Z. Marek Piechocki: Kobiety Franciszka Liszta

0
474

 Z. Marek Piechocki

 

Kobiety Franciszka Liszta

Część I

 

Sądzę, że gdyby ktoś podjął się tematu i napisał książkę „Kobiety jego życia” byłby to dość opasły tom, a romantyczne przygody Casanovy straciłyby nieco ze swojego blasku. Przez całe swoje życie był adorowany przez słabą płeć, już to dla sławy genialnego artysty, jak i dla oryginalnej, nieco egzotycznej urody. Wysoki, szczupły, twarz blada, długie jasne włosy, przejmujące, magnetyczne oczy, które na kobietach szczególne wrażenie robiły. Nieliczne potrafiły się im oprzeć. Nawet kiedy był już siedemdziesięcioletnim człowiekiem, ciągle jednak przystojnym i wielkiego ducha, zakochała się w nim ulubiona zresztą uczennica, śliczna Lina Schmalhausen. I nie była to bynajmniej miłość platoniczna.

 

Po jego pierwszym pobycie i koncertach w Berlinie w „Abendzeitung” pisano: „fetowano go, śpiewano serenady, jakaś dama uklękła przed nim i prosiła, aby dał ucałować czubki swych palców; inna na sali koncertowej wzięła go publice w ramiona; jeszcze inna resztki herbaty z jego filiżanki przelała do flakonika ”. Na jednej ze stron jego biografii można przeczytać takie zdanie: „znajdował zawsze czas między jednym a drugim koncertem na komponowanie. Nawet przygody miłosne nie odciągały go od tej pracy”.

 

Nie znaczy to, że i on nie dostąpił goryczy odrzucenia, ale zdaje się raz tylko kiedy odmówiono mu zgody na poślubienie hrabianki Karoliny Saint Cricq, po którym to fakcie załamany pianista zamierzał zostać księdzem, od czego w końcu odwiodła go trzeźwo myśląca matka.

 

Sława wirtuoza fortepianu sprawiła, że do drzwi Franciszka Liszta, bo o nim tutaj mowa, ciągle pukali chcący zostać jego uczniami. Rekrutowali się najczęściej spośród arystokracji francuskiej, angielskiej, niderlandzkiej. Pamiętamy również o jego polskich uczniach, z nich, ulubionym Mistrza był Juliusz Zarębski – teraz nieco zapomniany wirtuoz fortepianu, prekursor gry na instrumentach o dwu klawiaturach i, gdyby nie przedwczesna śmierć, zapewne wielkości Fryderyka Chopina i równy mu sławą.

 

Owszem, większość uczniów stanowiły kobiety wywodzące się z tzw. wyższych sfer. W takich też obracał się pianista. Zachował się cytat, w którym rozbawiony Franciszek Liszt mówi do Fryderyka Chopina: „…no cóż mój drogi Fryderyku, skazani jesteśmy na hrabianki”. I zdaje się, że przyjaźń pomiędzy muzykami przez kobietę się skończyła. Przez hrabiankę, bo jakże inaczej. Otóż pewnego dnia Fryderyk Chopin w swoim mieszkaniu przy rue Anachoretes zastał Franciszka Liszta z kobietą w niedwuznacznej sytuacji. Bardziej od Liszta wrażliwy, przywiązujący do konwenansów towarzyskich większą miarę uznał że to nadużycie przyjaźni i zaufania. Chciałbym usłyszeć co sobie wtedy powiedzieli. A panią tą była hrabina Adela Laprunarede. Sam Fryderyk Chopin ze swoimi miłostkami ukrywał się i może dlatego tak niewiele o nich wiemy. Franciszek Liszt posyłał oczywiście Fryderykowi kwiaty i często w rozmowach dawał upust swojej dobrej opinii o koledze muzyku, jego kompozycjach, które grał z niedoścignioną biegłością – zwłaszcza etiudy, ale urazy do siebie nie zniwelował. Oczywiście nie wszyscy biografowie są zgodni co do tych faktów, prawdą jednak jest, że Liszt o Fryderyku pierwszą biografię napisał z bardzo przyjacielskiej pozycji – czy książka ta miała mieć jakiś ekspiacyjny charakter?

 

Ale, ale… wracajmy do kobiet. Jest rok 1834. W życie Franciszka Liszta wkracza kobieta, z którą – nazywając rzecz po imieniu – przeżyje w konkubinacie dziesięć lat, i która urodzi mu troje dzieci. To hrabina Maria d’Agoult.

 

 

 

Hrabina Maria d'AgoultMaria d’Agoult

Poznała „le petit Litz” tuż po opuszczeniu murów zakładu dla panienek Sacré Coeur – on, cudowne dziecko, ale już bywalec salonów artystycznych paryskiej arystokracji – ona, późniejsza hrabina d’Agoult – teraz szesnastoletnia panna, za którą uganiali się arystokratyczni epuzerzy, bo piękna i bogata. Urodziła się w sierpniu 1805 roku, a małżeństwo jej rodziców w dość niezwykłych okolicznościach doszło do skutku. Otóż jej przyszły ojciec, wicehrabia Flavigny, uchodząc przed rewolucją, schronił się we Frankfurcie nad Menem. Tutaj za niezgodne z prawem werbowanie żołnierzy został osadzony w więzieniu. Zakochana w nim bez pamięci córka niesłychanie bogatego bankiera Bethmanna dobrowolnie dzieliła celę więzienną z ukochanym. W końcu ojciec dziewczyny – piszę dziewczyny, choć była już wdową, ale miała zaledwie 18 lat – swoimi wpływami uwolnił oboje i wyraził zgodę na ślub. W 1809 roku państwo Flavigny powrócili do Francji. Hrabia Flavigny umarł, kiedy Maria miała trzynaście lat. W maju 1827 roku stanęła na ślubnym kobiercu. Jej mężem został hrabia d’Agoult, dwadzieścia lat od niej starszy pułkownik kawalerii, potomek rodziny o wielkich koneksjach. Małżeństwo raczej nie z miłości, którego owocem było troje dzieci. Chłopiec i dwie dziewczynki. Jedna z nich, Louison, umarła w 1834 roku, w czasie kiedy jej matka poznawała bliżej Liszta. Śmierć dziecka na jakiś czas powstrzymała rozkwit uczuć pomiędzy hrabiną a pianistą. Nie na długo jednak.

 

W roku 1834 Franciszek Liszt miał 23 lata. Był, podobnie jak Fryderyk Chopin ulubieńcem paryskich salonów. Obaj wzbudzali ogromne zainteresowanie, zarówno grą na fortepianie, kompozycjami a także urodą, obyciem. Liszt przecudnie grał utwory Chopina, ten zaś, oprócz wirtuozowskiej gry posiadał aktorski talent i niezwykłe umiejętności parodiowania sławnych tamtych czasów. Podczas wieczornych spotkań „na salonach” czy w kawiarniach Paryża bawili się wszyscy – panowie uzupełniali się znakomicie. Do pewnego czasu byli przyjaciółmi niezazdrosnymi o swoje sukcesy, wprawiali uczestników salonów w zachwyt, uwielbienie dla siebie. Tak było zapewne u markizy L.V. (nie wiem, dlaczego biograf ukrywa pod inicjałami tę panią). Miano śpiewać Webera – Liszt przepisywał nuty w pokoju obok salonu, w którym pomiędzy gośćmi hrabina Maria d’Agoult.

 

Liszt wraca z nutami: „Otworzyły się drzwi i oczy moje – napisała później – spoczęły na osobliwej zjawie. Używam określenia „zjawa”, gdyż inne słowo nie oddałoby dziwnego wrażenia, jakie na mnie wywarł” i dalej: „Wysoki i nad wyraz smukły, blady, z ogromnymi oczami koloru zielonej morskiej wody, w których nagle rozbłyskiwało światło, jak gdyby promień oświetlił fale, o cierpiącym, lecz władczym wyrazie twarzy, na której malowało się też roztargnienie i niepokój. Chód miał niepewny, raczej sunął niż kroczył, niczym mara, która każdej chwili może rozpłynąć się w ciemności”.

 

Muzyk stał się częstym gościem salonu Hrabiny. W tym samym czasie był również zaprzyjaźniony z George Sand, której książka pt. „Leon Leoni” drukowana była w odcinkach w „Revue des Deux Mondes”. To głośna powieść tej pisarki, sławiąca uwalnianie się z wszelkich więzów, zwycięstwie demona nad cnotą, obyczajami, prawem – to wszystko stać się miało wyrazem wolnej i prawdziwej miłości, nieokiełznanej żadnymi normami. Niedawny czas przesiadywania przez młodego Liszta w kościele skończył się, a skądinąd fałszywe ideały wydawały mu się prawdziwymi.

 

Jest rok 1835. Franciszek Liszt opuścił Paryż, udał się do Szwajcarii. Wkrótce podążyła za nim hrabina Maria d’Agoult. Dla złagodzenia szokującego zachowania córki towarzyszy jej matka. Ostrza skandalu nie dało się jednak stępić skutecznie. Na kilka lat bywanie Marii na salonach zostało znacznie ograniczone. Niektóre zamknięte.


Hrabia d’Agoult pogodził się z romansem żony, który trwać miał przez prawie dekadę. Nie wszczął żadnych kroków rozwodowych czy separacyjnych.

Dziesięć lat razem, ale kiedy Liszt zaproponował hrabinie małżeństwo, usłyszał od niej: „Hrabina d’Agoult nie zostanie nigdy panią Liszt!”. Tak czy inaczej została matką jego trojga dzieci: Blandyna urodziła się w 1835, Cosima w 1837, a syn Daniel w 1839 roku. Blandyna i Daniel pomarli dość młodo, tylko Cosima, najulubieńsze dziecko Franciszka, przeżyła ojca, przysparzając mu za życia sporo kłopotów (ale o jej niezwykle ciekawej biografii może innym razem). Wychowaniem dzieci zajmowała się, poza ich matką i guwernantkami, również matka Liszta, Anna. Biografowie podkreślają dbałość pianisty o finansowe potrzeby potomstwa i ich wykształcenie.

 

Mijały lata. Pianista Franciszek Liszt ciągle w rozjazdach, ciągle w trasach koncertowych. Owszem, najpierw najczęściej razem z Marią. Każde rozstanie okupione tęsknotą obojga, każde bolesne: tak m.in. z Paryża w marcu 1836 roku pisał do Genewy, gdzie Maria została: „…teraz należy chyba zostać tutaj jeszcze pięć czy sześć dni. Jakże mi się to wydaje okrutne! Nigdy się już nie rozstaniemy, prawda?”. I dalej: – „Pragnę tylko Ciebie, Ciebie, jedyna”. Wspólne wycieczki w góry, pobyty u George Sand w Nohant, razem we Włoszech – to rok 1839 – pięć miesięcy w Rzymie, gdzie Liszt „grywał w salonach arystokracji włoskiej i obcej”. Przebywali razem, czytali te same książki, oglądali te same widoki, zachwycali się arcydziełami sztuki, zwłaszcza podczas włoskich podróży. „Włoski album wędrowny” – to utwory zebrane pod tym tytułem, a skomponowane pod wpływem nastrojów wywołanych oglądaniem dzieł sztuki. Wynikiem wspólnej z Marią lektury Dantego, jest „Fantaisie quasi Sonata apre’s une lecture de Dante”.

 

W 1839 roku nastąpiło dłuższe rozstanie się pary. Liszt wyruszył na europejskie tournée. Ale już przed tym wyjazdem są sprzeczki, nieporozumienia. Hrabina uważała, że jest muzą Franciszka Liszta. Za taką też chciała uchodzić w oczach świata. Ale przecież drzwi salonów otwarte są tylko dla niego. Arystokracja długo nie chce zapomnieć zadanego jej afrontu. Bo mimo że wiele wśród niej nieformalnych związków, to przecież wciąż Liszt był tylko pianistą. Więc „nie ich”. To dopiero on przełamał stereotypy, bariery dzięki swoim umiejętnościom i zaczęto go traktować jak równego sobie, pozwalając siadać przy tym samym stole (podobnie było z Fryderykiem Chopinem). A przecież jeszcze nie tak dawno wielki Józef Haydn nosił liberię i jadał ze służbą. Cóż to, sama hrabina potrafiła o Liszcie powiedzieć: „…mimo francuskiej ogłady wciąż z niego wychodzi węgierski parobczak”.

 

Nie wiem tylko, czy pani hrabina zaistniałaby, gdyby nie jej romans z Franciszkiem Lisztem. Poeta, Ludwik de Ronchaud wspomina o sprzeczce, której był świadkiem. Dotyczyła roli muzy w życiu artysty. Stanął po stronie hrabiny, podając za przykład Dantego i Beatrycze – poeta słuchał jej słów jak objawienia. „Co tam Dante! Co Beatrycze! – wykrzyknął Liszt unosząc się. – To Dantowie stwarzają Beatrycze”.

 

Jesienią wyjechał. Wiedeń, Budapeszt, znowu Wiedeń. Zimą 1840 roku, też w Wiedniu, koncertuje jedna z najpiękniejszych kobiet tamtych czasów, córka znanego producenta fortepianów Maria Pleyel. Franciszek Liszt w zielonym fraku z błyszczącymi guzikami, w szarych spodniach wprowadza na estradę piękną koleżankę i pozostaje by własnoręcznie odwracać kartki nut…

 

 

 

Lato 1841 roku spędził Franciszek Liszt z dziećmi i ich matką hrabiną d’Agoult na przepięknej wysepce Nonnenwerth. Wokół niej Ren łagodnie rozlewa swoje wody, blisko jest do Kolonii, a uroku dodaje legenda, że to właśnie tutaj umarł z miłości Roland z Roneswaldu. W tamtych latach prowadzono remont katedry kolońskiej. Marnie to jednak szło, ponieważ fundusze były na wyczerpaniu. Liszt, jak zawsze skory do pomocy, ofiarował się z koncertem na ten cel. Honory i fetowanie, jakie mu kolońscy muzycy i mieszkańcy oddali – rzeczywiście bez mała królewskie – opisał, nie bez złośliwości, Fryderyk Chopin w liście do Juliusza Fontany. Na końcu relacji zaznaczył: „Będzie on jeszcze kiedyś deputowanym, może nawet królem w Abisynii albo Kongo”.

Na Nonnenwerth Liszt wraz z dziećmi i hrabiną będzie jeszcze w latach 1842 i 1843. I to był chyba czas, kiedy uczucia Franciszka do pani hrabiny poczęły maleć.

 

Późną jesienią 1841 roku wyruszył w tournée po Niemczech. Czczono i honorowano go wszędzie. Za jego kunszt, osobowość. Był gwiazdą. Nadawano mu ordery, rozpieszczano prezentami. Pisano dla niego wiersze i hymny pochwalne, kobiety rozrywały chusteczkę, którą mistrz upuścił. I przez te lata, do czasu poznania księżnej Karoliny Wittgenstein, wiele pięknych pań łączono z jego osobą. Charlotte von Hagn, Bettina von Armin (niegdyś korespondentka Goethego, teraz matka dwóch córek na wydaniu, więc pewnie dlatego tak często Liszta do siebie zapraszała), nieco później tancerka Lola Montez, w Rosji pani Sołncewa…

 

Romans pianisty z Lolą Montez stał się dość głośny i był szeroko komentowany.

Dosyć ucieszne są koleje tego związku, zwłaszcza z czasów, kiedy to Liszt chciał się kochanki pozbyć. Tak więc wyjeżdżał bez zapowiedzi o czasie wyjazdu nie podając dokąd wiedzie następny etap koncertowy – pani Montez swoimi sposobami zdobywała informacje i podążała za Franciszkiem. Ostatecznie, za którymś razem udało mu się ją przechytrzyć, zamknął pokój od zewnątrz, przepłacił obsługę hotelu, by nie otwierała i, zacierając ślady, umknął. A poznał tę andaluzyjską tancerkę w Dreźnie, gdzie koncertował. Później Lola Montez podbiła serce króla bawarskiego Ludwika I.

 

Tak czy inaczej był to czas kiedy hrabina d’Agoult postanowiła z Franciszkiem zerwać i trudno tutaj byłoby zawiłości rozstania opisywać. Dość powiedzieć, że po – na pewno bezpodstawnym – posądzeniu o romans z Georege Sand oznajmiła mu wyniośle, iż go porzuca. To jej słowa: „Zgadzałam się być twoją kochanką, ale nie jedną z kochanek”.

Córki umieszczono w wytwornym pensjonacie madame Bernard w Paryżu, syn pozostał na razie u babci Anny. Później umieszczono go w Lycée Bonaparte – jednym z najlepszych zakładów wychowawczych we Francji. Pani hrabina zajęła się prowadzeniem salonu literackiego. Sama zaczęła pisać. Jej na poły autobiograficzna powieść pt. „Nelida” nie przyniosła upragnionych wawrzynów, jednak kiedy napisała historię narodzin Republiki w Niderlandach 1581-1625, otrzymała nagrodę Francuskiej Akademii Nauk.

 

Jeszcze raz, ale nie ostatni, wraca na chwilę pierwsza miłość Franciszka. Po objeździe południowych departamentów Francji wyruszył do Hiszpanii. W pobliżu miasta Pau leżał majątek pana d’Artigaux, męża hrabianki Karoliny Saint Cricq, pierwszej wielkiej miłości Franciszka! Karolina przybyła na koncert, który dawał Liszt w Bordeaux. Biograf Liszta, Gollerich, zanotował między innymi: „uczucia ich, jak się przek`onali, przetrwały bez zmiany”.

Liszt skomponował wówczas wstrząsającą pieśń do słów Herwegha pt. „Moim pragnieniem jest umrzeć”. Potem jeszcze koncertowe podróże portugalskie. Po nich wraca na sale i salony Niemiec, Anglii. Romans z panią Marią Kalergis, chociaż zapewne nieskonsumowany, bo tak Fryderyk Chopin 24 grudnia 1845 roku do rodziny pisze: „Liszt także był u mnie, rozwodził się nad p. Kalergis, a po moich kwestiach widzę, że więcej mówili, jak co było”.

 

Uczucie Liszta zdobyła natomiast Maria Duplessis, słynna „Dama Kameliowa”. Romans ich nie trwał długo. Poznali się w listopadzie 1845 roku , a już w lutym następnego roku piękna kurtyzana poślubiła w Anglii hrabiego Edwarda Perregaux.

 

Na początku października 1846 roku po raz kolejny Franciszek Liszt wraca na Węgry, do kraju w którym się urodził. Z Budapesztu wyprawia się na węgierską pusztę, gdzie nocuje w obozach Cyganów, bywa na weselach (ach te druhny panny młodej!), ucztuje w karczmach ale także studiuje melodie tamtych stron. „Rapsodie węgierskie” – owoc tych wycieczek, dość chłodno przyjmowała ówczesna krytyka. Dzisiaj wielu pianistów ma je w swoim repertuarze.

 

Z Węgier blisko na Ukrainę. To tam z końcem zimy odbywają się słynne

Kontrakty Kijowskie . . .

c.d.n.

 

 

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko