Leszek Żuliński: Stańczyk!

0
165

Leszek Żuliński

Stańczyk!

Ryszard Ulicki to, jak wiemy, człowiek-orkiestra. Były dziennikarz, radiowiec, poseł czterech kadencji, członek KRRiTV, obecnie wiceprezes ZAiKSu i ZLP. Także rzeźbiarz i autor wielu tekstów piosenek, z czego „Kolorowe jarmarki” wykonywane przez Janusza Laskowskiego i Marylę Rodowicz okazały się hiciorem ponadpokoleniowym. Poza tym redaktor, wójt cygański, satyryk, birbant, grasant i facecjonista. Postać wyjątkowa i wyrazista w naszym środowisku, lubiana i podziwiana.


Ale książki Ulickiego to sprawa poważna. W ostatnim dziesięcioleciu wydał kilka „tomików lirycznych”, także książki prozatorskie dotykające ważkiej problematyki społecznej i obyczajowej. Dopiero przez pryzmat tych lektur sylwetka Ulickiego daje się jakoś ogarnąć i poddać podziwowi. We mnie w każdym razie ten podziw narasta od lat.

Najnowszy tomik Ulickiego nosi tytuł „Anielenie płci”. Zupełnie nieszablonowy, na tle bogatej „produkcji poetyckiej” inny, niedzisiejszy, osobny. Pisząc „niedzisiejszy”, nie mam na myśli tradycjonalizmu czy poetyki właściwych dla czasów, w jakich Ulicki się na pisarza wychował. Raczej jego indywidualizm i dzielne nieoglądanie się na mody oraz kroczenie za głosem własnej wrażliwości i poglądów.


Wiersze tu pomieszczone pogrupowane są w kilka cykli rozpiętych między tonacjami publicystycznymi a lirycznymi, między sarkazmem a czułością, prozą życia a jego metafizyczną nutką.


Zaczyna się to wszystko mocnym akcentem. Ulicki daje upust swojej „polityczności” – cykl „Moje plemię” to obraz dzisiejszej Polski z ciągnącym się za nią ogonem historycznym i forpocztą emocji współczesnych, których piekiełko przeżywamy na co dzień. W tych wierszach jest „mięso czasu współczesnego”. Praży je Ulicki na ruszcie pytań retorycznych i odpowiedzi tragicznych. Stawia się pod prąd polskiej „głupocie plemiennej”, nazywanej bezczelnie patriotyzmem, nas zaś stawia wobec wielu gorzkich refleksji i narodowych zmartwień lub trywializmów.


Brzmi to przekonująco. I zostało napisane „językiem wprost”, choć zaprzęgniętym w zupełnie inne intencje niż „język wprost” niegdysiejszej Nowej Fali. Byłem w zasadzie zdumiony… Wiersze o Polsce? Wiersze o ambicjach patriotycznych? O etosie robotniczym, o kobiecie żyjącej za 700 zł miesięcznie… Ależ to dzisiaj obciach! Wszyscy już zwątpiliśmy, że taka poezja jest jeszcze możliwa czy potrzebna. A jednak!


W dalszych partiach tomik zmienia jednak swoją tonację. Ulicki odbywa wędrówkę w głąb własnych sentymentów. Piękne są „Listy do matki” – takie „przyziemne”, takie „zwyczajne”, takie zanurzone w przeszłości, w realizmie i reizmie życia, z powidokami dawnej, rodzinnej Łodzi (której poświęcony był w całości wcześniejszy tomik pt. „Moje miasto”). Te akcenty osobiste, sytuowane w pejzażu prostych i codziennych wspomnień oraz skojarzeń, bardzo uwiarygodniają timbr liryczny Ulickiego, umiejącego odnajdywać poezję tuż przy ziemi, a nie w wydumanych obłokach. Zero patosu przy maksimum zwyczajności, a także z dozą swoistego humoru, nawet dowcipu poetyckiego, charakterystycznego dla tego enfant terrible literatury.


W gruncie rzeczy ten tomik to jest résumé biograficzno-mentalne Autora, czuła „spowiedź osobista” z wycieczkami na trybunę obywatelską, z której Ulicki wygarnia Polsce to, co wygarnąć jej trzeba.


To także podroż do kresu nocy, czyli zapis traconej młodości i oswajanie rosnącego cienia wieku męskiego, wieku klęski, schyłku, starości. Ta nuta „ubywania”, „tracenia”, „znikomienia” jest tu szczególnie pięknie wyśpiewana, bez histerii, raczej z dzielnym acz z lekka sentymentalnym przyjęciem „na klatę” wyroku biologii i losu.


Ale, ale… zapomniałbym dodać, że tomik zawiera również erotyki – aj, jakie subtelne… Czasami buntujące się przeciw Erosowi, który zapomina o osobnikach naszej płci i chce nas – wredny! – zamienić w bezpłciowych aniołów (o to m.in. chodzi w wierszu tytułowym zbioru).


Ulicki nie wstydzi się także sięgać do mowy rymowanej, sylabotonicznej. Jako tekściarz estradowy ma ją opanowaną do perfekcji, a więc ten kolejny „obciach” znowu umie obrócić na swoją korzyść.


Tak, dziwny tomik, nietypowy, stanowiący melanż liryzmu, prozodii, publicystyczności, akcentów mocnych i tkliwych – jednym słowem pełna gama treści, wartości, formy, znaczeń i przesłań.


Podczas lektury coraz wyraziściej wyłaniała mi się zza widoków tej poezji twarz Stańczyka. Tego z obrazu Matejki, który zamyka się w komnacie, siada na fotelu i pogrąża w zadumie nad trudnym życiem i światem. Śmiech, gdy go dobrze trawimy, smakuje jak łzy, a facecje zamieniają się w sprawy „wagi poważnej”. I to jest cały Ryszard Ulicki!

Ryszard Ulicki Anielenie płci, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2011, s. 84

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko