Krystyna Habrat: Szum czasu

0
253

Krystyna Habrat

SZUM CZASU

Jan Cybis      Zwykle na przełomie starego i nowego roku mówi się więcej o zegarach, kalendarzach i upływającym   czasie.

      Kiedy byłam mała i mieszkałam z rodzicami w Ostrowcu, któregoś wieczoru zgasło światło w okolicy. Pamiętam, mama położyła się ze mną na kozetce, żeby   przeczekać  ciemność, może trochę odpocząć. Leżałam obok niej i wsłuchiwałam się w niezwykłą ciszę, jaka równocześnie zapadła. Ale ta cisza to nie było nic, bo powoli odkryłam w tym wyraźny, nieustanny, szum. Wtedy pomyślałam, że  słyszę czas. To czas  tak szumi w uszach.

      Dużo później wiedziałam, że w ciszy słychać  przepływ krwi, nawet chrzęst kości.

 
     Jak wtedy mama mi to wyjaśniła, nie pamiętam, bo na pewno jej o mym odkryciu, ze słyszę, jak czas szumi,  powiedziałam. Wtedy jeszcze byłam przekonana, że mama, że rodzice, wiedzą wszystko. Miałam mniej niż trzy i pół roku, bo w takim wieku wyjechaliśmy już z Ostrowca.

Niedługo potem przyswajałam sobie  kolejne   kategorie czasu.
  
     Mama wychodząc do sąsiadki z naprzeciwka, powiedziała, że wróci za chwilę, ale nie było jej długo i dla mnie – pewnie cztero, pięcioletniej – wydawało się to strasznie długo. A mogło być minut kilkanaście. Następnym razem, gdy wychodziła dokładnie wypytałam, jak długo będzie u sąsiadki? Obiecała za moment wrócić. I wróciła zaraz. Może nawet sąsiadki nie było, a może, widząc mój niepokój, nie przeciągała pobytu. Ale ja zrozumiałam, że moment jest krótszy niż chwila.

  
     Kiedy poszłam do szkoły, czas przedstawił mi się jeszcze w innej postaci. Nie mogłam się nigdy wygrzebać do szkoły. Mama przygotowywała mnie wcześnie, a wszystko sprzęgało się przeciw wyjściu w odpowiedniej chwili i zbiegałam nasze sześć schodów po dwa lub trzy, a potem całą drogę  pędem. Ale i tak się  często spóźniałam. Tak mi zostało do matury i później.


Teraz wiem, że  niektórzy ludzie już inaczej nie mogą i będą spóźnialskimi. Pamiętam: spoglądałam na zegar, jest 20 po siódmej. Mam czas, jem śniadanie, jeszcze coś dokładam do teczki, jak później po latach do torebki, jeszcze coś zapomniałam, szukam i… ciągle wydaje mi się, że wciąż jest 20 po siódmej.. Spoglądam znowu na zegar i  wybiegam w pośpiechu spóźniona.

Winne było temu złudzenie, że gdy się nie patrzy na zegar, to czas stoi na ostatnio widzianej godzinie.

     Chyba nie tylko mnie  się to zdarza. Dlatego  wpadam w popłoch, gdy muszę gdzieś iść lub coś zrobić na określoną godzinę. A przyjść za wcześnie – po co?


    Przecież przychodząc za wcześnie traci się z życia cenne minuty, pracuje się niepotrzebnie dłużej, albo człowiek niepotrzebnie nudzi się gdzieś w poczekalni. O sytuacjach, gdzie nie wolno się spóźnić, bo bez nas  odleci samolot, nie wpuszczą nas do sali koncertowej, nie mówię,  gdyż podobne sytuacje wymuszonej punktualności są straszne.

  
     Ale później ze spóźniania zrobiłam zaletę i zawsze, gdzie tylko mogę się spóźniam. Czasem na tym tracę, ale ile zyskuję cennych minut, urastających w godziny i po latach w tygodnie. Tak mi się zdaje. A może to też moje złudzenie.

 
     Pamiętam pewnego starszego pana, naszego wykładowcę na studiach, który otwierał drzwi i wchodził równo z wybiciem zegara. Bardzo go szanowaliśmy, oczywiście nie tylko za to, ale za ogromną wiedzę, szerokie horyzonty, kulturę i niezwykłą osobowość. Był stryjem jednego z kandydatów na prezydenta, ale już wtedy nie żył, a kandydat też ciekawa postać, ale wycofał się przed finałem wyborów. I ten starszy pan, żeby nacisnąć klamkę sali wykładowej o właściwej godzinie i minucie, czekał kilka minut pod drzwiami, patrząc na zegarek. Imponował mi tym, ale uznałam, że niepotrzebnie traci tak czas. Kiedy później  miałam już swoje miejsce, jako jedna z kilku osób, w pokoju asystentów, ten pan przychodził tam jakąś godzinę przed rozpoczęciem swojego wykładu i rozmawiał  z nami, przechadzając się i przystając przed rozmówcą. Byłam odrobinę onieśmielona, bo zawsze traktowałam go, jako zasłużonego wykładowcę, a on przekazał mi wiele mądrych spostrzeżeń. Choćby to, że nie warto robić takiej kariery naukowej, gdzie przeczyta się dziesięć książek i pisze z nich jedenastą. Potem, na kilka minut przed czasem rozpoczęcia wykładu wyruszał pod drzwi sali, gdzie czekali studenci i w dokładnym momencie wyciągał dłoń do klamki.

 
     Ale to ktoś inny podsumował koleżankę, która wiecznie   wszystkim opowiadała z cierpiętniczą miną, że już wstając jest niewyspana. Ja wreszcie zdziwiłam się, czemu zatem nie pośpi z   godzinę dłużej? A ten pan wyjaśnił, że ona nie zrobi tak, bo jeszcze by o tę godzinę opóźniła  swój doktorat. Ujął to celnie, a ja znowu miałam  temat do rozważań nad rolą pośpiechu w życiu i czy naprawdę każda minuta musi być poświęcona karierze, w tym wypadku – naukowej. Nie, to nie było dla osoby  mającej  wobec czasu stosunek dość  swobodny. Wtedy  mówiłam: artystyczny.

  
   Ale szybko poznałam jeszcze jedną kategorię czasu – czas kobiet, a właściwie jego brak, a zarazem rozciągliwość i w końcu zatrzymywalność, nawet zawracalność. .

 
   Kończąc studia zsumowałam razu jednego wszelkie zalecenia dla kobiety, typu: każdego dnia co najmniej pięć minut szczotkuj włosy,  gimnastykuj się przez kwadrans… Panowie, narzekający na obowiązek codziennego golenia, pojęcia nie mają ile takich konieczności musi wypełniać co dzień kobieta, żeby wyglądać ładnie, czyli tylko tak, jak trzeba. Jak podliczyłam minuty niezbędne na: mycie, czesanie, gimnastykę, ubieranie, i te katastrofy w postaci lecącego w pończosze oczka, to wyszło mi, że zdążę ze wszystkim, ale na żadną pracę zawodową nie znajdę ani chwili. Ani na dzieci czy dom.

 
     Oczywiście niedługo potem miałam męża, dom, jedno dziecko, drugie, i pracowałam.  Nieraz ponad wymiar jednego etatu. I jakoś udawało się to pogodzić. Oczywiście z trudem, ale dzieci głodne nie chodziły, a jeszcze piekłam na każdą niedzielę placek. Brak czasu zmieniał się  na czas  rozciągliwy. Jakim sposobem? Ano za pomocą: coś za coś, lub robienie  niejednej rzeczy po łebkach, choćby przy myciu okien.  Mężczyźni takich sztuczek nie znają.


      Tylko szefowe nie dawały się na to nabrać i dokuczały, że   dziecko za często choruje i mama przesadza z częstymi L-4, a to przecież nie poczta, gdzie można zamknąć okienko i  spokój.  Ba,  gdyby tak jeszcze ta wiedźma wiedziała, ze mama, w wolnej chwili czyta pod biurkiem powieść. Potem bierze delegację, żeby podczas jazdy pociągiem dokończyć: „Józefa i jego braci”, bo dostała to w bibliotece tylko na tydzień.


      A w szkole nauczycielka wynajdywała  coraz to nowsze powody, by okazywać niezadowolenie rodzicom,  przychodzącym pokornie na wywiadówkę. Rodzice – nudziła, przekrzywiając głowę – za mało poświęcają dzieciom czasu. Nie pilnują ich odrabiania lekcji. Za mało z nimi rozmawiają… No tak, wszystko z powodu braku czasu.

 
     Nawet w ostatnich latach,  wielu już latach, przy większości rozmów zwyczajnych ludzi o książce, pada w następnym zdaniu określenie: brak czasu. Czytamy mniej niż byśmy chcieli, nawet za mało, albo wcale, bo brakuje nam czasu.

 
    Tak, czas okazuje się tym, czego zwykle nam brakuje. Bo chyba nie pieniądze. Tu często wypada się pokazać od strony ich posiadania, nawet nadmiaru. „Zobacz, jaki mam samochód, a wiesz, gdzie jadę na wakacje…”  Czy wielu szpanuje ilością książek, jakie na miesiąc czyta, i ich jakością? Czy skleci ze dwa zdania o ich wartości artystycznej? Może by niejeden chciał, ale kogo to zainteresuje?


`   W końcu  przychodzi moment, że czas poszedł sobie już za daleko i należałoby go zatrzymać. Nawet zawrócić, by znowu być młodym i pięknym. Ale o tym: sza, bo panie się do tego nie przyznają. I dziś, nawet, gdy to wszystko trochę o mnie, a bardziej o  innych, kończę na tym.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko