Dariusz T. Lebioda prezentuje – Robert M. Giannetti

0
305

Dariusz Tomasz Lebioda


UNIWERSALNY BYT

O poezji Roberta M. Giannettiego


 

BURZE

Orkiestra kameralna gra utwór zatytułowany Burze,
inspirowany pożegnaniem Szekspira z teatrem,
z ostatnim romansem, z tragedią stającą się komedią.
Prawdziwa Miranda siedzi pośród publiczności kilka krzeseł dalej.
Patrząc na nią, ochoczo zagrałbym rolę Kalibana,
wyobrażając sobie jak łokciem odtrącam młodego Ferdynanda
stojącego u jej boku, roztaczam nad nią spłowiały płaszcz mej żądzy,
czując jak jej sutki twardnieją, biodra poruszają się w rytmie
pobudzonym przez muzyczne szmery, dramatyczne wizje cudu,
entuzjastyczną ekscytację wspaniałego nowego świata.
W swoim miłym, pyszałkowatym pląsie młodości
nie przykłada wagi do codziennego głodu, który mnie nawiedza.
Subtelnie oplata Ferdynanda bezpieczną, delikatną dłonią,
podekscytowana jak on zwiewnym kołysaniem się młodzieńczej fantazji,
fantazji, która ostatecznie okaże się smutnie cielesna,
gdy nadejdzie niewyobrażalny zmierzch czasu,
niweczący w ogniu jej niezaspokojone pragnienie.

Nie mogę już dłużej grać roli prostodusznego Ferdynanda.
Ale ta groteskowa, lubieżna rozpacz Kalibana?
To tylko rola w sam raz dla starca
patrzącego ciekawie na młodą dziewczynę?
To właśnie to, a może ojcowska rola Prospera, starego magika,
który wyczuwa brzmienie jej powabu,
i tworzy bezpieczny świat wokół niej,
a w tym czasie bezpłciowy Ariel, niefrasobliwy duch,
unoszący się nad dramatem,
wznosi się w niewidzialnym dźwięku z gliniastej ziemi,
pragnąc tylko uwolnić się, zanim magik
ostatecznie podda w wątpliwość całe jego rzemiosło –
sztukę, którą wielki glob odegrał i zakończył.

Występ dobiegł końca i teraz Miranda, jako Ewa, kroczy
ku wyjściu u boku Ferynanda, niewinnie naga duchem,
wychodzi z ram starej sztuki i jej muzycznej wariacji,
zostawiając za sobą moje speszone, nie ustające pożądanie.
Teraz będzie grała życiową rolę –
małżeństwo, dzieci, dojrzałość,
a czas zadrwi z jej drobnego ciała, które ja
ochoczo całowałbym i pieścił, błogosławiąc jej
smukłą młodość zanim zrozumie i przerazi się
tego czym ona wkrótce się stanie.

Harmonia muzyki, którą usłyszałem
wciąż trwa przy mnie gdy przechodzą obok,
niczym postaci starej pożegnalnej sztuki,
które raz jeszcze odnalazły iskierkę życia w sali koncertowej,
teraz zostało tylko puste miejsce, gdzie nie widzę  już słodkiej
Mirandy i mogę tylko pokłonić się modulacjom melancholii,
chorobliwym myślom pośród niknącego czasu –
magia która tak mocno trzymała i tuliła tę młodą
kobietę w moim lekceważonym spojrzeniu,
szybko zgasła w niematerialnym powietrzu,
przez które przewaliła się burza,
nie zostawiając po sobie
żadnej chmurki.

UTRATA

Chciałem dzisiaj zadzwonić i porozmawiać z nim
bo padał śnieg,
i chciałem mu powiedzieć,
będąc tak daleko, jak napadało
i jak białe draperie legły
na głównej ulicy – wszystko jak w
dziecinnej szklanej kuli, z pływającym drobinkami
roziskrzonymi jak gwiazdy
na szarzejącym niebie –
ale już nie ma go już
i jest nieosiągalny
w ciszy
która pochłania słowa
i wzdycha zadziwiona.

CIEMNOŚĆ I ŚWIATŁO

Zakleszczony między pragnieniem ucieczki
i hamowany chęcią powrotu
ku wspaniałej przeszłości –
niesiony przez piosenki usłyszane
trzydzieści lat temu,
pragnę znów poddać się
działaniu ślepej młodzieńczej odwagi
popychającej mnie w przyszłość
którą właśnie poznaję.
To co dobrze opanowałem, znowu
prowadzi mnie nie wiadomo dokąd.
Widziałem będąc ślepy, a teraz
moje oczy krótkowidza toczą
walkę ze światłem.
Dawno temu spojrzałem
w ciemność, i zastanawiałem się,
nad tym, co przeszło przeze mnie
w oślepiającemu świetle.
Nie mam dokąd pójść.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

WNĘTRZE

Bezbrzeżna pustka zajrzała mi
w twarz.
Czy to powinno przygnębiać?
Świat zawsze będzie się rządził
własnym rytmem,
odmieniając się w obliczu
człowieka niezauważającego
własnego odejścia.
Wszystko w końcu jest kwestią
nieuchwytnego czasu.
Więc wszystko sprowadza się do
tego co jest teraz
co przed nami,
o czym wiemy, że nie zdołamy
uchwycić tego w lustrze
świadomości.

Bez lustra
oczy nie zobaczą samych siebie.
Jako rasa, błąkamy się przez tysiąclecia
widząc się tylko czasem
w kałużach po deszczu,
stojąc na brzegu stawu czy morza
gotowi zanurzyć się szybko
z naszą wizją w miłości,
podejmujemy ryzyko by ją posiąść
albo ze smutkiem odwracamy się
by przemierzać dalej błędne szlaki
przecinające w poprzek lądy ziemi –

depcząc kości dawnych wędrowców,
pozostałości rozlicznych zwierząt,
siedliska obrócone w proch,
śmietniki zużytej materii
skrywającej ziemię wyżej i wyżej,
tocząc w gęstej ciemności
coraz cięższą kulę,
tego co wcześniej wirowało
w próżni bez lustra,
lub tego przed czym wzdragał się widz,
tak jak ja odwracam się od gryzmołów na tej stronie
nie mając nic więcej do powiedzenia.


TWORZENIE

Gdybym chciał namalować
bezmiar najciemniejszej nocy,
musiałbym szpachlą mozolnie
nakładać farbę na płótno.

By przydać światła gwieździe tu i tam
i przyjąć wyzwanie gęstej doskonałości absolutnego mroku,
musiałbym rozpryskiwać farbę z rozpylacza
i tak uzyskać abstrakcyjny wzór plam
ponad nieprzeniknioną pustką.


OBJAWIENIE

Jawnie i majestatycznie
unosząc głowę ponad skały,
przesuwa się wolno nad
cichymi mieliznami –
żmija

Nie skręcając w bok, widzi
mnie i zatrzymuje się
na kamieniu.

Mój wzrok zatacza łuk
ponad jej formą,
jakby rozwijała skrzydła,
o jaśniejszym odcieniu
między szarością a błękitem –
czapla
wzlatująca wysoko
ponad drzewa laurowe,
wyżej niż cienie,
aż do światła.

BEZDROŻE AMERYKI

Przegapiłeś to – zawracaj
przy następnym zjeździe.

Wracaj do świata stworzonego
w pierwszej połowie dwudziestego wieku.
długo konstruowanego
w umyśle twórcy,
nabierającego kształtu przez lata
pracy w jakimś ciemnym warsztacie –
piwnicy lub garażu,
w wizji wyrastającej z wystawy
modeli kolejowych ożywionej
mnóstwem innych małych struktur, budynków
i scen wzdłuż trakcji.

Co raz wprawione w ruch, trudne
do zatrzymania, zadowolenia, czy odpoczynku.
Jedna rzecz następuje po drugiej,
i projekt rozszerza się.
Przestrzeń z boku torów
między aleją drzew i
wodospadem schodzącym
w dolinę –
idealne miejsce na stacje benzynową
przy drodze wychodzącej z miasta.
Pusty odcinek na górze –
idealny dla pochyłych torów kolejowych.
A potem twórca, wyobraził sobie
za sprawą tej idyllicznej wioski
powrót do Starej Ojczyzny,
jakoś zrobił dla niej miejsce,
wypełniając i wpasowując ją,
formując historyczną pamięć
na scenie trochę poza skalą
z całą resztą, która przydarzyła się
w innych miejscach wzdłuż
różnych rozjazdów biegnącego szlaku.

Patrzymy teraz na
zaginiony ale trwający świat
przedstawiony na wystawie,
oświetlony lampami z góry, ale głównie
z mnóstwa małych budynków,
emitujących blask prześwitujący przez okna
z małych żarówek ukrytych wewnątrz.

Podziwiamy jak to dzień
przechodzi w noc i wraca znowu
wewnątrz hali wystawowej –
połyskując w ciemności
świat zobaczy jeszcze autostrady międzystanowe,
świat uśnie bez brzęczenia drogowego korka,
świat którego najjaśniejsze światła lśniły
w sercu miasta, w fabryce na poboczu,
podczas nocnej zmiany wiernej pracy
aż po  świt.  

W miarę jak znowu przybywa
z wysoka światła w hali,
wschód słońca odsłania mnóstwo
drzew w wyblakłych jesiennych barwach,
stare tkaniny z krosna twórcy
pragnącego przydać jaskrawego kontrastu
przyprószonemu zielenią dywanowi traw.

Przychodzimy tutaj i podziwiamy
to wszystko jak przed
sanktuarium –
odwiedzanego przez utrudzonych pielgrzymów,
urzeczonych i kontemplujących,
słuchających objawienia
doświadczonego za międzystanową autostradą.

Przegapiłeś to – wracaj
przy następnym zjeździe.

GŁÓD W MIEŚCIE

Wysiadając przy podjeździe z samochodu
poczułem powiew powietrza na twarzy
i usłyszałem trzepot skrzydeł.
Zobaczyłem, że to nie była tylko jedna para,
raczej może tuzin lub więcej.
Stanąłem w miejscu
jak oniemiały.
Chmara cedrowych jemiołuszek
pochłaniała jagody
z doniczkowego drzewka ostrokrzewu
stojącego przy schodach.
Zdane na siebie w walce o byt
wystraszyły się ale nie odleciały
czując moją bliskość – eksponowały
jaskrawy pasek na końcach ogonków,
zajęte wydziobywaniem jagód.

W końcu oddaliłem się
do domu, a gdy wchodziłem
po schodach połowa stada
zerwała się do lotu.
Druga połowa prawie
nie oderwała się od posiłku.
a wkrótce
zanim otworzyłem drzwi
te, które czmychnęły
zaczęły wracać, znów
zajęte na drzewku.

Ornitologiczne atlasy określają je
jako towarzyskie, żywiące się jagodami
w stadach, pośród otwartych przestrzeni.
Nic nie wspominają o ich występowaniu
W gęsto zaludnionych terenach
gdzie rzadko widzi się nienaruszony
zapas jagód.
Jakoś jednak znalazły
doniczkowy ostrokrzew
pośród domostwa z cegieł i betonu.
Przyjęły dar jagód
tak jak ja posiadłem dar
ich obecności.
Przy nieustannym poruszeniu
powietrza i śpiewie, ptaki
niebawem opuściły doniczkowe drzewo
ogołocone z jagód.  
W przestworze wielkiego
i bezbrzeżnego nieba
rozkosz spożywania pojawiła się
i znikła.

KOLIBRY

Para kolibrów przybliżyła się
do odnowionych ścian chaty
lśniących przed nimi
niczym świątynia.
Unosiły się w zachwycie.
Czy to za sprawą barwy, czy oparów,
Głębszych, o tajemnym
uroku, jakże świeżych na ścianach?

Blada zieleń przyciągnęła je ku farbie,
ale co kolibry
wiedziały o tym dniu?
Dotarły aż tutaj
bijąc skrzydłami
tysiące razy
w rozkoszy,
delektując się słodkim zapachem,
kierując  dzioby
ku lepkim plamom,
drobne ciałka lśniące
w mgiełce skrzydeł.

Tak wielbiąc ściany, zachwyciły
się pozornością przeistoczenia,
już więcej o nim wiedząc.
Ich dzioby przywarłyby do ścian
gdyby dotknęły
niebieskiej farby.
Ale po namyśle
nagle odleciały
i zniknęły.

KAPLICA W LESIE

Nieoczekiwanie
ścieżka  prowadząca przez las
ukazuje
ciepłe cienie na ścianach
pobliskiej drewnianej konstrukcji –
jakże różnej od zimnych kamieni
i szpiczastych wież
bazylik i katedr.

Pośród pór roku
od lekko postępującej wiosny
przez napór lata
i powolną kapitulację jesieni
aż do czekania na światło zimą,
niska dzwonnica przykuwa
uwagę stojących drzew,
wzmagając ich czujność.

Portale kaplicy zapraszają by wejść
do tego schronienia
uformowanego ze świeżej ziemi,
kuszą też drewniane ławki,
tak różne od zimnych tablic
na których leżą martwe kukły
gapiące się niemiłosiernie
ze szczytu grobów
w gotyckich grotach,
nie zważając na powab
pór roku.


Z języka angielskiego przeł. Dariusz T. Lebioda

 


 


Dariusz Tomasz Lebioda


UNIWERSALNY BYT

O poezji Roberta M. Giannettiego


Poezja amerykańska w dwóch ostatnich stuleciach zapisała wspaniałe karty literatury światowej, a tacy autorzy jak Emerson, Whitman, Sandburg, Poe czy Masters trwale zaistnieli w dziejach rozwoju gatunków lirycznych, sposobów obrazowania świata i modyfikowania rzeczywistości w wyobraźni, w wierszu, w wielu integralnie wykreowanych przestrzeniach. Także następne pokolenia, reprezentowane między innymi przez Kunitza, Sterna, Ginsberga, Levina i Collinsa wzbogaciły znacznie skarbiec poezji światowej, wyznaczając jej kierunki, proponując nowe rozwiązania i inicjując fascynujące szlaki. Ale w przeogromnym kraju, leżącym pomiędzy Atlantykiem i Pacyfikiem, wskazać można jeszcze wielu zdumiewających poetów, którzy w swoich ciekawych życiorysach dotarli do miejsca, w którym poczuli potrzebę zapisywania swych myśli, tworzenia wierszy, poematów i publikowania ich w osobnych książkach. Wywodzą się oni z kontrastowych grup społecznych, urodzeni w różnych dziesięcioleciach dwudziestego wieku, uprawiają skrajnie odmienne zawody, od śmieciarza, po policjanta, od sanitariusza po chirurga, od bezdomnego po biznesmana z Wall Street. Lektura ogromnych tomów biograficznych, prezentujących sylwetki amerykańskich twórców dostarcza nieustannych zaskoczeń. Kierując się takimi wskazaniami, czytając periodyki i antologie, znaleźć można prawdziwe perły poetyckie, które każą szukać książek danego autora, innych jego tekstów i propozycji literackich. Niewątpliwie takim zjawiskowym odkryciem jest twórczość Roberta M. Giannettiego, który w swoim życiu był oficerem amerykańskiej armii, nauczycielem akademickim, śmieciarzem i właścicielem prywatnej firmy. Obecnie mieszka w Lewiston, nieopodal granicznej rzeki Niagary, która minąwszy słynne wodospady, płynie tam szybko do wielkiego jeziora Ontario. Przebywając w różnych miejscach świata, chłonąc doświadczenia wielu przestrzeni, uczestnicząc żywo w wypadkach poprzedniego stulecia, osiadł w końcu poeta we wskazanym wyżej miejscu, gdzie prowadzi antykwariat Bob’s Olde Books, a także wydawnictwo Crashes Valley Publishing.


Poezja autora Drawn by the Creek jest próbą przeniknięcia prawdziwej struktury świata, chwilą zapisaną w świadomości i na papierze, olśnieniem pojawiającym się na szczycie góry, w wąwozie wyżłobionym przez rzekę i przy doniczkowym ostrokrzewie, który właśnie obsiadły jemiołuszki cedrowe. Natura zyskuje w tych niezwykłych wierszach centralne miejsce, ale przecież jest w nich też cały świat i odniesienia do kultury i sztuki, muzyki i nowoczesnych technik audiowizualnych, do hałaśliwych stanowych autostrad i drewnianych kaplic zagubionych w lesie. Giannetti osiągnął taki stan samoświadomości, który pozwala mu mówić prawdy esencjonalne o ludziach i czasie, o miejscach i zdarzeniach, a nade wszystko o sobie, w tym dziwnym momencie, gdy kończy się wiek średni, a nieubłaganie biegną lata przypisywane przez ludzkość starości – autor minął już magiczną barierę sześćdziesięciu lat życia i bardzo zbliżył się do następnej granicy wiekowej. W przypadku tego poety są to wszak tylko ustalenia natury biograficznej, bo jego liryka jest niezmienna, młodzieńcza w swym wyrazie, żyjąca w wielu odcieniach i barwach, a nade wszystko niezwykle dynamiczna. To wejście w naturę i wniesienie do niej wysublimowanej świadomości, która jest lustrem przetwarzającym i modyfikującym, a zarazem ma właściwości systematyzujące, ustalające kontrapunkt, przydające dodatkowej treści, ma również wymiar sakralny. Ale jest to uświęcenie żywą myślą, to modlitwa uniwersalnego bytu we wszechświecie, prośba kierowana do stwórcy, który dał impuls kosmogonii kosmicznej i zainicjował bieg czasu. Trwanie pośród takiego świata i uczenie się jego kolejnych liter jest próbą stworzenia wielkiego mitu życia – poematu bycia pośród zjawiskowej natury i walki o swoje miejsce w wielkiej, stale rozszerzającej się przepaści nieistnienia tych, którzy przepadli na zawsze.


Natura jest wyobraźniowym szkieletem twórczości Giannettiego, ale jej ciałem i umysłem jest bystra refleksja, obserwacja, utrwalona w słowie, celnie spointowana i umieszczona w określonej przestrzeni semantycznej. Widać to szczególnie w wierszach sytuacyjnych – w takich jak Burze (The Tempest) i Bezdroże Ameryki (Roadside America), ale też w takich jak Wnętrze (Insight) i Wizja w zimie (Winter Vision) – także w wielu, wielu innych, w których pojawia się wyrazista akcja, fabuła, dopowiedzenie. Oto siedzimy w sali koncertowej, słuchamy utworu orkiestrowego inspirowanego Burzą Williama Szekspira, a przy okazji dowiadujemy się jakie sztormy przewalają się przez świadomość poety, który bardziej niż muzyką, interesuje się młodą kobietą na widowni, przeżywa dramat niemożności i absurdalności spotkania z nią. To jest prawdziwa Miranda, a on może tylko kontemplować konteksty egzystencjalne, w których ona się pojawia i przeżywać smutny dramat swojego odejścia, nieuchronnego przemijania. Jeszcze chciałby do niej biec, jeszcze pragnąłby być jej Ferdynandem, ale może tylko kontemplować jej brak zainteresowania nim i beznamiętne mijanie go w hallu. Poeta wskazuje też tego rodzaju skrajne sytuacje w naturze, gdzie spokojnie rosnące drzewa są świadkami wielkich dramatów, zabijania silniejszego przez słabszego i nieuchronnego własnego rozpadu, obracania się w próchno i pył. Bazą wypadową Giannettiego i jego enklawą obserwacyjną jest chata w stanie Georgia, gdzie pisze i rozmyśla, a przy tym podgląda przyrodę, zbiera doświadczenia, gromadzi w myślach obrazy metafory, żyje pełnią życia wyzwolonego. To jest czas jego indywidualnych żniw, to chwila, gdy zaczął tworzyć niezwykłe wiersze, które są filozoficznym komentarzem do doświadczeń jednostki i wielu innych ludzi, a stając się uniwersalną miarą, sięgają wyżyn artyzmu i prawdy. Sporo w tych lirykach też odniesień do rzeczywistości, w które toczy się codzienne życie poety, do świata jako żywo przypominającego niewielką makietę, na której znakomicie odtworzona kolejka jedzie po torach przez przestrzeń zapełnioną drewnianymi domkami i stacjami, mostami, tudzież  imitacjami pól i lasów. W wierszu o bezdrożach Ameryki mamy do czynienia z przecięciem się świata realnego i odtworzonego na potrzeby ludzi, odwiedzających w dużych grupach pewne sanktuarium. Tam i tutaj jest jakaś umowność, na planszy i w świecie realnym rozgrywają się jakieś zdarzenia, dochodzi do sytuacji nieprzewidzianych i do gwałtownych wypadków, ale zarówno nad jedną, jak i nad drugą przestrzenią, pojawia się wyższa świadomość poety, poszukiwacza odpowiedzi na najbardziej dręczące pytania czasu i egzystencji.


W świecie permanentnej walki i zdobywania dóbr materialnych, w miastach i miasteczkach amerykańskiego snu w technikolorze, poezja bywa traktowana jako coś niepoważnego, jako nieszkodliwe hobby grupki dziwaków, którzy zabawiają się w taki sposób dla zabicia czasu  albo w określonych sytuacjach terapeutycznych. Ludzie wypowiadający takie sądy nigdy nie zrozumieją jaką wagę może mieć doświadczenie liryczne, jak wiele dopowiada ono do zastanego świata, jak innowacyjnie go interpretuje i jak daleko sięga. Sztuka słowa Roberta M. Giannettiego udowadnia zatem jak nieodzowna jest to dziedzina interaktywnego życia, jak je wzbogaca o nowe treści, jak wiele oferuje tym, którzy podejmą trud tworzenia. Czytając te utwory wkraczamy do spektrum subtelnej wrażliwości i niczym nieograniczonej wyobraźni, odkrywamy to, co zobaczył poeta i co odbiło się w zwierciadle jego rozedrganej świadomości, uczestniczymy w odwiecznym rytuale przejścia od niewinności do skazy, od sacrum do profanum, od prawdy do kłamstwa, od chwilowego istnienia do ostatniego rozwiania prochów przez wiatr. To są wiersze, które uczą pokory i dają wyobrażenie o tym jak różne bywają doświadczenia ludzkie – z jednej strony chore układy i wypaczenia, zawiązywane stale tandetne unie by zniszczyć kogoś, a ze strony drugiej prawdziwa ludzka wrażliwość i jakże wykwintne wizje tego, co w naszych losach najważniejsze, co nam stale umyka. Mamy niewiele czasu by dać świadectwo swojemu istnieniu, wciąż kurczy się zapas przeznaczonych nam lat, dni i godzin, ale mamy też szansę by swoim życiem udokumentować rozwój, przejście ze świata śmieciarza do krainy księcia poetów. Robertowi M. Giannettiemu to się przytrafiło i teraz zbiera on dorodne owoce w sadach poezji, staje się coraz bardziej znaczącą postacią w amerykańskiej literaturze i nie byłoby wielkiego zaskoczenia, gdyby jego nowa książka, z której wiersze tutaj prezentujemy, otrzymała Nagrodę Pulitzera i ustawiła autora w rzędzie poetów przywołanych wyżej. To prawdziwa, wielka sztuka słowa i prawdziwie wielki człowiek ją tworzy, a nawet gdyby nie został uhonorowany tym jakże znaczącym wyróżnieniem, samo napisanie tylu pięknych wierszy i samo jakże żywe uczestnictwo w rytuale świata, są największą nagrodą.


 


ROBERT M. GIANNETTI
urodził się w nowojorskiej dzielnicy Queens w 1942 roku i dorastał na Long Island. Był oficerem amerykańskiej armii, nauczycielem akademickim, śmieciarzem i właścicielem firmy. Obecnie mieszka w Lewiston, w stanie Nowy Jork, gdzie prowadzi antykwariat Bob’s Olde Books. Jest autorem zbioru wierszy Drawn by the Creek, opublikowanego w 2003 roku.




Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko