Krzysztof Suchomski: Aby język giętki… ze zbioru “Według wykształciucha”

0
70

Krzysztof Suchomski

Aby język giętki… ze zbioru “Według wykształciucha”

 

Jan Stępień

Praktycznego operowania językiem uczył się Tata Adasia “z uchem przy tranzystorze”. Kiedyś radio potrafiło uczyć takich rzeczy. „Trójka” wychowała kilka pokoleń, a tataadasiowe było jednym z pierwszych. W pokoju  Taty Adasia radio grało bez przerwy, ale nie było wyłącznie dźwiękowym tłem dla codziennych czynności. Ustawione było na odbiór programu III poza tymi momentami, kiedy Tata Adasia kręcił gałkami w poszukiwaniu Radia Luxemburg lub rozgłośni “zakazanych”. Początkowo określenie „Trójka” nie było tak popularne, jak choćby w latach osiemdziesiątych. Mówiło się „na UKF-ie”, bo nadawanie na tym paśmie było nowością[1]. W porównaniu z “tradycyjnymi”  programami, UKF był oazą świeżości, zarówno pod względem treści, jak i formy. Do dziś Tata Adasia potrafi w wyobraźni odtworzyć czołówkę kultowego „Mini – Maxu” czy programu „Co wieczór powieść w wydaniu dźwiękowym”. Jednak nie powieści w odcinkach, słuchowiska czy programy kulturalne i publicystyczne wywarły największy wpływ na język, którym się do dziś posługuje.


W roku 1970-tym zaistniała na „trójkowej” antenie audycja Jacka Janczarskiego,  Adama Kreczmara i Jerzego Markuszewskiego „Ilustrowany Tygodnik Rozrywkowy”. Od tego momentu problem zagospodarowania piątkowych wieczorów miał Tata Adasia w zasadzie z głowy. Powiedzieć, że słuchał tych audycji, to mało. Wysysał z radioodbiornika każde słowo, każdą nutę, każdą chwilę ciszy, bo nawet cisza brzmiała tam jakoś inaczej. ITR nie był tak po prostu programem rozrywkowym. Był zjawiskiem kulturowym, nawet socjologicznym, fenomenem, zostawiającym trwały ślad w nie tylko w umyśle Taty Adasia. Wyjątkowo dobrane grono autorów i aktorów wytworzyło w efekcie synergii program, którego treść, klimat i specyficzny typ humoru stanowiły oazę na tle pozostałych  medialnych propozycji,  politycznie poprawnych w ówczesnym, nieco innym niż dziś znaczeniu tego słowa. Teksty pisały tak znamienite pióra, jak wspomniani już Janczarski i Kreczmar, oraz Jonasz Kofta i Stefan Friedmann, Jan Tadeusz Stanisławski, Maciej Zembaty, Ryszard Marek Groński, Marcin Wolski, Maria Czubaszek, Jerzy Kordowicz i Grzegorz Wasowski, Jan Kaczmarek, Leszek Niedzielski, Jerzy Skoczylas i Andrzej Waligórski. Wśród wykonawców, oprócz większości z wymienionych wyżej, mistrzowie naszej sceny: Irena Kwiatkowska, Marta Lipińska, Jerzy Dobrowolski, Wojciech Pokora, Bohdan Łazuka, Piotr Fronczewski, Jan Kobuszewski, Krzysztof Kowalewski. Do ITR-u zaglądali od czasu do czasu ciekawi goście, na przykład Jan Pietrzak, wówczas jeszcze szeregowiec, a po latach lider kabaretu  „Pod Egidą”, kolebki wielu „iteerowskich” autorów. W tej audycji Tata Adasia słuchał  nieskażonego naturszczyka Stachury  śpiewającego (na pewno był lepszym poetą niż bardem) swoje wiersze do muzyki Roberta Satanowskiego i do głowy mu nie przyszło, że kiedyś jego syn będzie się tych wierszy uczył „do matury”.


To był wyrafinowany, poszukujący, eksperymentujący ze składnią, nierzadko surrealistyczny język, chętnie posługujący się pastiszem, pełen bon motów, a jednocześnie swojski, wpadający w ucho. ITR-em się mówiło, a po jakimś czasie niezauważalnie wchodziło to w krew i ITR-em się myślało. Krople drążyły skałę. W 1974 roku audycja zniknęła z radiowej anteny, wcześniej na krótko przekształcając się w Ilustrowany Magazyn Autorów, ale nie zginęła w świadomości „trójkowych” słuchaczy. Liczne ich grono błyskawicznie „zagospodarował” poniedziałkowy magazyn „60 minut na godzinę”. Audycja Jacka Fedorowicza i nadredaktora Wolskiego zagospodarowała także sporą grupę ITR-owych autorów i wykonawców, do których dołączyły kolejne gwiazdy: Andrzej Zaorski, Marian Kociniak, Tadeusz Ross. Odkryciami „60-tki” byli „młoda lekarka” Ewa Szumańska czy Krzysztof Jaroszyński.


Mający liczne audytorium magazyn awansował z poniedziałku na bardziej prestiżową sobotę, a pod koniec lat siedemdziesiątych nadawany był w niedzielne przedpołudnie. I wtedy stanowił prawdziwe słowo na niedzielę, ba, na cały tydzień, który dzięki temu jakoś udawało się przeżyć. Ostatni raz Tata Adasia słuchał „60-tki” w niedzielę 6-go grudnia 1981 roku. Następna niedziela była dniem, który potem niektórzy określili jako “dzień bez Teleranka”. Dla Taty Adasia był to przede wszystkim  dzień bez „60 minut na godzinę”.


Niedziela, trzynastego


Otwierasz oczy, bo coś szarpie cię za rękaw. Przez chwilę jesteś na pograniczu dwóch bytów. Wszystko jest takie zamazane, niestabilne. Ktoś coś mówi, w każdym razie słyszysz jakieś głosy, ale nie wiesz o co chodzi, bo chyba przed chwilą było zupełnie inaczej i jakby zupełnie gdzie indziej. Zaczynasz odczuwać świat kolejnymi zmysłami,  zmysł dotyku stabilizuje się i umiejscawia cię w pościeli. Jedna z rywalizujących rzeczywistości odpływa. Chyba ta lepsza. Przysiada się zmysł samopoczucia, który natychmiast informuje, że jest ci niedobrze. Tamta była na pewno lepsza, tylko jaka? Definitywnie nie wróci. Jest tu i teraz. Tu, to znaczy w obskurnej suterenie dwupiętrowego domku, która służy za mieszkanie tobie, żonie i córeczce. Teraz to znaczy niedziela rano… prawdopodobnie.


– Obudź się, coś się stało z telewizorem, Monika nie może oglądać – słyszysz głos kobiety, która według wszelkiego prawdopodobieństwa jest twoją żoną. Córka nie byłaby taka natarczywa. Jest łagodna, delikatna i spokojna. Taka kochana dziewczynka, oczko w głowie tatusia.


– Dobra, dobra… nie śpię – burczysz przez zaklejone usta.


Syf, który czujesz w paszczy przypomina wydarzenia wieczoru, a w zasadzie to i sporej części nocy. Zabalowało się. No i dobrze, w końcu po to jest sobota, no nie?


Przecierasz oczy i próbujesz skoncentrować spojrzenie na twarzy żony. Udaje się, poprawiasz ostrość, o, teraz jest dobrze. Ale wyraz twarzy ukochanej nie wróży nic dobrego. Oj, to nie jest czułe niedzielne powitanie. Patrzy na ciebie krytycznie. Jasne, oświeca cię, jest zła o tego pokera.


– Zrób coś z tym – rzuca i wychodzi do kuchni.


No co znowu? Tak brutalnie od rana? – użalasz się nad sobą w myślach.


– Telewizor się popsuł – słyszysz cichy głos córki. Siedzi na swoim tapczaniku, patrzy na ciebie niebieskimi wiecznie zamyślonymi oczętami, jakby połową świadomości penetrowała inne, niedostępne dla dorosłych światy.  Zupełnie jak mama, myślisz i masz na myśli swoją mamę, nie mamę córki.


Szukasz wzrokiem obudowanego w czerwony plastik odbiornika Junost. Na ekranie śnieży.  Siadasz na tapczanie. Uuups, nie tak gwałtownie, koleś – ostrzega  coś w twojej czaszce. W pokoju jeszcze ciepło, piec pewnie nie wygasł i jeszcze potrzyma, przecież dorzucaliście do późna. Patrzysz w okno. Śnieg, ale napadało. Zaczęło padać w nocy. Śnieżyło kiedy wypuszczałeś gości. Siedzieliście do trzeciej, z Ryśkiem Drygasem i jego bratem Jackiem, przez przyjaciół zwanym Muflonem. Kolacyjka, wódeczka, w tle Pink Floyd, Yes, Genesis, King Crimson. Rozmowy o muzyce, wspomnienia, plany na przyszłość. A potem pokerek. I co cię, debilu, podkusiło, żeby do pokera z Ryśkiem siadać? Przy tobie to zawodowiec. Chciałeś pokazać jaki z ciebie twardziel? No to pokazałeś. Szczęście, że się Rysiek nad twoją głupotą zlitował.


Śnieg, cholera, bo co innego możesz zobaczyć z okna sutereny. Tam śnieg, w telewizorze śnieg, do dupy z tą zimą. Nie lubisz zimy, nie od dzisiaj, i chyba z wzajemnością. Ta cholera nigdy nic dobrego nie przynosi.


– Zaraz tatuś naprawi, córunia – pocieszasz dziecko. Chciałbyś ją przytulić, ale syf w gębie ostrzega – to nie jest dobry pomysł. Choć zęby umyć, myślisz. Z kuchni dobiega odgłos mycia naczyń po wczorajszej imprezie. No tak, lepiej nie wchodzić.


Która godzina? Niedługo  dziesiąta. No to szybko, ruchy człowieku, ruchy. Podchodzisz do czerwonego pudła. Dusisz jeden przycisk, drugi, trzeci, śnieg i szum, szum i śnieg, sprawdzasz wtyczkę anteny, wszystko na miejscu, wetknięte gdzie powinno. No, nie działa, faktycznie. Niemożliwe, żeby… Włączasz radio i szum i dopiero cię szlag trafia. Dziesiąta się zbliża, sześćdziesiąt minut na godzinę zaraz się zacznie. Chyba mi tego nie zrobicie, sukinsyny. Wyłączyli wszystko, gnoje, teraz kiedy miałem posłuchać mojej audycji.


– Coś się stało – informujesz żonę. – Wszystko wyłączone, nic nie gra.


Napięcie w twoim głosie sprawia, że zjawia się zaraz z ręcznikiem kuchennym w ręce.


– Wszystko wyłączyli – powtarzasz.


– Może to awaria? – szuka pozytywnych rozwiązań żona.


– Jaka? Naraz wszystkie nadajniki? Chyba niemożliwe.


Patrzycie sobie w oczy. Wiecie, co to może oznaczać, wróble ćwierkały o tym już od września.  I co z nami będzie? pyta jej spojrzenie. Przytulasz ją bez słowa. Macie siebie przeciwko całemu światu. Ponad głową żony spoglądasz na córkę nadal siedzącą w tym samym miejscu. Monika przygląda się wam wzrokiem dziecka, które niejedno już widziało i zrządzenia losu przyjmuje ze stoickim spokojem. W jednym miejscu potrafi usiedzieć godzinami. Potrafi zasnąć przy grającym telewizorze lub muzyce, nie przeszkadzają jej głośne i namiętne dysputy niby dorosłych, ale przecież niedojrzałych, rozpalonych głów. Takie dziecko to prawdziwy skarb dla młodych rodziców.


Patrzycie za okno – śnieg. Wsłuchujecie się w odgłosy miasta – cisza. Żadnego ruchu od strony ulicy. Ale to jeszcze nic dziwnego. W końcu to Arciszewskiego, a nie Głogowska, no i jest zimowy, niedzielny poranek. Kopny śnieg na ulicy, zimno, komu się chce wychodzić, jeśli nie musi.


Idziesz do zimnej toalety, urządzonej w składziku na węgiel. A potem szybko umyć się do kuchennego zlewozmywaka i miski, bo łazienki w tych apartamentach też zapomnieli zainstalować, i ubrać się, bo nie wiadomo co jeszcze się wydarzy i na wszelki wypadek lepiej być ubranym.


Potem siedzicie i czekacie na to co się stanie, albo co się już stało. Tylko dziecko, nieświadome problemów dorosłego świata, cichutko bawi się swoimi lalkami i szmatkami. Już nie przejmujesz się kacem, zniknął jakby zrozumiał swą małość, wręcz nicość wobec historii. Kręcisz  gałkami, przerzucasz kanały telewizora, potem chwytasz się za radio i tak co kilka minut. Na papierosa do kuchni wychodzicie na zmianę. W pokoju się nie pali, jest przecież dziecko. Papieros, herbata, papieros. Za oknem cisza i spokój, ale to taka okolica, prawie peryferie. Wreszcie łapiesz coś na długich, Chopin. Brzmi poważnie i nie dodaje  otuchy, raczej przygnębia,  wcale nie macie ochoty tego słuchać akurat teraz.


W końcu śnieg na ekranie znika. Czyjś głos informuje, że za chwilę wygłoszony zostanie ważny komunikat. Hymn. A potem pompatyczny Jaruzelski. Grube szkła okularów zupełnie nie pasują  do munduru ani   udrapowanej flagi, ale drapał go pies jak wygląda, ważne co teraz mówi. Słuchasz go i chcesz głośno kląć, pomstować, ale jest małe dziecko w pokoju, twoje dziecko, jedyne, kochane, niewinne, więc tylko powtarzasz w myślach: Zrobiliście to pierdolone skurwysyny, zrobiliście to pierdolone skurwysyny, zrobiliście to pierdolone skurwysyny, a było kurwa tak pięknie.

Tata Adasia myśli sobie, że to właśnie dzięki poczuciu humoru Polacy przetrwali w nienajgorszej kondycji intelektualnej  cały powojenny okres i  socjalistyczny eksperyment. Pomogli im w tym twórcy inteligentnej, wyrafinowanej rozrywki począwszy od Kabaretu Starszych Panów Przybory i Wasowskiego, poprzez Ludwika Jerzego Kerna, Edwarda Dziewońskiego, Mariana Załuckiego, Olgę Lipińską, Wojciecha Młynarskiego, aż do wspaniałych kabaretów ery gierkowskiej.


Tak zwana ulica mówiła wtedy inaczej niż dziś. To były pokolenia jeszcze nie zmanierowane przez telewizję i kulturę konsumpcyjną, których język kształtowały książki i poprawna polszczyzna płynąca z radioodbiorników. Mówi się, i chyba słusznie, że to cenzura postawiła wysoko poprzeczkę twórcom i odbiorcom, była czynnikiem, zmuszającym autorów do szukania nowych formuł i środków wyrazu, do szyfrowania przekazu, do podejmowania gry z odbiorcą z jednej, a cenzorem z drugiej strony. Satyrycy uczyli słuchaczy gry słów, zabawy znaczeniami, balansowania na krawędzi dopuszczalności. Śladem swoich idoli młodzi ludzie gimnastykowali język w dialogach i przekomarzaniach, co się potem w różnych sytuacjach przydawało. Ani autorzy, ani audytorium, nie potrzebowali sztucznego śmiechu z playbacku. Wszyscy doskonale wiedzieli z czego i kiedy się śmiać. I ten wspólnie przeżywany śmiech wzmacniał, dodawał odwagi.


Humor działa równie skutecznie jak broń masowego rażenia, choć nie tak drastycznie i z pewnością  wolniej. W lipcu 1980 roku na estradzie festiwalu opolskiego aktorzy kabaretu „Tey” zaśpiewali  piosenkę, której refren zaczynał się od słów: „Co to będzie, gdy słoneczko nasze zgaśnie?”. Nikt nie miał wątpliwości, o kim śpiewali. Niecałe dwa miesiące później wydarzenia Polskiego Sierpnia zmiotły wszechwładne „słoneczko” z dziejowej sceny.


Lawinę może zapoczątkować mały kamyk. Tata Adasia wyobraża sobie, że tę, która przetoczyła się przez nasz kraj w 80-tym roku, zapoczątkowały małe kamyczki rzucane w eter przez twórców ITR-u. Począwszy od lat dziewięćdziesiątych ich audycje są w mniejszym lub większym stopniu eksploatowane w „Powtórce z rozrywki”. Niestety, najczęściej na chybił – trafił. Można dziś znaleźć w sklepach płyty z wybranymi nagraniami z tego okresu, ale one (Tata Adasia kupił kilka) są ułożone monotematycznie lub autorsko i dlatego żadna nie oddaje ani wspaniałej różnorodności, ani niepowtarzalnego „iteerowskiego” klimatu. Tata Adasia nie jest przecież jedynym, któremu „Serce Słowianki”[2] w piersi gra i chciałby, byśmy doczekali należytego uwiecznienia i uhonorowania tego fenomenu. Precedensy w naszej kulturze wszak były – Stańczyk miał swojego Matejkę. Płótno dziś mniej przemawia. Może książka, może film? Mały pomniczek od wdzięcznego narodu też nie byłby wcale przesadą – dużo głupsi i mniej zasłużeni już na cokołach stali. No choćby jakaś tablica.



[1] „Jedynka” nadawała tradycyjnie na falach długich, a program II na falach średnich i tak było chyba aż do lat 90-tych.

[2] Melodia, grana przez orkietrę dętą, była sygnałem rozpoczynającym audycję. Później, po dopisaniu słów, stała się jej hymnem.

 

Pierwsza część artykułu Aby język giętki… (1/2)

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko