Krzysztof Suchomski Aby język giętki…

0
212

Krzysztof Suchomski


Aby język giętki… (1/2)

Ryszard TomczykTata Adasia ma prosty sposób na życie. Gdy staje przed zadaniem sprawiającym problem jego szarym komórkom, sięga po książkę zawierającą jego rozwiązanie. Gdy, co się sporadycznie zdarza, nie posiada jeszcze takowej książki na półce, udaje się do miejsca zwanego księgarnią, by niezwłocznie uzupełnić dotkliwy brak w zaopatrzeniu[1].

Nie inaczej było, kiedy Tata Adasia postanowił wybrać się z ekspedycją na Parnas. Zaopatrzył się w poleconą mu książkę Stephena Kinga “Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”.  Już po pierwszych stronach lektury dowiedział się, że zdaniem Kinga bardzo ważną rzeczą dla pisarza jest język. Tata Adasia ucieszył się, że w tej kwestii, a jak się okazało, i w paru innych, pięknie się ze Stefanem zgadzają. Zawsze to satysfakcja, gdy człowiek dzieli wspólne poglądy z osobą tak sławną i podziwianą. Owszem, znalazły się i pewne różnice. Na przykład, KIng bierze kilka czy kilkanaście milionów dolarów zaliczki za swoje powieści, podczas gdy Tata Adasia spokojnie zgodziłby się na dziesięć procent tej kwoty.

 


Zgoda buduje, niezgoda rujnuje – zatem zapomnijmy o tym, co dzieli i skupmy się na tym, co łączy – czyli na wspomnianym języku. Tata Adasia wychowany został w przeświadczeniu, że nasza cywilizacja jest cywilizacją słowa. I nadal wierzy, że może tak pozostać,  mimo iż słowa coraz częściej ustępują miejsca cyfrom. Niegdysiejsze “Sezamie, otwórz się”  zastąpił kod PIN, ale czy to jest droga we właściwym kierunku? Odpowiedzcie sobie sami, co było bardziej przyjazne dla naszych uszu i co łatwiej było zapamiętać. Jeśli wierzyć Biblii, Stwórca nie nadawał numerów swoim tworom. On wszystkie stworzone rzeczy ponazywał. I Tata Adasia nie sądzi, by któraś z innych, fundamentalnych dla ludzkości ksiąg, rozstrzygała omawianą kwestię inaczej. Bo czegokolwiek byśmy nie stworzyli, nie zaistnieje w zbiorowej świadomości, jeśli nie nadamy temu nazwy. Potrzeba nazywania wynikająca z potrzeby porozumiewania się była kołem zamachowym rozwoju każdego języka, w tradycyjnym znaczeniu tego słowa.


Pewnego razu znajomy specjalista od technik zapamiętywania przekonywał Tatę Adasia, że dobrze wytrenowany człowiek może odtworzyć z pamięci tysiące cyfr. Tylko po jaką cholerę? – pomyślał sobie Tata Adasia. Nie lepiej zapamiętać coś z Szekspira albo Tuwima? Nasze umysły lepiej radzą sobie ze słowami – wyrazami zestawionymi z liter. Jeśli w słowie świaodmość przestawią się litery, nie przeszkodzi  to czytelnikowi w poprawnym jego odczytaniu – umysł automatycznie skoryguje błąd. Spróbujcie takiej sztuczki z numerem waszej karty kredytowej.


Tata Adasia autorytetem w dziedzinie językoznawstwa nie jest, ale przyjął za pewnik, że ktoś już dawno temu dowiódł wpływu języka na percepcję rzeczywistości, na kształtowanie świadomości, zarówno w skali indywidualnej, jak i zbiorowej. Język to wspólna własność, posługujemy się nim, korzystamy z możliwości jakie stwarza, a czasem próbujemy mniej lub bardziej poradnie go kształtować. Jest najdoskonalszym z narzędzi wytworzonych przez człowieka. Tata Adasia sądzi, że jeśli człowiek ma prawo być z czegoś dumnym, to na pewno bardziej z „Romea i Julii” niż programu „Apollo”, bardziej z „Mistrza i Małgorzaty” niż z rozwoju telefonii komórkowej, bardziej z „Imienia róży” niż z Organizacji Narodów Zjednoczonych.


Tysiące lat ludzkich wysiłków i pracy nad wykuwaniem słów i zdań złożyło się na to, by Tata Adasia mógł stawiać sekwencje słów, bębniąc w klawiaturę. Jest produktem tej ewolucji i pokornie chyli czoła przed wszystkimi szczeblami tej drabiny. Dziesiątki, może setki pokoleń przygotowało narzędzie, dzięki któremu poznaje świat, określa swoje w nim miejsce i wyraża przeżywane emocje. Nie rozstrzygając na ile rację mają determiniści, a na ile behawioryści, Tata Adasia może z całą pewnością założyć, że nie byłbym tym kim jest, ani takim jaki jest, gdyby nie wychował się z książką za pan brat.

Ocalić od zapomnienia: Poczytaj mi, mamo


Światło dnia zagląda przez dwuskrzydłowe okno do skromnie umeblowanego pokoju. Młoda kobieta stoi bokiem do okna, trzymając w ręce rozgrzane żelazko. Deska do prasowania leży przed nią oparta o parapet i poręcz krzesła. Lewą rękę zanurza w garnku stojącym na parapecie i skrapia wodą leżącą na desce męską koszulę. Prasowanie nie jest jej ulubionym zajęciem. Wolałaby coś namalować. Ma ręce bardziej nadające się do trzymania ołówka lub pędzla, ale nie została malarzem ani rysownikiem. Została żoną. Tak chciała rodzina, tak chciała matka, prawa kobieta, która czwórkę swoich dzieci wychowała na porządnych ludzi, a nie na, za przeproszeniem, artystów. Nasza córka z dobrego domu, nie dla jakiejś bohemy. Nie miała dość siły, by się przeciwstawić. Jest jak bluszcz, który potrzebuje mocnego oparcia, by trwać.


Żegnaj Leonardo, żegnaj Michale Aniele. Zamiast wymarzonych studiów na wyższej szkole plastycznej kurs księgowości, praca w biurze, zamążpójście i prasowanie koszul. Bystry chłopak, ten Zygmunt, z porządnej, religijnej rodziny, a i przystojny, nic mu nie brakuje. I jak się o ciebie stara, a ty nie przebieraj, była wojna, trzeba brać co jest, a nie z głową w chmurach chodzić i starą panną zostać – przekonywała matka. I przekonała.


Zawsze to lepsze niż wojna, okupacja, szpital pełen rannych, warkot motorów, huk wybuchów i wystrzałów, hordy pijanych żołnierzy włóczących się po mieście. W pokoju jest bezpiecznie. Po drugiej stronie okna dzieją się te wszystkie wojenne i powojenne zawieruchy. I ten ich socjalizm, ta cała polityka. To nie dla niej, niech się tym zajmują mężczyźni, najlepiej starzy mężczyźni, a młodzi niech się zajmą kobietami, wezmą je do opery, na koncert, lub chociaż do parku, na spacer. Bezpieczeństwo jest ważne, jeśli było się nastolatką, której dzieciństwo zmarnowała wojna. Już nigdy nie powróci piękny rodzinny dom na Ogrodowej, zabawy z rodzeństwem, wesoły i troskliwy ojciec. Jest 1957 rok, mieszkanie w bloku na Chociszewskiego, za oknem podobno zakończył się stalinizm i w Polsce ma być teraz lepiej. Czołgi już nie wyjadą na ulice przeciw ludziom. Może i będzie lepiej, ale najważniejsze, żeby było bezpiecznie. Od codzienności można uciec tylko w sny i marzenia, ale potem trzeba z nich wracać, do tego, co w pokoju i do tego, co za oknem. Trzeba się do tego, co jest jakoś dostosować i przetrwać. Tak, bezpieczeństwo jest najważniejsze, kiedy jest się matką.


Na podłodze bawi się trzylatek. Długie lniane włosy aniołka, okrągła buzia z zadartym noskiem i oczami koloru czerwcowego nieba. W ręce trzyma podłużny drewniany klocek. Klocek jest tramwajem linii „4”, co łatwo poznać po cyfrze wypisanej ołówkiem. „Czwórka” kursuje z Górczyna na Ogrody, czyli spod kaloryfera do dziecinnego łóżeczka z malowanymi na kremowo szczebelkami. Chłopczyk zna trasy wszystkich dwunastu linii w mieście. Skąd mu się to bierze? Może po dziadku, zawiadowcy stacji kolejowej w Gnieźnie? Tylko woli tramwaje niż pociągi… Chociaż pociągi też lubi i „Lokomotywę” Tuwima. Ale tramwaje bardziej.


Prasowanie idzie powoli, śpieszyć się nie ma potrzeby. Jak się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy – tak jej zawsze powtarzała matka. Więc prasuje sobie powolutku. Długie włosy z czoła odgarnia, by liter nie zasłaniały, bo prasuje czytając, a właściwie, czyta prasując. Czyta głośno, bowiem tego domaga się wycierający spodenkami na szelkach wypastowaną podłogę słuchacz. Uwielbia słuchać. Siedzi zasłuchany z otwartą buzią, jakby czas specjalnie dla niego zrobił sobie przerwę. Słuchanie bajek jest lepsze niż zabawa, lepsze nawet niż tramwaje. Wiersze Tuwima, bajki i baśnie Brzechwy, epopeje Makuszyńskiego i Walentynowicza. A spróbuj się pomylić. Wszystkie bajki już zna na pamięć, przeczytasz coś nie tak, zaraz cię poprawi z naganą w głosie.


Michał Anioł nie musiał prasować. Robił to, co kochał, a jej nie wolno. Świat nie jest sprawiedliwy. A prasowanie jest nużące, okropnie nudne i jeszcze trzeba przy nim uważać. Lewa ręka spryskuje wodą popelinę i przytrzymuje materiał, prawa prowadzi żelazko omijając guziki. Trzeba się skupić przy rozprasowywaniu tkaniny wokół guzików. Kobieta przerywa na chwilę czytanie. Pięcioletni teraz blondynek wierci się niecierpliwie w łóżku. Łóżko obłożone jest kolorowymi bajkami, Przygodami Koziołka Matołka i Awanturami i Wybrykami Małej Małpki Fiki Miki. Ale to już zna, teraz chce słuchać, co dalej stanie się ze Stasiem i Nel, których porwali źli beduini. Szyję ma opuchniętą – to świnka. Znów nie poszedł do przedszkola. Łapie każde choróbsko, jakby zarazki magnesem przyciągał. Encyklopedię zdrowia można by przy nim napisać. Wcześniej grypy, anginy, odry, ospy, szkarlatyny, wysypki. A ile się kiedyś strachu najedli, gdy miał krupa i w nocy trzeba było na pogotowie jechać. Kupiła kurę, jak zwykle, gdy choruje, dobrego rosołu nagotuje, to mu dobrze zrobi. I kogel-mogel mu utrze, ale się ucieszy. Taki jest śliczny, gdy się cieszy.


Młodszy syn odwiedza ją czasem w snach. Widzi go, leżącego na tapczanie, zawiniętego w tetrową pieluchę, przebierającego gołymi nóżkami i rączkami. Kiedy się traci jedno z dzieci, jest się skazanym na życie z poczuciem winy i  na to, które pozostało, tym bardziej się chucha i dmucha. Nie da mu zrobić krzywdy. Na przekór światu za oknem, na przekór wścibskim sąsiadom za drzwiami. Łatwo powiedzieć. Wypuścić  go samego do innych dzieci, to zaraz coś mu się stanie. Jest delikatny, jak to wcześniak, bać się o niego przywykła już w ciąży, a potem w szpitalu, kiedy leżał w inkubatorze. Jej życie to strach. A jego? Wieczna ciekawość. Ma już sześć lat i słucha „Old Surehanda” Karola May’a. Siedzi na środku pokoju, na ciepłej, przyjaznej klepce parkietu, w ręce trzyma klocek z numerem 11 (ze Sczanieckiej na Sołacz) i słucha o przygodach na Dzikim Zachodzie, o Indianach, o bezszelestnym skradaniu się, o ogniskach, preriach, koniach i skalpach. Słucha dziwnych, ale fascynująco brzmiących angielskich wyrazów przez autora wplecionych w dialogi. Żelazko syczy, para spod niego idzie, jak z gaszonego indiańskiego ogniska. Najlepsze są bezpieczne przygody w domu, lepsze niż bieganie po dworze, bo tam zawsze coś mu się przytrafi, a to z murka zleci i rękę sobie złamie, a to pod motocykl wpadnie i noga w gipsie. Choć i w domu nieszczęścia czyhają. Jaki inny dzieciak usiądzie akurat na gorące żelazko? Taki duży ten pokój, takie małe to żelazko, tuż obok kaloryfera stało. Komu innemu przyszłoby do głowy tyłek tam pakować? Wszystko zawsze po swojemu musi robić. Za dwa miesiące do szkoły idzie – ciężko będzie. Wszystkim. Z przedszkola parę razy chcieli go usunąć. Indywidualista, aspołeczny charakter – powiedziały baby wstrętne, etykietkę już mu dorobiły. Co one tam wiedzą? Po prostu ma dziecko bujną wyobraźnię i swoje zdanie. Może go w szkole dyscypliny nauczą, posłuszeństwa, bo czegóż innego. Przecież czytać, pisać i liczyć umie już od dawna.


Nowe koszule teraz mają być.
Non iron się nazywają, z angielska, nie wymagają  prasowania, wcale się nie gniotą. Wystarczy wyprać i powiesić do wysuszenia. Mniej do prasowania będzie. Ten świat jednak pomaleńku do przodu zmierza. Będzie lepiej, kiedyś przecież musi być lepiej.


To prawda, czytać i pisać nauczył się późniejszy Tata Adasia w domu. Szkoła w niewielkim stopniu mu pomogła. Uczyła gramatyki, ortografii, co było zajęciem mało pasjonującym, choć bezsprzecznie pożytecznym. W szkole próbowano przekazać mu standardową porcję wiedzy o literaturze, narzucając ex caetedra obowiązującą interpretację, czyli osławione „co poeta chciał przez to powiedzieć”. Tataadasiowe zdanie na ten temat nikogo nie interesowało. Uczył się też Tata Adasia pisania. Najważniejszą rzeczą w pisaniu wypracowania było nie robienie błędów. System ocen był prosty i sprawiedliwy: za trzy błędy obniżenie oceny o jeden stopień w dół. Jak demokracja, to demokracja. Wszyscy mieli równe szanse, szkolny walec skutecznie niwelował szanse różnie rozlosowane w genetycznej puli talentów. Kandydat na pisarza, bez pamięci do stawiania przecinków, nie miał żadnych awantaży w porównaniu z mało lotnym, za to skrupulatnym kandydatem na księgowego lub magazyniera. Na pewnym etapie albo zostajesz z umiejętnością do niczego w życiu nieprzydatną, albo chcesz się rozwijać i szukasz samemu. Młody Tata Adasia[2] uczyć się mógł jedynie czytając, bo nie spotkał nikogo, kto chciałby poświęcić swój czas, by go praktycznie czegoś nauczyć. Dziś nie ma pojęcia, jak to robił, że tyle  książek przeczytał, niektóre po kilka razy. To się zapewne kiedyś da naukowo wyjaśnić skąd brał na to czas, może przy okazji wyjaśni się coś z naturą czasu, bo zapewne czas wtedy biec musiał dla Taty Adasia zgoła inaczej. A gdybyście kiedyś spytali, kto go w szkole uczył polskiego, odpowie wam skromnie: Makuszewski, Sienkiewicz, Niziurski, Twain, Prus, Lem, Chandler i paru innych niezłych bakałarzy. Jeszcze Fredro, zwłaszcza ten… mniej oficjalny. W szkolnych latach, choć nie w szkolnej ławie, poznał Tata Adasia bogactwo języka w pełnej krasie, ujrzał możliwości jakie stwarza mistrzowskie nim operowanie. Ziarno zostało zasiane, a późniejsze lektury obficie podlewały pnącą się do słońca roślinkę.



[1] W ten sposób na domowej półce z poradnikami pojawiły się tak potrzebne w każdym gospodarstwie pozycje jak: “Amatorskie szkolenie psów”, “Wędkarstwo śródlądowe”, “Radiestezja w domu i ogrodzie” czy “Zarządzanie hotelarstwem i gastronomią”.

[2] Miało zabrzmieć tak dumnie jak “Młody Indiana Jones”, ale czy się udało?

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko