Dariusz Zajączkowski: Klepanie kosy

0
375

 Dariusz Zajączkowski 

Klepanie kosy

Filip WrocławskiTak już jest, że pamięć odkłada w świadomości okruchy wybranych wspomnień, wyróżnionych przez umysł sobie tylko znanym kluczem. Prawdę mówiąc nie śledzę – i w chwili obecnej zamiaru takowego nie mam – wyników badań nad tym zagadnieniem, stąd też nie zastanawiam się, dlaczego jednym z ugruntowanych obrazów mojego dzieciństwa jest wczesny, lipcowy poranek wypełniony odgłosem klepania kosy. Rytmiczne, precyzyjne uderzenia młotka, dźwięczna odpowiedź żeleźca, przytulonego do metalowej babki i cierpliwość żwawego jeszcze Dziadka. Gdzieś echo tamtego momentu zakotwiło się we mnie, zakorzeniło na tyle mocno, że nie wyrugował go, nie wyparł wizgot współczesnych kosiarek, których noże, ewentualnie, ostrzy się elektrycznymi szlifierkami. Ewentualnie, gdyż niejednokrotnie łatwiej wymienić całe urządzenie, niż tracić czas na bezowocne próby jego demontażu, w wielu przypadkach nieprzewidzianego przez wytwórcę.

Priorytety producentów, oficjalnie do obrzydzenia altruistyczne, w rzeczywistości wyznaczają konstruktorom jeden, w swej istocie egoistyczny, cel: klienta należy wytresować do regularnego, cyklicznego odwiedzania firmowego stoiska w markecie, najlepiej na drugi dzień po zakończeniu gwarancji. Po cóż ma się zamęczać naprawami skoro, stosunkowo niewielkim kosztem i nikłym zaangażowaniem, odradza się właścicielem nowego, technicznie bardziej zaawansowanego modelu. A brak gotówki? Jakiż problem? Tuż obok, w kameralnie wytłumionej szklanej klatce, sympatyczna dziewczyna z szerokim uśmiechem, i tyleż głębokim dekoltem, podsuwa wypełnioną już umowę kredytową. Świetny produkt, zerowe oprocentowanie, zero wpłat, zero zabezpieczeń i żona wiedzieć nie musi… Wrzućmy do kosza jeszcze kilku gadżetów…

I czy tak trudno wygenerować globalny kryzys ekonomiczny?

Zapewne stanie się on w najbliższym czasie swoistą traumą dla bezstresowo i trochę egocentrycznie wychowanego pokolenia Y, zwłaszcza na tzw. Zachodzie. Zostawmy jednak ten temat na inny tekst, w innym czasie. Teraz zaglądam do wypełnionego po brzegi wózka, pchanego przez przedstawiciela homo sapiens (?), który bezrefleksyjnie pogłębił swe niewolnictwo kolejną pożyczką, krzepnąc i utwierdzając się tym samym w ewolucyjnej gałęzi gatunku, ukształtowanego niedzielnymi pielgrzymkami do świątyń konsumpcji i komercji, do przybytków o obcobrzmiących nazwach, wspartych takowym też kapitałem. Potrzebne produkty, i te, które wydają się mu potrzebne, zgarnia z półki bez zbytniego zastanowienia. Co najwyżej sprawdzi, czy opakowanie jest nienaruszone, ale nie interesuje się konkretnym egzemplarzem, jednakim w dziesiątkach, identycznym w swej masowej bezosobowości. Prawie wszystkie towary, trzaskane fabrycznie jedną sztancą, miarowo, monotonnie, wyciskane w plastiku, sztucznych masach, zgodnie z wzorcem, zawieszonym gdzieś w trzewiach wirtualnej rzeczywistości komputera, spływają z taśmy w szeregu. Potem wciskane w opakowania, jak w trumny, ciaśnieją na półkach.

A bezrefleksyjny bohater z hipermarketu? Nie łudźmy się, już dawno zatracił jakikolwiek (o ile w ogóle go posiadał) szacunek do wytworu ludzkich rąk. Bo niby skąd i od kogo miałby przejąć takie wzorce, skoro przedmioty, którymi się otacza same w sobie nie skrywają uczuć, nie chłoną trudu i cierpliwości twórcy. Zza łanu plastikowym identycznych, miernych egzemplarzy, napiętnowanych nijakością, uśpionych w bylejakości nie kryją się żadne wyższe wartości, nie wyziera spoza nich żywy, konkretny człowiek. Nie kwitną emocje, nie czuć oddechu i cierpliwości Dziadka uważnie, w skupieniu sposobiącego ostrze kosy. Masowa produkcja, wyciskana z tubek tysięcy fabryk i zakładów, zalewa nas płaskim, bezdusznym towarem, z założenia kierowanym do uprzedmiotowionego odbiorcy.

W rzeczywistości nie mam nic do marketów. Korzystam z nich, próbując zmniejszyć przerażenie napędzane szybkim wysychaniem zasobów portfela. Same w sobie, jak większość otaczającego nas świata, jako pojęcie, instytucja są raczej neutralne. To nasz sposób uprawiania użytkowania marketów chrzci je pejoratywnymi skojarzeniami. W konsekwencji zaczyna przerażać tworząca się tu kultura, kształtowana poprzez egzystencję wśród przedmiotów nienaprawialnych, poprzez życie w cyklu: kup, użyj, wyrzuć, to rodzi świadomość i postawy społeczeństwa marketów. Hunów współczesnej Europy? Jeśli tak, to tym razem hordy nie spływają z niezbadanych stepów i czeluści Azji a rodzą się w sercu zachodniej cywilizacji i wykwitają rozruchami, jak choćby na sierpniowych ulicach londyńskich dzielnic. I jasnym jest, iż problem tkwi głębiej, jest znacznie bardziej skomplikowany i nie wynika tylko z faktu, że rady nadzorcze globalnych sieci dawno zrównały bezimiennych nabywców z oferowanymi przez siebie towarami.

Centra handlowe, markety i większość sklepów dojrzewa do miana nagrobków, do cmentarzy „być”. I najprawdopodobniej to tu, w brzęku rozbijanych wystaw, szabrowanych elektronicznych gadżetów, grabieży markowych ciuchów nastąpi erupcja niezadowolenia odłamu baumanowskiego społeczeństwa przemiału w chwili, gdy kryzys zagrozi również „mieć”.

Pamięć sprawia, że wspomnienia zastygają, dając pokoleniu marketów złudne poczucie stabilności i trwałości, stają się korzeniami i budulcem tożsamości w masowej kulturze globalnych sieci handlowych. Może w tej sytuacji samo zakupienie kosy nie stanie się automatycznie swoistym podkreśleniem własnej osobowości na tle watahy konsumentów. Ale już własnoręczne wyklepanie żeleźca bezsprzecznie pozwoli bardziej niezależnie, oryginalnie spojrzeć na świat.

A w ostateczności kosę zawsze można osadzić na sztorc.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko