Krzysztof Lubczyński: Literatura jako czyn bezzasadny

0
116

 

Krzysztof Lubczyński


Literatura jako czyn bezzasadny


Lekturę tej książki odradzam na wstępie tym, którzy w literaturze szukają jedynie fabuły czyli tzw. „treści”. Tym, dla których tekst to tylko rusztowanie służące temu – że użyję kolokwialnego zwrotu – „o czym jest ta książka”.  Byłby to bowiem dla nich czas stracony, choć po prawdzie najprawdopodobniej nie przebrnęli by nawet przez kilka pierwszych stron. Nie znieśliby bowiem literatury jako owocu czynu bezzasadnego, „acte gratuit” (patrz: czyn Lafcadia Wluiki w „Lochach Watykanu” Andre Gide’a).

„Roland Barthes” Rolanda Barthesa sytuuje się na tym piętrze literatury, na którym nie służy ona niczemu i nikomu poza samą literaturą. Czyli kiedy jest literaturą „samą w sobie” i „samą dla siebie”, a nie narzędziem służącym „czemuś”, czemukolwiek: rozrywce, wiedzy, ideologii etc.

Roland Barthes (1915-1980), francuski guru strukturalizmu i poststrukturalizmu oraz semiologii, pisarz, krytyk literacki, twórca „Mitologii”, „Imperium znaków”, „Przyjemności tekstu”, „Fragmentów dyskursu miłosnego”. Napisał też rzecz, którą zatytułował swoim imieniem i nazwiskiem – jako „Roland Barthes”. Rzecz skonstruowana jest w formie, którą można określić chyba najtrafniej jako słownik, choć raczej w „pickwickowskim” niż literalnym znaczeniu tego pojęcia. Pod hasłami owego słownika (alfabetycznie ułożonego wszakże według haseł francuskich, a nie polskich) zawarte się myśli Barthesa na temat najrozmaitszych zagadnień. W tej rozmaitości mają one jednak oś przewodnią: są nią dyskusje Barthesa z tzw. „doksą”, czyli utartymi przekonaniami, szablonowymi „prawdami”, nawykowymi opiniami, „stereotypami, pułapkami, „maskami i przemocą’.  Barthes, siebie samego krytykujący jako użytkownika owej „doksy”, przeciwstawia jej, kontrastowo – paradoks, jako casus myślenia nieszablonowego, „niedoksalnego”. Ta opozycja jednak mu nie wystarcza, więc poszukuje trzeciego rozwiązania czyli „trzeciego członu”. Znajduje go w ciele i związaną z nim przyjemnością życia. Samo to zresztą jest paradoksem (a może „doksą”?) w wykonaniu pisarza, który „TEKST” uczynił centrum swej egzystencji.

Rolanda Barthesa alias „Rolanda Barthesa” należy czytać wolno, bez konieczności odczytywania haseł według kolejności wyznaczonej przez alfabet, bez zachowywania jakiejkolwiek normatywnej kolejności, bez jakiegokolwiek apriorycznego nastawienia czy uprzedzenia. Należy je czytać takim sposobem, jakim czyta się słowniki, aforyzmy czy – choćby – ewangelie – wybierając jeden passus, czytając go powoli, tak powoli jak krowa przeżuwa trawę i przemyśliwując nad nim. Tylko z takiej lektury można wynieść pożytek. Przelatywanie Barthesa jak artykułu prasowego czy powieściowego romansu nie ma sensu. Haseł są dziesiątki. Poprzedza je opis dziecinnego ( w znaczeniu: miasta dzieciństwa) Bayonne i pakiet starych fotografii a potem następują hasła: mątwa i atrament, wielomowność, ziemia obiecana, zły obiekt, łydka tancerki, przenikliwość, małżeństwo, scena gra, pastisz, lubię-nie lubię, lingwistyczne alegorie, mańkut i dziesiątki innych. Krąg przemyśleń dorsalnych, paradoksalnych i cielesnych Barthesa jest nieograniczony…


Roland Barthes – „Roland Barthes”, przekład Tomasz Swoboda, Wyd. Słowo-Obraz-Terytoria, Gdańsk 2011

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko