Z lotu Marka Jastrzębia – STATYSTYKA

0
49

Z lotu Marka Jastrzębia –   STATYSTYKA


MY

Filip WrocławskiStępa lub forsownym truchtem, jak głupi Grześ przez wieś, tak ja wędruję przez sieć. Czytam blogi, portale, strony. Dobre, złe, wszystkie, jakie się nawiną. Zaglądam do skinów, faszystów i innych kuglarzy miłujących niepokój. Podziwiam ich tupety i bzdety napawając się wstrętem. Niekiedy zatrzymuję się moment, czasami dłużej i włażę na strony paskudne, jak daleka memu sercu biblia dla satanistów. Wtedy ogarnia mnie szewska pasja, wierutne obrzydzenie; ja, dziadek ledwo gibający się nad własnym grobem, pieczętujący się herbem zleżałego humanisty, byłbym gotów latać z naostrzoną siekierą i wywijać nią młynka i robić nią komu gustowny przedziałek. Myślę sobie wtedy, jak to byłoby dobrze, gdyby przyjaciele, ujrzeli to samo. Też zachwycili się tą nędzą mówiąc nadal, że NIE JEST ŹLE; w zasadzie i w gruncie rzeczy – KLAWO. A kiedy w swoich buszowaniach po Internecie natrafiłem na informację, że powstaje opera na podstawie scenariusza Marka Koterskiego „Dzień świra”, przypomniało niesmaczne wrażenie po obejrzeniu filmu.
 
Zobaczyłem w nim nie jednego, rozregulowanego osobnika o płci ślamazarnej, ale portret zbiorowy, konterfekt naszej znękanej kondycji, współczesny krajobraz po nieudanej bitwie. Beznadziejny, symboliczny, zaledwie naszkicowany malunek świra powszechnego, skomasowanego, pojawiającego się na ekranie w liczbie masowej; krótko mówiąc, ujrzałem film o nas, o naszym życiu, przefujarzonej egzystencji umajonej dobrymi chęciami, film o drodze donikąd, jak gdyby – reportaż z nieistnienia, karykaturalny, przerysowany, informujący nas, w co wleźliśmy, co oblepiło nam mózg, czym się staliśmy.


Dlatego tak był bolesny w odbiorze. Kwaśny, cierpki i prześmiewczy, ale prawdziwy, bo pokazujący nasze niekonsekwencje, dwuznaczną tolerancję, obłudne mankamenty i wewnętrzne rozdarcia, choćby nauczycielską hipokryzję, różnice w naszych etycznych oczekiwaniach. Pokazywał zaprzepaszczone marzenia i zmarnowane owoce tych marzeń. Był zgryźliwą opowieścią o naszych frustracjach, społeczeństwie radośnie pikującym w dół, w żadnym zaś wypadku o normalnym człowieku. Tych tu nie ma. Poza Adasiem. Miauczyski jest jak odosobniony chwast wśród rzeki dorodnych świrów: nieprzystosowany, zbuntowany, pompatyczny histeryk wojujący z wiatrakami.


Bohater rzeczonego arcydzieła naszej nędzy i rozpaczy, zbulwersowany substytut znerwicowanego człowieka, desperat udający wrażliwego polonistę, a w istocie – łajza w spodniach uwierających w kroku (w schowku na duszę?), w spodniach tak ciasnych, że aż zmuszających go do nieustannej, rytualnej gimnastyki na kanapie, pedagog klnący tak, że przysłowiowy szewc, to przy nim przeor klasztoru ministrantów, prowadzi żywot moralnego odszczepieńca. Wegetuje siłą rozpędu, z przyzwyczajenia do zrzędzenia, bez wyraźnego powodu, ponieważ brak motywu do życia, to jego jedyne uzasadnienie. To, w czym tkwi i przed czym się wzdraga, jest takie samo, jak on. Jak on, ustawiczny nerwus potrafiący tylko złorzeczyć, wrzeszczeć, gderać. Przeklina co chwilę, strzyka bluzgami jak zgredzik Kałasznikow pestkami, lecz w niczym nie przeszkadza mu to w gadaniu, że trzeba być subtelnym, taktownym, że zdałoby się szanować bliźniego.


 Adam Miauczyński, to spełniony nieudacznik, autor pierwszej (i jedynej) linijki wiersza, notoryczny egoista opędzający się od cudzych wad, a nie dostrzegający swoich, walczący z nimi jak sędziwy ratlerek o pikusiowatym rozumku.  Damski bokser wagi scenariuszowej, mizdrzy się do wspomnień o swojej pierwszej miłości, na myśl o niej pociąga nosem, ją obarcza winą za swoje dotychczasowe niepowodzenia, za własne błędy. Ją, matkę, dzieciństwo pod wiatr.


Postać zagubionego Adasia jest bezwolna. Niby chce inaczej żyć, ale inaczej żyć nie umie; poprzestaje na utyskiwaniu. Toczy pianę z jamy gębowej, ale jest to piana Kalego. W godzinach pomiędzy warczeniem na wszystkich i wszystko, co się szwenda po ekranie, tokuje jak rzewny głuszec. A w przerwach na regeneracyjne, demagogiczne refleksje w toalecie, psioczy na swój los. Los sprokurowany na własne życzenie i obstalunek; niesprawiedliwy i niezasłużony, gdyż pracowicie i samodzielnie zdeflorowany.


Kiedy, omawiając twórczość Mickiewicza, zamiast entuzjazmu dla swady, z jaką mówi o naszym narodowym poecie, nadziewa się na pierdzącą dezaprobatę klasy, audytorium zafascynowanego bylejakością przeżyć, zaczyna rozumieć, że przegrał, a jego krasomówcze, bogoojczyźniane popisy natrafiają na mur. Na mur, na ścianę; są, niczym perły ciskane przed wieprze.



RACHUNEK SUMIENIA


Otacza nas szablon, rutyna i banał. Po drodze do wolności zgubiliśmy duszę. Przebywamy w nerwowej kotłowaninie sprzecznych pragnień, na rozdrożu, pomiędzy pracą, pośród wyniszczającej pogoni za pieniędzmi, a troską o rodzinę. Żyjemy w światopoglądowym zapętleniu. Tupet, bezczelność, stalowe łokcie, sprężysty grzbiet i dyspozycyjne przekonania, są to cechy umożliwiające nam istnienie. Delikatność, subtelność, honor, są to pojęcia zabytkowe, odległe od skrzeczącej rzeczywistości. Po wielu trudach związanych z likwidacją ustrojowej nędzy, powróciliśmy do punktu wyjścia i mamy teraz PRL bis. Odpoczywamy od myślenia, od minimalnego zainteresowania się tym, co winno pasjonować nas naprawdę, od pytania, czym żyjemy, co nas gnębi.

A zapowiadało się nieźle. Osowiałe społeczeństwo zerwało z apatią, roznosił je opty¬mizm, entuzjazm, poczuło swoją moc i zawładnęła nim powszechna życzliwość. Zanosiło się na raj. Raj spełnionych oczekiwań. Nie na biedę, bezrobocie, wyzysk i strach przed utratą pracy. Każdy miał szczęście w plecaku i od niego zależała przyszłość. Wszyscy czuli się wolni, mieli przed sobą cel, rysowały się im różowe perspektywy, byli u siebie i zdawało się, że na zawsze zapanowała mądrość, równość, sprawiedliwość, że nie może być inaczej.


Aż przyszli uzdrowiciele. Wprowadzili stan wojenny rozwalając ludzkie więzi i ma¬sowy ruch. Wróciła więc apatia, lęk, zniechęcenie. I znowu nikomu się nic nie chciało. Znów byliśmy obojętnymi kibicami zaprzepaszczonych marzeń. Po wielu latach emocjonalnej zgagi, czkawek i politycznych palpitacji, po przerwie na gospodarcze drgawki, na upiorną renowację zgliszcz, wróciły kołki z dawnych lat i z furią godną lepszej sprawy, wierząc, że gdy chce się naprawić dach, należy zerwać podłogę, zabrały się za wyjaśnianie rzeczy oczywistych: nie bawiąc się w odcedza¬nie prawdy od fałszu, hurtem, do korzeni, do fundamentów, poniszczyły, rozwaliły, zohy-dziły, obśmiały wszystko, co przedtem było dla nich słuszne i niezbywalne, a teraz było za¬nadto czerwone i kojarzyło się źle. Pod skocznym hasełkiem ulepszenia Państwa, obróciły w perzynę cały niezaprzeczalny dorobek pokoleń; miast naprawiać (jak z powodzeniem zrobiono w innych zdechłych de¬moludach), jeszcze bardziej obniżyły rachityczny poziom kultury, nauki, zainteresowań. Jak? Poprzez zlikwidowanie powszechnej edukacji, przez wprowadzenie kapitalizmu z ludzką paszczą.


Uderzmy się we własne piersi: powodem obecnego stanu rzeczy jest brak odpowie¬dzialności za cokolwiek. Wszechobecna pogarda dla Człowieka i przyzwolenie na nią. To efekt panowania kultu Najjaśniejszej Pani Kasy. Do spółki ze reformatorami z przeceny, wyprodukowaliśmy sobie ten pasztet. Zga¬dzamy się na nonsensy, regulaminy, procedury, przepisy i ustawowe buble pozwalające prze¬stępcom na hasanie po wolności. To rezultat naszej mętnej paplaniny o tym, jak zdobyć szmal, a nie mówiącej, jak wyjść z gnojówki. To skutek rad, z kim opłaca się pójść w biznesy i legalne przekręty, a z kim nie warto iść po olej do głowy.


Winna jest nasza bezmyślna zgoda na wypaczenie pojęć takich, jak tolerancja, demo¬kracja, sąd. Nie respektujemy praw Człowieka, lecz skrupulatnie przestrzegamy praw Gangstera. Nasza bierne przyzwolenie pomaga oprychom, gdyż dajemy im zamiast kary, nagrodę za wredne sprawowanie; finansujemy im z budżetu resocjalizacyjną fikcję tworząc ochronki do garowania, te wylęgarnie złodziejskich talentów  i to my spłacamy za nich grzywny, alimenty i nawiązki.


Niegdyś albo się było porządnym, albo łajzą. Dzisiaj porządnym można być na sejmowej sali, a wychodząc za jej próg, paserem; teraz można uchodzić za pobożnego człowieka podczas mszy, a gdy w kościele pusto, być szelmą łupiącym skarbonki. Dawniej łachudra nie miał spokojnego życia, bo społeczny ostracyzm i groźba pręgierza wyzwalały z niego – skrupuły: pięć razy poszedł po rozum do głowy, zanim naraził się na izolację. Dzisiaj nie musi chować się przed cechowaniem pleców i obcinaniem uszu, ponieważ bezpośrednio po łajdactwie idzie na proszony raut, przybijają mu piątkę, gawędzą z nim, a on, po wpłaceniu kaucji za grzech, pędzi na swój odczyt o etyce i jest niebywale zdumiony faktem, że nie wolno mu być kanalią, że musi być nią po cichutku, bez należnego rozgłosu; niczego się nie obawia, gdyż sądzi, że skoro nie ma winy i kary za nią, to i zbrodni także nie ma. Mamy zanadto uważający język: Mówienie oczywistych bzdur już nie jest wciskaniem kitu, lecz zostało zdefiniowane jako tak zwane mijanie się z prawdą. Ochlapus nie oznacza mięczaka bijącego żonę w trakcie lub po zakończeniu balangi, lecz jest z niego nieszczęsna ofiara nałogu, w zasadzie równy koleś z niedużymi odchyłami. Kimś na kształt ojca bezdzietnej rodziny. Nie powiadamy, że bandyta, to bandyta, ale że oprych, to w gruncie rzeczy zacny ochroniarz własnego  mienia. Solidny inaczej.


Coraz częstszym zjawiskiem jest przemoc. Ujawniają się i potęgują zjawiska brutalizacji życia. Żyjemy pomiędzy gonitwą po zadyszkę i zawał, a pobłażliwym ze zmęczenia traktowaniem chorych  nawyków dzieci, dziatwy uzbrojonej w kije na  kibiców i spacerowiczów, naszych batmanowych milusińskich robiących mielonkę z kota, lecz już nie z tygrysa. Drzewiej nic się nie opłacało, z góry wiadomo było, że ryzyko przekracza zysk, teraz kalkuluje się nawet plajta.


Doliniarz, którego przyłapano na zalotach do cudzej portmonetki i którego Policja goni beczkowozem przez pół miasta, nie idzie odsiadywać swojej niewinności, ale, śmiejąc się z sądu, krokiem dumnym i obrażonym, wraca po ukryty w krzakach, zwędzony portfel domagając się od nas przeprosin za szykany i gardłuje o naruszonej godności. Snajper walący z fuzji do przechodniów jest zaszokowany, gdy słyszy, że to niegrzecznie kropić do ludzi.


Nasze prawne przyzwolenie na zidiocenie zaowocowało dawaniem zbirom kary w zawieszeniu, stwarzaniem im komfortowych warunków garowania w gabinetach biologicznej odnowy, a uczciwym i niepyskatym – dawaniem po łapach i życiem w rezydencji pod mostem. Bandyta idzie do pudła na zdrowotny urlop, by odpocząć przed kolejnym zabójstwem. Za bycie pry-musem w pierdlu, czyli – Wzorowym Kryminalistą, wychodzi na przepustkę i szlachtuje następną ofiarę.

     Oto nasz zysk.

PS między innymi niejaki Gogol stwierdził, że nie mamy z czego rechotać, bo jak już, to śmiejemy się z siebie. Toteż zapytałem odbicia w lustrze: jak długo mam wybuchać entuzjazmem? Jak długo mam cieszyć się, że jest tak, jak miało nie być?


PS2 dlaczego napisałem MY? Najlepiej wyłuszczy to George Bernard Shaw: „Jeśli mój sąsiad codziennie bije swoją żonę, ja zaś nie biję jej nigdy, to w świetle statystyki obaj bijemy je co drugi dzień.”

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko