Krystyna Habrat: Czas Bożego Narodzenia

0
280

Krystyna Habrat

 

Czas Bożego Narodzenia


Filip Wrocławski     Zbierałam się już do pieczenia piernika na święta. Najpierw należy upalić w rondelku pół szklanki cukru na karmel. Pachnie potem tym karmelem w całym mieszkaniu i na korytarzu, i zaraz cynamonem, goździkami… A jak smakuje sam piernik pełen bakalii i aromatów! Warto się zatem trochę potrudzić.

      Jeszcze piłam kawę dla nabrania sił do tej roboty, gdy zadzwonił telefon. Naczelny, pan Bohdan, spytał, czy szykuję jakiś felieton do numeru świątecznego? To mnie zaskoczyło i zarazem ucieszyło. Nie przypuszczałam, że zarzucając ostatnio redakcję moimi emocjonalnymi tekścikami, które sama nazywałam buńczucznie felietonami, nie tylko jestem tolerowana, ale nawet … no, było, nie było, widać potrzebna na tym forum. Tym bardziej, że własnie dziś otrzymałam aż dwie przesyłki z książkami, jedna za konkurs na innym portalu pisarskim, a druga, z dwoma książkami, autorstwa pana, który czytuje moje felietony. Obie pięknie wydane. Będę teraz musiała zmobilizować kogoś, komu pożyczyłam moją książkę, jaką sama napisałam, a nawet tą czwartą, żebym miała co posłać w rewanżu. A potem rozkoszne przesiadywanie z książkami pod choinką. Jakże się na to cieszę!!

     Takie wzajemnie życzliwe gesty jakoś wiążą się z nadchodzącymi świętami, kiedy wszyscy (jeśli nie wszyscy to o tamtych na razie nie myślę) chcemy przekazać innym – może też wszystkim – to co mamy najlepszego: nasze dobre, życzliwe serce, co czasem ma formę paczuszki pod choinkę, albo życzeń przy łamaniu się opłatkiem czy wspólnym wyśpiewywaniem radosnych kolęd.

     Przyjemne to. Jak rozkosznie miły sam czas Bożego Narodzenia. Nawet nieważne, czy ktoś wierzy czy nie w tę dziecinę urodzoną w żłóbku pod betlejemską gwiazdą. Dobra płynącego stamtąd starczy dla wszystkich. Dzieciątko, jak najczęściej pokazują to szopki, otwiera swe rączki szeroko do wszystkich. I płynie stamtąd jasność i ciepło. Na uśmiechniętą Maryję w niebieskim płaszczu i opartego na kiju świętego Józefa. Na pasterzy, którzy przybieżeli ze swymi owieczkami i barankami pokłonić się Nowonarodzonemu. I dalej na trzech króli i nas wszystkich.

     Znowu piszę” wszystkich”, bo trudno mi uwierzyć, że ktoś się w tych dniach nie cieszy, mimo, że sama kilka dni wcześniej opublikowałam na Portalu Pisarskim tekst „Boże Narodzenie smutnych ludzi”. Jest to fragment mojej wydanej już powieści „Uciec przed drapieżnymi wskazówkami zegara”, gdzie świeżo owdowiała bohaterka jedzie z dziećmi do teściów na pierwsze święta bez męża. Tam w tradycyjnych gestach, słowach, potrawach, odnajduje trochę pocieszenia. Widząc, jak dzieciom śmieją się oczy do pieczonej kaczki czy indyka (niestety własnych tekstów dokładnie nie pamiętam) zaczyna planować, że po powrocie do domu upiecze im zaraz to samo. Potem życie toczy się dalej.

     A więc nie dla wszystkich te święta zawsze bywają radosne. Nawet napisały do mnie dwie osoby, ze nie będą się cieszyć, bo zmęczone, samotne. Nie wiem też, jaki smak mają te święta dla mojej bliskiej koleżanki, która kiedyś w Wigilię straciła w górach syna, a znowu drugiej w ten dzień – mąż zmarł na serce. Obie zawsze wspomnę sobie gdzieś w chwilach towarzyszących łamaniu się opłatkiem. Pewnie, choć kilka lat minęło, choć nie są same, trudno im w święta. Ale może jeszcze trudniej byłoby, gdyby tych radosnych świąt wcale nie było.

     Nie wyobrażam sobie życia bez świąt i to takich świąt. Rok się kończy, jesień coraz niżej obcina kolejne dni, oddając je mrokowi. Czasem między jedną nocą a drugą ledwo trochę szarej jasności, którą trudno nazwać prawdziwym dniem. Wiatr obdarł z drzew ostatnie liście. Tylko czarne gawrony, powiewając wielkimi skrzydłami, przysiadają całą chmarą na burej ziemi i coś tam rozrywają. Burej, bo jak teraz, jeszcze bez śniegu, który niczym biały obrus na stole powinien być już uroczyście do świąt rozścielony. Trochę pocieszenia niosą wprawdzie poranne i wieczorne różowe zorze, ale trwają tak krótko, ze schowani w domu, w cieple, rzadko je zauważymy.

     I nagle w tę całą ponurość wkraczają radosne, kolorowe, pełne wzajemnej życzliwości, święta Bożego Narodzenia.

     Zanim jeszcze przyjdą panuje czas uroczystego oczekiwania. Niewierzący mają wtedy kupowanie prezentów, ubieranie choinek, szykowanie specjalnych potraw świątecznych na Wigilię i święta, a wierzący mają to i jeszcze niezwykłe tradycje Adwentu, pasterkę, kolędy, szopkę…co jest tak piękne, że i mniej wierzący się od tego nie odżegnują i kolędy śpiewają wszyscy! I łamią się w Wigilie opłatkiem. To nas łączy.

Mój tato opowiadał nam – mnie i bratu – nieraz na dobranoc, jak to podczas adwentu skoro świt, jeszcze po ciemku, niemal głęboką nocą, wiejskie kobiety wędrowały do kościoła na adwentowe nabożeństwo – roraty. Grubo opatulone, skurczone z zimna, brnęły pośród głębokich śniegów, jedna za drugą. Przyświecały sobie świeczuszkami. Na rozległych polach jak okiem sięgnąć, zewsząd z wiosek ściągały do kościółka migotliwe światełka. „Roratki idą” – mówiło się o nich. I tak szły sobie w ciemnościach po białym śniegu. „O, i tam idą roratki!” – ucieszyła się jedna babina na widok światełek od lasu. Te zbliżały się   powoli. Zbliżały. Rosły. To oczy wilków!

     Może by kto się skrzywił, że nie powinien nas tato straszyć tak przed zaśnięciem, ale my to lubiliśmy. Brat zawsze prosił bajkę o beczkach, gdzie nocą w lesie napadnięta przez wilki staruszka chowa się pod beczkę. Jeśli ktoś nie zna, to kiedyś opowiem. Nam to było bliskie, bo zaraz za naszym oknem był wielki las sosnowy i nocą w jego czarnej ścianie wszystko wydawało się straszne. Ale stamtąd przychodziła do nas choinka.

     Na niej tato pierwszy zawieszał szklany czubek i jedną bańkę, czy bombkę, jaką on nazywał: świecidełko. My dzieci oraz tato ubieraliśmy choinkę, a mama w kuchni piekła ciasta i mięsa. W święta przychodzili goście, potem my do nich, albo na odwrót. Śpiewaliśmy razem kolędy przy suto zastawionym stole, patrząc w migocącą światłami świec choinkę, która rzucała drżące cienie na sufit. Ileż tradycji i rytuałów mają w      sobie te święta! I trwa to przez pokolenia.

Wszystko to kultywuję w moim domu. Zawsze piekę piernik według przepisu mamy. Najpierw trzeba upalić w rondelku cukru na karmel. Potem dodaje się miód. Mąkę, jajka i cukier uciera się w makutrze. Nie, ja już w mikserze, ale dodaję goździki, cynamon, kakao…

     Zmieniają się pokolenia, czasem wydaje się nam, że jesteśmy mądrzejsi niż nasi rodzice, dziadkowie, którzy nie znali internetu, komputera, a ich przodkowie – nawet telewizora. Ale pewne formy bycia, jak choćby tradycje świąteczne, trwają i czynią nasze życie piękniejszym. A przynajmniej łatwiejszym do zniesienia.

     Łączmy się więc we wzajemnej życzliwości przy wigilijnym opłatku. Tego wieczora wszyscy sobie życzymy wszystkiego najlepszego, a jak ktoś chce przepis na piernik, chętnie podam.

 

 

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko