Krystyna Habrat: Jaśnie pan na urzędzie i jego petent

0
109

Krystyna Habrat

Jaśnie pan na urzędzie i  jego petent


Adam Pociecha     Urzędy to omijam z daleka.
 I możliwie wszelkie sytuacje, gdzie muszę coś załatwić, uzyskać jakąś informację, czyli wszędzie tam, gdzie  z pokorą i uniżeniem (jak w tytule powieści znanej belgijskiej pisarki) powinnam zdać się na łaskę kogoś ważniejszego, nawet jakoby wszechmocnego.
 
     Na szczęście z tej listy wypadły już sklepy, bo panie sprzedawczynie przestały być wielmożne, nieuprzejme i robić łaskę. Teraz same się proszą, żeby coś kupić. Włóczyć się po sklepach nie lubię, ale przynajmniej tam teraz zabiegają o moje względy. Aż miło!

 
     A jeszcze pamiętam schyłek lat osiemdziesiątych,  gdy  8 marca przedarł się do lady   w sklepie  mięsnym mężczyzna w wieku średnim i poprzez głowy stojących w kolejce kobiet  podał zdumionej sprzedawczyni olbrzymi bukiet kwiatów. Były nie urzędowe, ani zbiorowe, a specjalnie od niego i nie jako zalotnika, a  jako klienta, bo tak to w skąpych słowach objaśnił równie zbity z tropu, jak sama sprzedawczyni. W domyśle, żeby mu potem sprzedawała coś z mięs na zapleczu z drugiej strony sklepu. Na pewno jego żona to wymyśliła i go przysłała.

 
     Na szczęście  koszmarna epoka pustych haków odeszła w niepamięć, ale jest jeszcze wiele miejsc, gdzie klient powinien od progu padać na kolana. O wiele ich za dużo. Kogo, czego? Takich miejsc. Ale też chyba i klientów, petentów, pacjentów… Za dużo nas takich, którzy czegoś chcą, domagają się, proszą, wykłócają. I łaskawa ważna osoba musi im wyciągać kartę  w rejestracji do lekarza, więc przynajmniej  na złość wyznacza godzinę przyjścia tę samą dla wszystkich. Siedzi potem taki tłum w poczekalni i pomstuje, swarzy się między sobą, niecierpliwi. A pani zza okienka rejestracji ma satysfakcję. A może nie robi tego im na złość? Tylko z pewnego ubytku pomyślunku. Sza! Tak nie wolno sugerować. Jeszcze się ktoś obrazi i potem wchodzenie na klęczkach ani bicie czołem o posadzkę nie wystarczy.

  

     Inny wielmożny też by mógł kiwnąć odrobinę paluszkiem tzn. podpowiedzieć jedno zdanko, żeby pokorny petent nie dał się wpuścić w maliny. Ale gdzieżby tam? Jeszcze by wielmożnemu spadła korona z głowy. Więc czegoś nie dopowie, przemilczy, uda, że niby to powszechnie wiadome, a jak ktos nie wie, to niech traci, i choć w przepisach stoi, że to jego obowiązek o tym poinformować,  niech się ten petent pomęczy, skoro ma czelność wchodzić w drogę wielmożnemu, załatwiając u niego sprawę służbową.
 
     Znacie to? Oczywiście! Na każdym kroku tak bywa! Więc opowiem jeszcze coś.

 
     W latach studenckich we dwie z koleżanką, zbuntowane, że musimy gdzieś błąkać się po wynajmowanych pokojach, postanowiłyśmy zdobyć miejsce w domu studenckim. Prawdę powiedziawszy pierwszy głos grała w tym koleżanka, wygadana i pyskata, a ja raczej potakiwałam jej kiwaniem głowy i uzupełniałam wszelkie: „proszę, przepraszam, do widzenia”. Koleżanka już w pierwszym miejscu (szczegóły pominę) zrobiła taką awanturę, że przyjmująca nas pani orzekła, że  tej koleżance nigdy akademika nie da.

 
     Zaznaczam, że powszechnie używane słowo „akademik” oznacza tu dom studencki, bo oficjalnie odnosi się do przesławnej osobistości, członka jakiejś akademii. Ja używam go w wersji obiegowej.

 

     Wracając do naszych starań już w drugiej lub trzeciej awanturze, zrobionej przez koleżankę, uzyskałyśmy informację, że wolne miejsca są na pewnej mało obleganej przez dziewczyny uczelni. Tam więc skierowałyśmy nasze kroki. Oczywiście prosto do rektora. Jego sekretarka powiedziała, że zaraz powinien  nadejść i opisała go jako starszego, nobliwego pana z siwą brodą, ale słusznej postury. W 5 minut później na widok takiego na korytarzu moja koleżanka podbiegła i, ku mojemu przerażeniu, wypaliła:

–    Przepraszam, czy pan rektor?


     Był na tyle uprzejmy, że na widok nas, jeszcze wtedy nastolatek, i tak go bezczelnie zaczepiających, nie oburzył się, nie obraził, a zaprosił grzecznie do gabinetu i wysłuchał. Obiecał zapoznać się ze sprawą i miałyśmy za kilka dni przyjść po odpowiedź.

 
     W ustalonym dniu jego sekretarka pokazała, że nas poznaje, ale musiałyśmy zgodnie z panującym „ceremoniałem”, przedstawić jeszcze raz kim jesteśmy i w jakiej sprawie przychodzimy, by jego ekscelencja (chyba tak się mówi) nas przyjął. I zaraz załatwiłyśmy sprawę. To znaczy dzięki interwencji jego ekscelencji dostałyśmy jakieś rezerwowe miejsca w domach studenckich naszej uczelni. Po drodze była jeszcze awantura, a właściwie  demonstracja obrazy pierwszej pani, która zapowiedziała, że moja koleżanka akademika nie dostanie. Przy nas zadzwoniła do dziekanatu ze słowami oburzenia: „Komu to przyznaliście akademik, tej…” Ta zaraz się rozpłakała, ja pewnie przepraszałam po cichu, potem ona głośno. W końcu dostałyśmy nasze upragnione miejsca.

 

     O co chodzi w przytoczonej anegdocie? Morałów może być tu kilka, ale mnie chodzi o pokazanie, że nieraz osoba na wyższym urzędzie – jak   tamten pan rektor z siwą brodą – bywa dużo przystępniejsza,  bardziej ludzka i wyrozumiała o, i jeszcze życzliwa, niż  ktoś ledwo, ledwo wyrastający ponad petenta.  Szczególnie gdy ten ktoś zakompleksiony i bardzo mu zależy, żeby wszyscy widzieli: wiecie kto ja jestem?! To zobaczcie, co ja mogę!!
 
     Potem taki zakompleksieniec na niskim urzędzie robi coś na złość, na przekór, nie dopowie, nie dosłyszy, uda, że jest ponad wszystkich petentów i niech padają przed nim na kolana. Z pokorą i uniżeniem, jak w tytule małej powieści Amelie Nothomb, o którym wspomniałam na początku.


  Ciekawe, kiedy przeminą czasy takich wielmożów na urzędach, jak przeminęły tamte ważnych sprzedawczyń ze sklepów z pustymi hakami?


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko