Leszek Żuliński: Aria na strunę własną

0
167

Leszek Żuliński


Aria na strunę własną

 

W naszych latach Gorzów Wielkopolski miał dwóch nieszablonowych, umykających zwyczajowym wyobrażeniom, twórców. Pierwszym był Kazimierz Furman; drugi – który na szczęście jeszcze jest i oby był jak najdłużej – to Zygmunt Marek Piechocki. Twórca o niewielkim dorobku literackim, wszakże większym niżeli wiele bujnych dorobków.

Postać! Ktoś, kto chodzi własnymi ścieżkami, outsider, może dziwak?, może klerk? Może artysta?

Wspomniałem o dorobku… Istnieje taki gatunek twórców, którzy odzywają się rzadko, lecz jak już – to już! Lub zostawiają po sobie ślad mało zmaterializowany, a pamiętany i ważny. Na przykład taki Franz Fischer. Nic nie napisał, a piszą o nim książki. Piechocki bierze od lat czynny udział w życiu kulturalnym, zwłaszcza muzycznym Gorzowa; był „wodzirejem” wielu imprez i koncertów, jego wizerunek w tych rolach zapewne przetrwa w kulturalnej historii miasta.

Nie wiemy, co jeszcze napisze, ale Listy hipotetyczne uznałbym „na dzień dzisiejszy” za opus vitae tego niebanalnego dżentelmena.

Do tej pory Piechocki wydał cztery tomiki wierszy i dał się poznać jako dobry felietonista oraz animator kilku wspaniałych przedsięwzięć kulturalnych. Jednak Listy, ta nowa książka, nawiasem mówiąc pięknie wydana, to rzeczywiście coś, co należy zważyć większą wagą.

W czym rzecz? Hannie Kaup w krótkim wywiadzie Piechocki powiedział: „Ja jestem nygus, więc tak sobie wymyśliłem. Zwracasz się do kogoś i mówisz, co czytasz, piszesz, co ci się przydarza. (…) Nie ma ludzi, którzy by słuchali. A te listy uzewnętrzniają to, co się we mnie dzieje”. Oto zdawkowa geneza tej książki.

Tak bywa… Pisujemy w myślach listy, których nigdy nie wysyłamy. Potencjalne, hipotetyczne… Może chcielibyśmy je wysłać, ale coś nas blokuje, wstrzymuje; a może w ten sposób po prostu rozmawiamy z samym sobą – i to nam wystarcza?

Piechocki wymruczał sobie w myślach i przelał na papier takie właśnie listy do czterech dam: do Pani En Suo, do Pani Ani, do Pani Lucynki, do Pani Julii i jeszcze kilka pojedynczych
do osób innych. Zbyt wiele nie wiemy, kim są te damy (choć to i owo możemy sobie z tekstu na ich temat poskładać); postacią znaną jest tylko En Suo, japońska pianistka związana z Polską różnymi nitkami. No, jeszcze o Pani Jagodzie wiemy, że mieszka w Pogwizdowie Nowym, poczta Zaczernie, ale to już może być mistyfikacja, bo autor zamieszcza reprodukcje kilku kartek pocztowych tam wysłanych, do Pani Jagody, wszakże na wszystkich kartkach jest stempel z tą samą datą, a i same kartki jakby pozostały w rękach nadawcy; podstemplowane, lecz jednak może niewrzucone do skrzynki pocztowej?

Wszystkie hipotetyczności, które tu rozważam, są jednak drugorzędne, bowiem w listach odnajdujemy kawałek realnego życia i prawdziwych zdarzeń. Piechocki zapisał w nich diariusz swoich koncertowych bywań, lektur, znajomości, spotkań, także rozmaite odpryski dnia codziennego i przede wszystkim refleksje oraz nastroje.

Jak wiadomo – jest melomanem. Ale to mało powiedziane – jest Wielkim Melomanem. O muzyce wie wszystko, a o Chopinie jeszcze więcej (co mu nie przeszkadza cenić np. Niemena). Jest także wytrawnym, wysmakowanym czytelnikiem (spectrum lektur przewija się tu ogromne – od Rilkego po Bukowskiego). Jest „kulturalnym powsinogą” – bywalcem, uważnym, rozkochanym uczestnikiem koncertów, wsiadającym w pociąg czy auto i jadącym daleko, by coś lub kogoś posłuchać. Jest pasjonatem – robi z zapałem i przekonaniem, to co robi; to zaś z kolei wyzwala w nim jakieś cudowne poczucie wyczuwalnej tu wolności. Jest artystą! Lubieżnikiem Sztuki i Czystej Estetyki, uwiedzionym przeze Muzy, wiernym im kochankiem. I nie zapominajmy – że Poetą. Jest zbratany z Matką-Naturą i odnajdujący w sobie harmonię duchową oraz ład intelektualny. Żyje wnikliwie i w zdrowej aurze aksjologicznej.

Choć ani taki pustelnik, ani – być może – nawiedzony asceta, trochę kojarzy mi się z eremitą. Bo takich ludzi nam ubywa, są pozostałością po lepszych dla kultury czasach, jakby niegdysiejsi dzisiaj, którzy zaprzedali duszę Sztuce.

Nie wnikam w rozmaite szczegóły i ciekawostki tej książki, jest ich tyle, że musiałbym się jako recenzent zbyt solidnie napracować, hehe, jednak takiego podziwu dawno nie miałem wobec lektury. Piechocki jest wierny swoim ideom-fix, jest konsekwentny w wyborach, jest wnikliwym obserwatorem spraw mniejszych i większych, ma niezwykłą wrażliwość wobec szczegółu, niuansu i umie sumować te „drobiazgi” w niescholastyczny i niemoralizatorski morał. Jego erudycja imponuje. Wszystko, co w tych listach bierze pod pióro, ma swój ogromny kontekst w oczytaniu, w wiedzy, w zegarmistrzowskiej chęci zgłębiania przedmiotów, które go porywają swoją urodą czy tajemnicą. Reaguje na świat swoim przyjaznym zachwytem i wyłuskuje wartości, które czynią ów świat, zwłaszcza dzisiejszy, lepszym.

Ta książka to po prostu piękny utwór na własną strunę! Utwór autentyczny, unikatowy pod wieloma względami, mądry. Dziś już mało kto tak literaturę wodzi i takie dźwięki w niej znajduje.

Proszę mi teraz, Drogi Czytelniku, pozwolić na osobiste słowo do Autora: Panie Marku, recenzję z tej książki nie ja powinienem pisać. Raczej Jachimecki, Waldorff, Kydryński… Tak się składa, że nie mogą. Proszę mi więc wybaczyć przerost zachwytów nad meritum – ale z tych pierwszych przede wszystkim się nie wycofam!

Jeszcze na koniec: książka jest, jak wspomniałem, pięknym dziełkiem edytorskim. Jej koncepcję opracowała Monika Szalczyńska, a barwnymi, baśniowymi, zjawiskowymi wręcz ilustracjami ozdobił Leszek Kostuj.

Tak, wszystko tutaj wypadło ponad przeciętną normę…

 


Zygmunt Marek Piechocki Listy hipotetyczne, Sonar Sp z o.o., Gorzów Wlkp. 2010, s. 166

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko