Janusz Termer: Podróże dalekie i bliskie

0
163

 

 

Janusz Termer

 

 

 

Podróże dalekie i bliskie

 

 

   Wędrowanie, podróżowanie, peregrynowanie, czy jak by tam nie nazywać przemieszczania się w przestrzeni w jakimś celu (albo i bez celu), jest to jedna z tych naturalnych czynności, stanów i potrzeb ludzkich, które są tak stare jak… sam człowiek. Nie zanikły ona nawet wówczas, gdy z koczowniczego, wędrownego i pasterskiego trybu życia przeszliśmy do rolniczego, czyli osiadłego. Bo choć powoli traciła na znaczeniu konieczność wędrowania dla zdobywania pożywienia czy pozyskiwania – per fas et nefas – nowych terenów łowieckich, pozostała jednak w każdym z przedstawicieli naszego gatunku ta niezbywalnie dojmująca poznawcza ciekawość świata, spotkania i zmierzenia się z tym, co to istnieje sobie gdzieś tam za naszymi domowymi czy granicznymi opłotkami…

 

         Stąd w Europie zachodniej narodziły się w średniowieczu rozbudowane ogromnie, pątnicze religijne szlaki peregrynacyjne do “miejsc świętych” (patrz księcia Radziwiłła zwanego Sierotką Peregrynacja albo pielgrzymowanie do Ziemie Świętej). Stąd wyprawy lądowe i morskie oraz wspaniałe odkrycia geograficzne, stąd też i okrutne wojny. Stąd też, gdzieś tak na przełomie XVIII i XIX (za sprawą m. in. Jana Jakuba Rousseau jako autora Rozważań samotnego wędrowca czy Stendhala i jego Wędrówek włoskich), narodziło się coś, co dziś nazywamy turystyką, czyli swoistym rodzajem bezinteresownej podróży do pięknych miejsc, krajobrazów, miast, zabytków historycznych i innych tzw. “pamiątek przeszłości”. Był to początkowo atrybut stylu życia (i potrzeba duchowa) romantycznych artystów, poetów, arystokratów czy uczonych historyków. Potem dołączyli zamożni spadkobiercy twórców pierwszych wielkich finansowych fortun powstałych na bazie masowej kapitalistycznej produkcji dóbr wszelkiego rodzaju. Potem wiadomo – wraz z rozwojem taniej komunikacji (kolej żelazna) do tego grona dołączały inne, aspirujące do wyższego poziomu statusu społecznego, jednostki i całe warstwy społeczne, głównie tzw. klasa średnia i inteligencja – przerodziło się to wszystko, gdzieś tak od drugiej połowy XX wieku, w ruch tak masowy, że aż mówi się o wielkim i różnorodnym “przemyśle turystycznym”. Masowy ruch na szlakach podróżniczych powoduje, że wędrowanie dla estetycznej czy poznawczej przyjemności, a nawet nawet prostego wypoczynku, staje się obecnie wręcz czymś koszmarnie uciążliwym i antyestetycznym (zajrzyjcie np. na zapchany do granic wytrzymałości plac katedralny we Florencji, nawet poza sezonem). A staje się też, co gorsza, dla wielu biednych krajów południowych – o paradoksie – nawet czymś niemoralnie szkodliwym, bo przynoszącym więcej strat niż profitów mieszkańcom wielu tych turystycznych “rajów”, gdzie cały niemal zysk z tego trafia do kieszeni biur obrotnych turystycznych oraz nielicznych tubylców, pogłębiając kompleksy i frustrację większości mieszkańców!

 

      Piszę to na marginesie książki prowokującej do tego typu rozmyślań ogólniejszej natury. Książki interesującej swoją zawartością, a także samą edytorską i graficzną szatą (w tym także znakomite oryginalne, autorskie zdjęcia!), To książka Macieja Andrzeja Zarębskiego Okiem globtrotera – śladami ludzi i historii. Jej autor jest lekarzem z zawodu i regionalistą z wyboru i upodobania, fotografikiem, redaktorem i wydawcą (obecnie prezesuje Świętokrzyskiemu Towarzystwu Regionalnemu). Wiele podróżuje po świecie od 1975 r., a w latach 80. przez kilka lat pracował jako lekarz w Libii. Odwiedził potem niezły kawałek świata: kilka krajów arabskich (poza Libią, Egipt i Algieria), Amerykę Północną (USA, Kanada), Meksyk, Australię i Nową Zelandię, Włochy, Portugalię, Angli, Danię czy Niemcy… I jak na prawdziwego regionalistę przystało połknął bakcyla… dalekich podróży. W słusznym skądinąd przekonaniu (podzielał je już Henryk Sienkiewicz), że z oddali lepiej widać najważniejsze sprawy polskie oraz własnej “małej ojczyzny”.

 

      Maciej A. Zarębski jest autorem licznych publikacji społeczno-publicystycznych, w tym ciekawej, dokumentalnej rzeczy o losach Adama Bienia – Ostatni z szesnastu (1999). A w interesującym nas “temacie globtroterskim” jest autorem wielu książek podróżniczo-reportażowych, m. in. Od dżumy do dżumy (1994), Dotknięcie Ameryki (2006), Kierunek Alaska (2010). Teraz oto ukazuje się jego Okiem globtrotera, publikacja ważna już choćby przez to, że zawierająca obok nowych także zebrane i wyselekcjonowane przez autora z poprzednich książek teksty, zapiski z podróży i dokumentujące je zdjęcia; a przez to, jak sam trafnie zauważa, “ukazujące świat, w którym szczególne piętno odcisnęła historia i pojedynczy człowiek”. To bowiem go najwięcej w tych podróżach “kręci”. A i nas czytelników nie pozostawia obojętnymi.

 

           I mimo, że autor porusza się raczej utartymi szlakami turystycznymi i nie zamierza odkrywać nowych lądów (gdzież zresztą one dziś?), podróżuje raczej wygodnymi środkami lokomocji i nie mieszka pod gołym niebem (ani nawet pod namiotem), a jego relacje oparte są znanych (dobrych na szczęście) przewodnikach turystycznych i literackich relacjach, a on sam gładko przechodzi od opisów grobowców faraonów do np. opisów śladów Jacka Londona w Dawson City, a z Parku Yellowstone przerzuca się jednym susem – w przestrzeni i w czasie – do schulzowskiego Drohobycza czy Kiejdan, to przecież w niczym nie przeszkadza, że odbiera się te jego relacje z zainteresowaniem, i z pożytkiem, i z czytelniczym ukontentowaniem…

 

      Bo po pierwsze: Maciej Zarębski nigdy nie jest gołosłowny, nie ufa relacjom innych, wszystko musi zobaczyć sam, wszystkiego dotknąć i doświadczyć, wszystko sfotografować… I po drugie – chyba najważniejsze – autor Globtrotera jest w tym co pisze, jak się to kiedyś mówiło, szczególnie uczulony, w dobrym tych słów znaczeniu, i wprost “chory na Polskę”: wszystkiego nie tylko musi dotknąć, ale i wszystko “przymierzyć” do własnych polskich doświadczeń, ba, odnieść pośrednio lub bezpośrednio do swojej regionalnej “małej ojczyzny”. Wszędzie też znajdzie “polski ślad” (no, może nie w grobowcach faraonów, ale już na kairskim suku, to i owszem), w którym – w jego relacjach – odbija się zawsze kawałek polskiej niełatwej historii, mało dziś niekiedy znanej (młodszemu pokoleniu, zwłaszcza młodzieży szkolnej). Zawsze też penetruje miejscowe poletko gorzkich polskich losów emigracyjnych (od Kościuszki w Solurze i Paderewskiego w Ameryce), wytrwale tropi ślady i odpryski (nie zawsze pozytywne), tej dawniejszej i obecnej specyficznie polskiej obyczajowości i mentalności… I po trzecie: książka ta jest jak się rzekło ładnie wydana i w sam raz pasująca także w okresie świątecznym jako lektura pod przysłowiową choinkę…

         Znalazł bowiem Maciej A. Zarębski w tym swoim reporterskim zacięciu własną i ciekawą niszę gatunkową. O co wcale nie tak łatwo na tym bogatym, różnorodnym i trudnym rynku owego “reportażowego piśmiennictwa podróżniczo-turystycznego”, gdzie funkcjonują obok siebie teksty ulotne w swej gazetowej doraźnej tendencyjności z utworami o najwyższych walorach literackich i poznawczych (jak książki nieodżałowanej pamięci Ryszarda Kapuścińskiego). Pomiędzy tymi skrajnościami lokują się liczne ciekawe gatunkowo i czytelniczo “nisze”, jak ta tworzona u nas przez takich ludzi jak niegdyś choćby Arkady Fiedler, Wacław Korabiewicz, Melchior Wańkowicz, Centkiewiczowie, Stanisław Szwarc-Bronikowski, Olgierd Budrewicz, Lucjan Wolanowski i wielu, wielu innych ich kontynuatorów współczesnych, nadal spisujących swoje wrażenia z podróży dalekich i bliskich. Do ich grona dołączyć można również Macieja A. Zarębskiego.

 

   ————————————————————-

Maciej Andrzej Zarębski: „Okiem globtrotera – śladami ludzi i historii” ; Świętokrzyskie Towarzystwo Regionalne, Zagnańsk 2011, s. 126.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko