Rafał Sulikovski: Człowiek stamtąd

0
46

Rafał Sulikovski

Człowiek stamtąd. O jednej nowej powieści wielkomiejskiej



     Ta książka naprawdę wciąga! Ponad trzystustronicową powieść Marty Zaraskiej przeczytałem niczym stary dobry kryminał w jeden wieczór. Lepszy świat to pięknie skrojona nienaganną polszczyzną powieść, wykorzystująca tradycyjne instrumentarium komunikacyjne: narrację personalną, opis i opowiadanie, chronologiczny z grubsza porządek zdarzeń, przezroczysty i potoczysty, nie zwracający wcale uwagi język, daleki od awangardowych eksperymentów. Książka ta, tradycyjna w formie, jest jednak zarazem nowoczesna czy nawet ponowoczesna w treści. Ale po kolei.

    Wprowadzeni przez personalnego narratora, którego rolę w powieści spełnia 27-letni Paweł Leszczyński, stajemy oko w oko ze współczesnością wielkomiejskiego świata wczesnego, polskiego kapitalizmu. Wszystkie drogi w tym świecie zbiegają się w punkcie centralnym na mapie Polski – w Warszawie lat 90., a może nawet już XXI-wiecznej (dokładnie ramy czasowe nie są określone – wiadomo jedynie, że czas zdarzeń jest uprzedni względem czasu narracji, czyli narrator relacjonuje wypadki już przeszłe, choć z niedalekiej przeszłości). Obserwujemy całe bogactwo życia warszawskiego, poznajemy konkretne miejsca, wchodzimy z narratorem do pubów, mieszkań, klubów, redakcji, na kręgielnię, do czytelni. Wszystkie znane mieszkańcom realia są naszkicowane z lekka, tak, iż nie męczy zbytnia drobiazgowość opisów tego, co dobrze znane, swojskie, czyli codzienne.

 

     Jeśli polska krytyka od lat, a konkretnie od przełomu roku 1989 domagała się powieści przekrojowej, panoramicznej, nawiązującej do najlepszych tradycji realistycznych, obrazującej zasadnicze trendy społeczne, odmalowane przy tym w sposób do złudzenia żywo imitujący prawdziwość zdarzeń – to książka Marty Zaraskiej może z powodzeniem kandydować do miana takiej powieści. Wreszcie – chciałoby się rzec – po latach fascynacji magicznym realizmem prozy Olgi Tokarczuk, eksperymentach w prozie (Natasza Goerke, Magdalenna Tulli jako autorka Snów i kamieni, poetyckiej narracji, nota bene o Warszawie) z pracowni młodego twórcy wyszła powieść, której nie sposób – nie mijając się z faktami – nie podnieść do rangi głosu pokolenia dwudziestolatków (narrator ma 27 lat), urodzonych w dekadzie Gierkowskiej, w czasie, gdy ukazywały się powieści Tadeusza Konwickiego (obraz stolicy z lat 70. został chyba najlepiej pokazany w Małej apakalipsie).


     Projekt Zaraskiej, dołączającej do grupy piszących kobiet, spełnia kryteria nie tylko dobrej powieści społeczno-obyczajowej, w której znajdziemy informacje, w czym się chodzi, co się i gdzie jada, o czym dyskutuje. Spełnia także kryterium zwierciadła, które obnosi się po warszawskim gościńcu i to lustra nie pokawałkowanego, ale o dziwo ukazującego świat całkowity, a przynajmniej pozory takie sprawiającego. Byłaby zatem możliwa dziś powieść realistyczna, na której wypatrywanie wielu krytyków poświęciło sporo czasu?
 

     Ów tytułowy „lepszy świat” oznacza tutaj nie tylko świat nowobogacki: świat(ek) strzeżonych will, wyglądających jak samotne twierdze (tytuł jednego z opowiadania Marka Nowakowskiego ze zbioru To wolny kraj!, traktującego również o Warszawie, widzianej od kuchni, od strony nizin społecznego marginesu). To także świat obowiązkowego garnitura, krawata (najlepiej Pierre Cardin) i telefonu komórkowego (koniecznie z wbudowanym aparatem i Internetem), służbowego samochodu, pracy na pełnych obrotach grubo ponad dzienny limit 8 godzin, całkowitej dyspozycyjności i zaniku prywatności. To ostatnie całkiem realnie grozi w czasach, gdy pobiera się odciski palców i zdjęcie tęczówki już nie tylko przestępcom…


     Świat pokazany przez Zaraską, właśnie dlatego, że pasujący do powszechnych stereotypów, jest tak bardzo wymowny. Tutaj obowiązuje dyktat normy, polegający na hołdowaniu gustom większości, konsumpcyjnemu stylowi bycia, postawie bardziej mieć niż być, łatwiźnie i delektowaniu się odzyskaną po 50 latach normalnością. Normalność może czasem oznaczać jednak bierność, brak inicjatywy, apatię. Ukazany w zeszłym roku przez Przemysława Czaplińskiego „efekt bierności”, widoczny w literaturze ostatnich czasów (literatura ubierniająca, czyli nie inspirująca żadnych korekt, żadnych przewartościowań w swoim życiu, literatura uspokajająca i nasenna) powoduje, że czytamy powieść Lepszy świat z ostrożnym krytycyzmem, bogatsi o wiedzę o literaturze lat 90.


     Efektem Lepszego świata jest jednak nie bierność, lecz swego rodzaju aktywność: powieść ta zadaje ważne pytania, np. o związku konsumpcjonizmu z zanikiem w społeczeństwie postaw idealistyczno-altruistycznych. Pyszna scena rewolucji i obalenia rządów ciemięzców podatkowych, nawiązująca wprost do finału Przedwiośnia Żeromskiego, przekonuje nie tylko jako idea sama w sobie, ale jako praktyczne działanie w kierunku zmiany na lepsze. Nie uniknie tutaj jednak autorka zarzutu bardzo prostego: oto wiemy (już sam Żeromski dobrze wiedział) do czego prowadzi każda rewolta. Jednak w obrazie rewolucjonisty Wolffa, stylizowanego zarówno na Mao ze Donga, jak i człowieka-znikąd (Stanisława T.!) kapitalnie wyczuwa się atmosferę tęsknoty samotnego tłumu, pozbawionego pasterza, za rządami silnej ręki. Za kimś, kto scaliłby wszystkie pogmatwane wątki polskiej sceny politycznej i wytyczył spójny program reform.
     

     Ukazanie przekroju lepszego świata nie odbywa się bez odcienia krytycyzmu: pracoholizm jako główny oskarżony w procesie wytoczonym przez młodą autorkę nie ma nic na swoją obronę. Praca w nadmiarze nie tylko niszczy prywatność i zdrowie, ale alienuje. Odizolowani ludzie, żyjący od pierwszego do pierwszego tracą z czasem poczucie wspólnoty interesu, nie dostrzegając, że ostatecznie nie sami żyją na świecie (bohater zarabia jako dziennikarz w wysoko-nakładowym piśmie, by z czasem z powodu wypalenia zawodowego, nie wytrzymując tempa, z jakim produkuje się dzisiaj newsy, odejść do bardziej przeciętnej gazety, gdzie nie nadaje się pracy tak szaleńczego tempa). Demon szybkości zabiera wszystko, im więcej się ma do zrobienia, tym mniej czasu, aż urywają się kontakty lub zostają one znacznie ograniczone. Życie między dwoma ekranami: telewizora i monitora, między ciągłymi szkoleniami, prezentacjami, wyjazdami weekendowymi w firmie, zaczyna ciążyć, potem nudzić, wreszcie z braku sił fizycznych i psychicznych trzeba zrezygnować z wyścigu szczurów i zacząć prawdziwe życie… choćby jako pisarz.


     I tutaj dochodzimy do kwestii ciekawej, mianowicie na ile bohater i zarazem narrator tej powieści reprezentuje „ja” autorskie. Problem jest ciekawy, nie tylko dlatego, że bohaterem-narratorem jest Paweł Leszczyński, czyli  – co oczywista – osoba innej płci niż autor zewnętrzny. Nie od rzeczy będzie tu też zapytać, jaki jest świat widziany oczami płci przeciwnej, bo nie ma wątpliwości co do tego, że autorka kryje się cały czas za męskim protagonistą. Po co? Czy tylko dlatego, żeby uniknąć zaklasyfikowania jako autorka i być postrzeganym jako autor? Czyżby aż tak daleko posunęła się patriarchizacja dyskursów społecznych, czy też może literatura kobieca od Narcyzy Żmichowskiej poczynając na Marii Kuncewiczowej kończąc (po drodze można by wymienić jeszcze kilka nazwisk) kojarzy się odbiorcy z czymś jakościowo gorszym niż proza „męska”, spod znaku Conrada? Na stronie 259 czytamy: „Kobieta ma całkowicie inny sposób myślenia. Inaczej łączy fakty i jeszcze inaczej wyciąga z nich wnioski.” Coś dodać, coś ująć? Ukrytą presupozycją pojęcia literatury kobiecej byłaby zatem wtórność? Jeśli nawet tak nie jest, to pytanie postawione traci z racji wagi problemu status retoryczności.


     Świat opisany, a raczej opowiedziany (dynamika akcji mimo wszystko przeniesiona z niższych rejestrów gatunkowych, ale i tak pozostaje prawdopodobna: tak szybko bowiem toczy się prawdziwe życie w dwumilionowej stolicy europejskiego bądź co bądź państwa), choć groźny dla ludzkich relacji (dziewczyna musi uciekać się do fortelu i kłamstwa, by wyrwać z pracoholicznego transu swego chłopaka), jakoś jednak sprawia, że czujemy się tu bezpiecznie: naokoło narratora zawsze kręci się dużo ludzi, znajomych, a w telefonie i komputerze ma on długą listę adresów.
Czytając cały czas powieść Zbaraskiej znajdujemy się na zewnątrz. Punkt ciężkości narracji skupia się na aspektach zewnętrznych, pozaliterackich, w sferze wszystkiego, co nie jest tekstem (w strefie „nie-tekstu”, by użyć znanego terminu Jurija Lotmana). Nie ma tutaj introwertycznego autotematyzmu, zainteresowania procesem samym twórczym czy odbiorem dzieła, cały czas uwaga nasza zaprzątnięta jest tym wszystkim, co dzieje się na zewnątrz. To wyjście narratora niejako z siebie wyszło tej prozie na dobre, bo i ułatwia lekturę, która staje się czystą „rozkoszą tekstu” (by wspomnieć koncepcję Bartha), a co więcej pozwala ominąć trudne dylematy mimetyzmu. Jednak niechęć do psychologii można potraktować trochę jak chowanie głowy w piasek. Albo uznamy (za autorką), że najciekawiej jest na zewnątrz, albo co wydaje mi się o wiele bardziej bliskie prawdy, że autorka stawia diagnozę, zresztą dość prostą: świat pochłonięty został dziś przez wszelkiego rodzaju Zewnętrzność w postaci ulic pełnych drogich samochodów, kolorowych reklam, bogatych witryn sklepów, korków, pochodów i demonstracji. Wszystko, co wewnętrzne, znalazło się na cenzurowanym. Daleko prozie Zarasek z pewnością do prozy doświadczeń wewnętrznych, epifanii i olśnień, znanych choćby z twórczości Kornela Filipowicza. Ale nie czynię z tego faktu żadnego zarzutu.


     Zarzucałbym jednak autorce to, że projektując wyraźnie monografię świata „lepszych modeli”, uniknęła przy okazji pytań „niewygodnych”: o kodeks etyczny (tutaj jakby „normalką” są zdrady, bo to takie „nowoczesne” zmieniać partnerów życiowych – brak komentarza jest też swoistym komentarzem), o sferę wartości, także wywodzących się z tradycji chrześcijańskich (czuć w powieści zapach postmodernizmu: bohater nie zadaje sobie trudu, nie ma czasu, by dociekać głębszego sensu istnienia, nie ma czasu nawet na kontemplację czy medytację całkiem zwyczajnie świecką, nie mówiąc już o modlitwie), o sferę zła, nędzy, cierpienia, choroby, kary i winy  i innych sytuacji granicznych – słowem brakuje mi tu ważnej z perspektywy dzieła kandydującego do miana jakiejś syntezy pierwszej dekady polskiego kapitalizmu wszelkich „przeklętych problemów”.


     To powieść ciepła, dobrze napisana, stylem przypominająca świetną prozę Piotra Kofty, prawie rówieśnika Marty Zarasek, ale brakuje w niej trochę, że się tak wyrażę, gotyckiego mroku czy choćby zaprawienia pokazywanej tu stale dekadencji jakimś głębszym artyzmem czy przyozdobienia ciekawych skądinąd spostrzeżeń nutką bardziej wnikliwej myśli (co nie przeczy temu, że znalazło się kilka bardzo trafnych przemyśleń natury „mądrościowej”). Dopominam się o ten wymiar filozoficzny, ale skądinąd mam świadomość, że na zbytek przemyśleń nigdy polska proza nie cierpiała (wyłączywszy oczywiście z tego sądu największych: Gombrowicza, Schulza, Witkacego, Lema). Zarzut taki jest poważny, ale wysunięty tylko dlatego, że w moim mniemaniu spełniałaby omawiana powieść Marty Zbaraskiej marzenie niejednego krytyka o powieści-syntezie, jakiej brakowało wyraźnie od początku lat 90 (a o co się dopominali swego czasu w książce Świat nie-przedstawiony Julian Kornhauser i Adam Zagajewski). Spełniałaby, gdyby nie nastąpiło zachwianie proporcji i wyrugowanie nieobecnej tu sfery przeżyć wewnętrznych. Nie chciała autorka jak mniemam popaść w sztuczność (wszak nikt nie ma dostępu do cudzych przeżyć psychicznych, a wprowadzenie narratora wszechwiedzącego byłoby anachroniczne) czy jeszcze gorszy od niej ekshibicjonizm, zawsze grożący każdemu, kto chce pisać o Wnętrzu. Jednak czy nie traci się wtedy zbyt dużo za jednym zamachem?

   Pogoń za sukcesem – uczy słusznie autorka – opłacić trzeba surowym podatkiem. Zwykle po jakimś czasie pojawia się rutyna, potem wypalenie, chęć wyjazdu gdzieś daleko, próba zabicia wkradającej się monotonii i nudy, wprowadzenia urozmaicenia w codzienny rytm obowiązków. Jeden z wielu bohaterów Lepszego świata marzy, by na chwilę oderwać się od „konsultingu, audytu, portali”. Ma dość codziennych „deadline’ów” i sięgania coraz wyżej, gdzie już nawet nie tylko wzrok, ale sama wyobraźnia nie sięga. „Potrzebuję wyzwań, coraz większych, coraz ciekawszych. Nawet nie wiesz, jakie to jest męczące. Kiedy w moim wieku facet nie jest co najmniej jednym z zastępców prezesa albo nie ma własnej firmy, jest zerem, przegrał” (s. 264). Tak po kolei przegrywają otaczający sympatycznego Pawła postaci, on sam z trudem ratuje swój rozlatujący się przez pracoholizm związek z równie zagonioną studentką prawa. A wszystko, jak wierzy interlokutor Pawła, wynika z kompleksów. Gdzieś w tle rzeczywiście istnieje w ambitnym projekcie Marty Zarasek ostrzeżenie: tak dalej nie można, trzeba zatrzymać bieg, prowadzący do coraz to kolejnych schorzeń cywilizacyjnych „owczy pęd”, trzeba znaleźć czas na rozsądną refleksję i kontemplację.


    Jakiś czas wydaje się bohaterowi, że pociąga go idealizm młodzieńczy, chodzi na wiece, optuje za „sprawą”, walczy o sprawiedliwość. Jeden z rozmówców Pawła zwierza się, że bez jakiejkolwiek ideologii życie traci smak i staje się puste. Jednak również ideologia nie daje mu spełnienia na dłuższą metę. Narrator zatrudnia się wreszcie na spokojnym stanowisku stażysty w przeciętnej gazecie. Wie, że znalazł rozwiązanie swoich problemów – chce odtąd poświęcić się wyłącznie pisaniu. Jako sposób na życia i jako jednoczesna pasja pisanie wydaje mu się drogą nie tylko do poznawania zewnętrznego świata, ale także samopoznania. Które przynosi tylko naprawdę dobra literatura.


Marta Zaraska, Lepszy świat. Twój Styl, Warszawa 2004, s. 323.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko