drury Lane i lupanarach panabiskupowej dzielnicy Liberty of Winchester, w kompanii kurew wesołych a chwackich, zwanych „The Winchester Geese” od świątobliwego alfonsa ściągającego z nich podatki. Biesiadował z dziwkami przy licznych szklanicach, wespół z aktorską bracią i pospolitymi rzezimieszkami. Bluźnił, odmawiając Bogu Najwyższemu prawa nawet do eterycznego istnienia i sprawowania władzy ulotnego Demiurga, potwierdzonych wszak w Genesis dziełem Stworzenia (Pismo Święte Starego Testamentu), męką Baranka (Pismo Święte Nowego Testamentu) i licznymi świadectwami błogosławionych, świętych i ludzi zwyczajnie pobożnych.

Nic dziwnego zatem, iże 20 maja Anno Domini 1593 nareszcie ściąga na siebie Jego sprawiedliwy gniew: pochwycony w Deptford near London przez trybunalskich pachołków odzianych w skórznie a zbrojnych w powrósła, piki i pałki, staje przed srogim obliczem lokalnej jurysdykcji pod zarzutem ateizmu, herezji, bluźnierstw i sodomii, za co grozi mu nieuchronnie miecz katowski, bo w owych czasach za takie przewiny nie miałeś sprawiedliwszego ponad śmierć wyroku. Mimo oczywistych dowodów swych zbrodni i występków, oskarżony Marlowe, lat 29, zrodzony w Canterbury z szewca Jana i gospodyni domowej Katarzyny, ludzi zacnych wielce, poczciwych i bogobojnych, ten ateusz, bluźnierca i sodomita nie będzie uwięziony; zwolniono go za kaucją, pod nakazem stawiania się raz na dobę przed obliczem trybunału w Deptford near London.

30 maja 1593 roku, w tymże Deptford, w izbie na pięterku domu zajezdnego czcigodnej Eleonor Bull, wdowy, u której Marlowe mieszka od dni dziesięciu, rzekomo pijanemu i agresywnemu poecie odebrano sztylet. Miał nim paskudnie zranić jednego ze swoich trzech przyjaciół-współbiesiadników, dzielnie osuszających z pisarzem dzbany wyśmienitego Jerez lub Madeira, które „between XII and XV Centuries the city of Bordeaux belonged to England and some of the Lords and Mayors of London came from Bordeaux”. Chwilkę później, nasz poeta tym samym sztyletem otrzymuje śmiertelne pchnięcie w oczodół, deformujące nie do poznania jego piękną a natchnioną fizys barda. Miał to być akt samoobrony a mimowolnym zabójcą – imć pan Ingram Frizer, takoż gej, ateusz i „a confidence Man” Lorda Francisa, więc i kumpel Marlowea w szpiegowskim rzemiośle lecz nade wszystko (last but not least) – jego druh serdeczny.

Wedle licznych teorii, opisana wyżej śmiercionośna bójka miała być sfingowana na polecenie właśnie Lorda Francisa, a do grobu złożono ciało niejakiego Johna Penry, purytańskiego kaznodziei absolutnie zbędnego światu, powieszonego wyrokiem King’s Bench z 29 maja 1593 roku o godzinie piątej po południu, a więc dzień przed śmiercią Marlowe. Wielebny Penry (syn Meredith Penry z Cefn-Brith; Llangamarch, Brecknock) owdowił żonę Eleonorę i osierocił córki: Deliverance, Hope, Comfort i Sure-Hope. Zbiegiem cudownych okoliczności, nasz nieszczęsny Jasio-kaznodzieja był tylko rok starszy od Krzysia-szpiega i nie trzeba dodawać, że próżno dziś szukać miejsca pochówku nabożnego purytanina gdyż (jak piszą historycy) „No one knows where He was buried”. A przecież – gdzie dwa padają trupy, tam grabarz dwie mogiły kopie.

 

SPISEK

 

Czy Marlowe uniknął kary śmierci dlatego, że był arcyszpiegiem jednego potężnego Walsinghama i namiętnym kochankiem niemniej potężnego Walsinghama drugiego? A może głównie dlatego, że jako poeta i dramatopisarz cieszył się osobistą, wyjątkowo gorącą sympatią i opieką królowej-dziewicy? Wyraz tej opiekuńczości Elżbiety Wielkiej znajdujemy w pewnym rozkazie, zdumiewającym ówczesnych i dzisiejszych prawników, w którym monarchini zakazuje komukolwiek prowadzić dochodzenie przeciw domniemanemu zabójcy poety, sobie zostawiając wszelkie w tej materii uprawnienia! Zatem, jeśli założyć iż Marlowe nie zabito w owej pijackiej burdzie, to wówczas jest oczywiste, że nasi trzej przyjaciele-birbanci, Ingram Frizer, Robert Poley i Nicholas Skweres, którzy zawitali do Deptford już o świtaniu i dzień cały przepędzili z poetą na wałęsaniu się po okolicznych chaszczach, nie przybyli do tej zatraconej wiochy po duszę przyjaciela (która i tak uleciałaby z werdyktem trybunału) lecz po to, by ukryć i wskazać poecie miejsce cumowania łodzi, którą Marlowe (Tamizą lub rzeką Ravensbourne wpadającą do Tamizy w Deptford) ucieka na czekający na pełnym morzu statek. Tymczasem, gdy Marlowe znika na horyzoncie, trupa wielebnego Penryego przeniesiono do owej komnaty na pięterku domu zajezdnego czcigodnej Eleonor Bull, zmasakrowano twarz nożem i ułożono na puchowych, zbryzganych posoką piernatach. Wówczas, wstępując na pokład i wywijając beretem z czaplim piórem, nasz chwacki junak woniejący trunkiem, przedstawia się kapitanowi i załodze jako „Monsieur Chevalier Le Doux”, prawy obywatel i syn słodkiej Francji, wielce szlachetny poddany króla Henryka IV. Idźmy dalej!

Tak, idźmy dalej; ów Monsieur Le Doux (wedle niektórych – LeDoux) zatrzymuje się na krótko w ojczyźnie szampana, pożeraczy ślimaków i żabich udek, a później osiedla na stałe w Italii, szpiegując do końca swych dni na rzecz brytyjskiej Korony, na co istnieć mają dowody w postaci odręcznych listów Marlowe pisanych z Italii, datowanych po jego rzekomej śmierci w Deptford. Czytane ongi przez licznych świadków w tym, między innymi, przez amerykańskiego historyka, pisarza i dyplomatę Washington Irwinga, dziś mają być zatrzaśnięte na głucho w rządowych brytyjskich archiwach. Znana jest fotokopia przynajmniej jednego z nich, obecnie znajdującego się w posiadaniu rodziny da Luchini z Padwy. I w tym przypadku nie ma pewności, czy fotokopia została wykonana z oryginalnego listu, czy jest tylko umiejętnie skompilowanym na komputerze, epistolograficznym fałszerstwem, gdyż w sprawie pod kryptonimem „Marlowe”, wszystko jest niepewne, podejrzane, dziwne, wątpliwe, niejasne i niemożliwie możliwe. I nieprawdopodobnie prawdopodobne.

 

LIST

 

Padwa, 02 lutego 1594 roku.

 

Jego Lordowska Mość

Sir Francis Lord of Walsingham

 [—] a wybrałem go, ponieważ aktor ów, lubujący się w dźwięku złota i rozkoszach łoża (nie tylko z białogłowami), będąc przytem natenczas w dość mizernym u ludzi poważaniu i nienajlepszej kondycji finansowej, mając z tego na widoku rychłe splendory i sławę a opłacony przeze mnie sowicie, zgodę na mój podstęp wyraził z ochotą, rzecz całą w tajemnicy wielkiej zobowiązując się utrzymać pod groźbą nagłej śmierci, w co łajdak znający mnie od lat ani wątpi.

Mając zatem serce i głowę tak zabezpieczone od trosk poetom właściwym, będę jeszcze sumienniej wywiązywać się z obowiązków moich w służbach dla Waszej Lordowskiej Mości przeto, przez pamięć na liczne zasługi moje błagam, by Wasza Lordowska Mość raczył przychylić się do tej mojej prośby pokornej albowiem, jak tuszę, bardzo to być może dla Anglii z pożytkiem.

 

Niechaj Bóg błogosławi Waszej Lordowskiej Mości!

Wierny sługa

 

(Christopher Marlowe)

 

Czy jest możliwe, iż Marlowe przez cały czas od swojej sfingowanej śmierci tworzył? I że jako twórca, świadom własnego geniuszu cierpiał potępieńcze męki, iż płody jego umysłu pozostaną nieznane? Możliwe. A czy nie mógł wystawiać tam, gdzie żył i mieszkał, czyli we Włoszech? Oczywiście, mógł wystawiać pod nazwiskiem jakiegoś signora Pierdulio, przystającym bardziej do wypomadowanego fircyka dmuchającego w kornet ale zważmy – któremu artyście nie zależy na podziwie najprzód we własnej ojczyźnie? I czyż nie-włoskie pióro i nie-włoski duch utworów nie zdradziłyby prawdziwej tożsamości arcyszpiega, narażając i jego samego i siatkę wywiadowczą a tym samym – interes Korony na zagrożenie dekonspiracją? Wielce prawdopodobne.

Rzeczywisty kres życia naszego pisarza dramów miał nastąpić w Padwie, w roku 1627 lecz nim nastąpił, Marlowe uchodzący za Jamesa Bonda elżbietańskiego MI-5 znajduje sposób arcywspaniały na rozwiązanie swoich artystycznych demonów. Oto do kufrów dyplomatycznej poczty, którą przesyła sir Francisowi tajne owoce szpiegostwa, wkłada pakiety zawierające manuskrypty własnych sztuk, które confidence’s Lorda przekazują człowiekowi z teatru The Globe. Trzeba od razu dodać – człekowi chciwemu i bez skrupułów, częstokroć zasilającego będących w potrzebie aktorów pożyczkami niewysokimi, ale za to na bardzo wysoki lichwiarski procencik o czym w całym Londynie głośno. Prototyp Shylocka z „Kupca Weneckiego”? I jak najbardziej! Jest zatem więcej niż oczywiste, że poza sztukami Marlowea, każda przesyłka zawierała rulon szczerego złota dla tego lichwiarza wraz z poleceniem nadawcy, by otrzymane dzieła wystawiał na deskach The Globe; ale nie pod nazwiskiem Marlowea, tylko własnym. Albowiem tajemnica pewnej śmierci, miała na wieki pozostać pewną tajemnicą.

Był więc rok 1594, gdy na deski teatru The Globe wchodzi „Titus Andronicus”, sygnowany imieniem Williama Szekspira, członka trupy aktorskiej The Globe i tegoż teatru akcjonariusza. Zdumiewające! Oto bowiem, po tej godnej zapamiętania dacie 1594, objawia się istna lawina arcydzieł, dotykająca italskich tematów: „Romeo i Julia”, „Juliusz Cezar”, „Troilus i Kresyda”, „Otello”, „Koriolan”, „Kupiec Wenecki” i szereg innych. A tymczasem jak wszem wiadomo, ciżma Williama, syna rękawicznika ze Stratford nad Avonem, nigdy nie stanęła w ojczyźnie Mesaliny, Cezara i wyśmienitego Chianti.

Skąd zatem u niego ta nagła, wulkaniczna erupcja znajomości italskich historycznych i współczesnych postaci, imion, miejsc i wydarzeń? Skąd w temacie Italia ta nagła płodność literackiego buhaja u nędznie wykształconego aktora? Szekspir bowiem ukończył tylko Stratfordzką podstawówkę, natomiast Marlowe był licencjatem i magistrem uniwersytetu w Cambridge (podobnie, jak wspomniany kaznodzieja, John Penry!), biegle znał kilka języków a jako szpieg przemierzył całą Europę. Szekspir nigdy nie był poza granicami Anglii (bo nie wiadomo aby był), więc skąd ta porażające znajomość i wiedza o obcych, a opisywanych w dramatach krainach u człowieka znającego jedynie Stratford i Londyn z przyległościami? Z jakich to powodów w twórczości Szekspira w ogóle zaistniał cykl italski i dlaczego właśnie po 1593 a nie wcześniej, powiedzmy, w roku 1590? Dalej – epitafium Williama znajdujące się w kościele w Stratford przedstawia Szekspira z uniesioną prawą dłonią dzierżącą gęsie piórom a jego lewa dłoń trzyma pergamin; jest dowiedzione, iż w pierwotnej postaci obie dłonie spoczywały na worku ze zbożem. Wreszcie – testament kupca zbożowego Williama, urodzonego Szekspir, pozostawia jego spadkobiercom ogromny majątek, który przeszacowany dziś wyniósłby blisko milion funtów; gotowizna, ziemia, domy, składy a nawet małżeńskie łoże (pono było nie najpierwsze), które zapisał żonie, niekochanej Annie, urodzonej Hathaway; więc pozostawił wiele. Jednak zdumienie budzi fakt, że pośród owych znakomitych legatów geniusza światowej literatury, na próżno szukać choćby jednego rękopisu, spośród mnogości podobno napisanych arcydzieł a dodatkowo, testament nie wymienia w ogóle jakiejkolwiek książki.

Powtórzę, bo warto i trzeba powtórzyć: był rok 1594, gdy na deskach teatru The Globe wystawiono „Titusa Andronicusa”, sygnowanego imieniem Williama Szekspira, członka trupy aktorskiej i tegoż teatru akcjonariusza i dopiero po tej dacie: 1594, objawia się (niczym deus ex machina) potok literackich arcydzieł dotykający italskich tematów. Tym samym nasz zacny lichwiarz, aktor i rymopis z zapyziałego miasteczka, przechodzi do historii literatury światowej jako William Shakespeare, Łabędź znad Avonu; najwybitniejszy dramatopisarz w dziejach ludzkości, stawiający napis Gentleman przed a Esquire po nazwisku. Albowiem tajemnica pewnej śmierci, miała pozostać pewną tajemnicą.

Jeśli cała ta historia jest wyłącznie intelektualną grą, gigantyczną prowokacją i bezczelną hucpą żerującą na taniej sensacji, chciałbym zobaczyć jeden bezsporny dowód na to, że Christopher Marlowe nie napisał Szekspira. Albo znacznie prościej: pokażcie mi jeden jedyny bezsporny dowód na to, że William Szekspir napisał cokolwiek. Bo czyż możliwe jest inne logiczne wytłumaczenie poza tym, iż to Marlowe był prawdziwym Szekspirem, a nie Szekspir? Tak, jest; aczkolwiek i ono niepewne. Otóż jest wysoce prawdopodobne, że William Szekspir i Christopher Marlowe to jedna i ta sama osoba, występująca równolegle i równocześnie pod dwiema różnymi postaciami i dwoma różnymi nazwiskami, w dwu dziejących się równocześnie i równolegle, alternatywnych światach, bowiem, jak powiada Heidegger w swoim Sein und Zeit:

 

„Czas nie jest obecny ani w podmiocie, ani też w przedmiocie; nie jest też wewnątrz bytu ani na jego zewnątrz; jest on wcześniej od wszelkiej subiektywności oraz obiektywności, albowiem stanowi warunek możliwości nawet dla owego wcześniej.”

 

Powiecie:

– No dobrze, Kochaneczku, ale cóż począć z faktami, że Szekspir i Marlowe żyli i tworzyli w tym samym czasie? Wszak dowody na to, że znali się i konkurowali ze sobą nie podlegają wątpliwościom. A zatem?

A zatem wyjaśnienie tkwi w efektach związanych z zaburzeniami zakrzywionej czasoprzestrzeni modeli kosmologicznych i czarnymi dziurami, właściwościach superstrun, tunelami czasoprzestrzennymi a także w zakrzywionych promieniach światła i innych zjawiskach o których Szczególna Teoria Względności Einsteina mówi, że jeśli dwaj obserwatorzy znajdują się w dwóch różnych układach odniesienia, pomiędzy którymi istnieje ścieżka czasowa i obserwują oni dwa różne zdarzenia (A i B), pomiędzy którymi istnieje tylko ścieżka przestrzenna to wówczas (stosując zasady STW) można dowieść, że dla obu obserwatorów zdarzenia A i B mogą następować w różnej kolejności czasowej. Pierwszy Obserwator może widzieć zdarzenie A jako pierwsze, zaś Obserwator Drugi może widzieć jako pierwsze zdarzenie B. Wynika stąd, że pojęcie równoczesności jest względne, bo choć dwa zdarzenia są równoczesne dla jednego obserwatora, to wcale nie muszą być takie dla drugiego obserwatora.

Bo nie wiadomo, aby było inaczej.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko