Krzysztof Lubczyński rozmawia Z KAROLEM STRASBURGEREM – aktorem filmowym i teatralnym

0
228

Krzysztof Lubczyński rozmawia Z KAROLEM STRASBURGEREM – aktorem filmowym i teatralnym


TRZEBA ZAWIERZYĆ GŁUPOCIE ZDARZEŃ

 

– Przez pierwsze dwadzieścia lat pracy aktorskiej wśród Pana ról dominowała klasyka, ale w pewnym momencie, tego typu role znikają na rzecz tematyki współczesnej. Podobnie jest  w przypadku wielu innych aktorów. Dlaczego jest aż  tak totalny odwrót od klasyki w teatrze?

– Pana spostrzeżenie jest trafne. Rzeczywiście bardzo się „uwspółcześniłem” w ostatnich latach. Zawsze widziałem się na scenie jako aktora szekspirowsko-norwidowsko-mickiewiczowskiego. Grałem też na przykład Czarowica w „Róży” Żeromskiego, spektaklu Macieja Wojtyszki, które po jednym przedstawieniu zdjęła cenzura. Od kilku dobrych lat gram głównie w lekkim repertuarze, zgodnie z zapotrzebowaniem publiczności…  Może klasyka jest dla ludzi za ciężka, za trudna, może chcą w teatrze odpocząć, rozerwać się, zabawić? Mimo braku klasyki, widzów – po okresie pewnego odpływu –  jest ich coraz więcej, mimo, że bilety są drogie. Powstają też nowe teatry. Nie da się jednak zaprzeczyć, że teatr klasyczny trochę się wypalił. Na „Hamleta” czy „Dziady” nie ma tylu amatorów, co na sztuki współczesne.


– Dlaczego?

–  Takie czasy. Może ludziom nie chce się wysilać myślowo, docierać do sensu języka dawnych tekstów? Może się one zestarzały? Kto wie? Zniknął dawny styl aktorstwa, wzniosły, potężny, tubalny, napuszony, choć nawiasem mówiąc mój dyrektor Gustaw Holoubek namawiał nas byśmy grali naturalnie, bez sztuczności, udawania, wiarygodnie, a więc współcześnie, zatem nie jest to znów taka całkowicie nowa idea. Także moja profesor ze szkoły teatralnej, Zofia Mrozowska mówiła, żeby się uwspółcześniać, iść z duchem czasu w sposobie gry, byle to uwspółcześnianie nie było amatorszczyzną. Dziś aktorzy starają się być właśnie prawdziwi, naturalni, spontaniczni, prywatni. W dużym stopniu młodzi ludzie narzucili nowy język, nie przystający do starej sztuki teatru. Odrzuca się to, co było mądre, doświadczone, tradycyjne i stawia się na młodość, która wnosi dużo energii, ale też dużo uproszczeń, pośpiechu, myślenia i  reagowania komputerowego. Trochę mi żal tamtych przedstawień z czasów PRL, na które zawsze były pieniądze, wielkoobsadowych, wystawnych, podziwianych na Zachodzie, dokąd z nimi jeździliśmy. Wszystko się jednak zmienia i nic na to nie poradzimy. Do tego dochodzi zalew telenowel i sitcomów, w których można się już pogubić, coraz trudniej nam się skupić i skaczemy jak opętani po kanałach


–  Gerard Depardieu powiedział, że teatr zginie, bo jest przedsięwzięciem zbyt kosztownym i dla zbyt małej liczby odbiorców?

– Może aż tak źle nie będzie, choć z drugiej strony w filmie tworzy się sztuczne byty aktorskie, awatary tworzone wirtualnie, sztucznie. Z drugiej strony aktorstwo teatralne jest o tyle unikalne, że to jedyna sztuka odbierana jednocześnie z jej tworzeniem.


–  W latach 1971-1982 był Pan w jednym z kilku najlepszych zespołów teatralnych w Polsce, w Teatrze Dramatycznym w Warszawie za Gustawa Holoubka. Co Pan wyniósł z tamtego okresu?

– Wszystko, co reprezentuję  jako aktor: warsztat, poważny stosunek do zawodu. Był to mój pierwszy stały, etatowy teatr po studiach i zarazem ostatni. Później już byłem tylko w teatrach impresaryjnych. W zespole byli moi aktorscy idole z młodości: Holoubek, Świderski, Zapasiewicz, Gołas, Voit, Skaruch, Józek Nowak, no i moi rówieśnicy, Piotr Fronczewski czy Marek Kondrat. To był właściwie mój dom, w którym przebywałem prawie cały czas. Bardzo ważna była atmosfera za kulisami, kapitalne monologi Gustawa, rozmowy przy stoliku w bufecie, gdzie my młodzi nabożnie słuchaliśmy starszych mistrzów i tak dalej. Dziś takich zespołów, takich hierarchii już nie ma.  Dziś młodzi mówią z pewnością siebie, głośno i często bez sensu, a starzy przysłuchują się im i nie wiedzą jak się zachować.


–  W filmie i serialach wyspecjalizował się Pan w realistycznych rolach pozytywnych postaci, oficerów, ludzi czynnych i odważnych, takich jak Niwiński z „Polskich dróg” czy Szajnowicz „Iwanow” w „Agencie numer 1”. Czy to był ten kierunek, to emploi, do którego przygotowywał się Pan w szkole teatralnej?

– Istotny wpływ miał na mnie mądry Aleksander Bardini, który dawał nam wskazówki w jakim kierunku się kształtować, w zależności od warunków zewnętrznych, w zależności od tego do czego się kto nadaje. I to on mi powiedział, że będę nadawał się do ról pozytywnych, wysportowanych facetów. I tak się stało, choć nie byłem z tego do końca zadowolony, bo środowisko dawało odczuć takim pozytywnym amantom, że są trochę papierowi. Czasem tak bywa, że los daje nam nie to, czego najbardziej chcemy. Nieodżałowany Mietek Czechowicz, wspaniały komik, marzył o graniu ról lirycznych i dramatycznych, ale publiczność wolała, gdy ją rozśmieszał. A wiem, że czasem kobieta cnotliwa potrafi lepiej zagrać rolę erotyczną niż kobieta prawdziwie doświadczona, bo ta pierwsza bardziej myśli o tym, czego jej brakuje…


– !!!. . .

–  Lepiej jest też grać wbrew swoim prawdziwym cechom, bo wtedy unika się ekshibicjonizmu. Natomiast nigdy nie przyszło mi do głowy, że stanę się aktorem komediowym,   że będę grał w farsach czy w skeczach, na estradzie. To trudna sztuka. Wymaga większego rygoru niż role dramatyczne. Nie wolno się zgrywać, nie wolno chcieć być śmiesznym na siłę, trzeba zawierzyć głupocie zdarzeń, trzeba umieć zagrać durnia na poważnie. Wtedy osiąga się efekt komiczny. Bywa, paradoksalnie, i tak, że dojrzałość aktorską i pełny kunszt osiąga się wtedy, gdy się jest mniej ambitnym, gdy gra się na luzie, bez nadmiernego napinania się.  Pomaga też poczucie, że nie jest się pępkiem świata, że jest wiele innych świetnych zawodów i że niekoniecznie trzeba być całe życie aktorem. Uważam tak wbrew temu, że  jeden z moich profesorów, rektor Jan Kreczmar  wpajał nam przekonanie o wadze tego zawodu, o misji jaką on nosi.


– Na koniec zapytam o Pana udział w jednej z najsłynniejszych scen miłosnych polskiego kina, z „Nocy i dni” Jerzego Antczaka, gdy jako Toliboski  wchodzi Pan w ubraniu do stawu po nenufary, po czym wręcza je Pan Barbarze na oczach zgromadzonego towarzystwa…

– Kilka lat temu została ona uznana za najbardziej liryczną scenę w polskim kinie. Pan Jerzy powierzył mi zadanie stworzenia postaci mężczyzny idealnego, żarliwego mężczyzny z miłosnych marzeń kobiecych, wcielenie księcia z bajki. I udało się, mimo że bardzo mało w tej roli mówię, co mnie na początku deprymowało. Cieszę się, że wziąłem udział w scenie, która przeszła do historii kina.


–  Kogo Pan cenił najbardziej ze swoich pedagogów PWST?

– Poza wspomnianym  Bardinim, Kreczmarem czy Mrozowską, także Zbigniewa Zapasiewicza,  który  jako człowiek o ścisłym wykształceniu, uczył nas zawodu bardzo konkretnie, bez ogólników. Mnie jako osobie bardziej technicznej niż humanistycznej bardzo to odpowiadało.


–  Nie nęciła Pana rola pedagoga w swoim zawodzie?

– Incydentalnie mi się to zdarzało, ale nie czułem się w tym zbyt dobrze, bo nie czułem się wystarczająco godny, wystarczająco przygotowany do funkcji nauczyciela.

 

————————————————————-

KAROL STRASBURGER – ur. 2 lipca 1947 r. w Warszawie aktor teatralny, filmowy i telewizyjny. W młodości szkolnej uprawiał gimnastykę sportową w klubie Legia Warszawa (największe osiągnięcie – drużynowe mistrzostwo Polski w 1964 r.). Studiował w Państwowej Wyższej Szkole Morskiej w Szczecinie, a następnie Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie, której jest  absolwentem. Debiutował w 1970 r. w serialu „Kolumbowie”.

Po ukończeniu PWST został zaangażowany do Teatru Dramatycznego m.st. Warszawy, którego dyrektorem do 1982 r. był Gustaw Holoubek. Zagrał m.in. w „Kubusiu Fataliście”, „Hamlecie”, Królu Learze”, „Mordzie w katedrze”, Nocy Listopadowej, „Operetce” W. Gombrowicza, „Mizantropie”, „Warszawiance”, w filmach i serialach: „Kolumbowie” (1970),Agent nr 1” (1971),  „Jeszcze słychać śpiew rżenie koni” (1971), „Czarne chmury” (1973) „Czterdziestolatek” (1974), „Noce i dnie” (1975),Polskie drogi” (1976), „07 zgłoś się (1977),  „Karino” (1976), ”Wielki Szu” (1982), , „W labiryncie” (19881991), „Ekstradycja” (1996), „Klan” (1997), „Na Wspólnej” (2007), „Pierwsza miłość (2009).

Grał również w teatrze telewizji m.in. w „Kordianie i chamie” (1972),  „Beatrix Cenci” (1973), „Hamlecie” (1974) „Makbecie” (1988), „Warszawiance” (1994), „Skowronku” (2000). Obecnie współpracuje z teatrami Komedia i Bajka w Warszawie. Od 1994 r. jest gospodarzem teleturnieju Familiada w TVP2. Wydał własną książkę kulinarną z elementami autobiograficznymi.

 

 

W tym roku nakładem Wydawnictwa Adam Marszałek w Toruniu ukaże się książka Krzysztofa LubczyńskiegoMieszanka firmowa. Rozmowy i szkice literackie”.

Składać się na nią będą przeprowadzone na przestrzeni 18 lat rozmowy z kilkunastoma znanymi i wybitnymi polskimi (jeden wyjątek – węgierski pisarz Gyorgy Spiro, wszakże zajmujący się problematyką na wskroś polską, autor głośnych „Mesjaszy“) pisarzami i poetami starszego pokolenia, m.in. z R. Bratnym, J. Krasińskim, J. Henem, Z. Safjanem, E. Bryllem, A. Mandalianem, a także nieżyjącymi już J.S. Stawińskim i W. Żukrowskim).

Mieszanka firmowa” zawierać też będzie rozmowy z kilkoma znanymi krytykami i eseistami (m.in. z nieżyjącym już R. Matuszewskim, a także z M. Komarem, W. Sadkowskim czy A. Żurowskim), dwie rozmowy ze światowej renomy myślicielami (Z. Baumanem i A. Walickim) oraz kilka szkiców krytyczno-literackich poświęconych gronu pisarzy i krytyków, zarówno żyjących (m.in. J. Bocheński, T. Konwicki, S. Mrożek, J.M. Rymkiewicz, J. Głowacki, A. Żuławski, E. Niziurski), jak i nieżyjących (m.in. T. Breza, K. Brandys, K. Mętrak, W. Sokorski) .

Zgodnie z tytułem zawierającym słowo „mieszanka”, wspomniany zbiór charakteryzuje się wszechstronną różnorodnością. I to właśnie o nią chodziło autorowi – o różnorodność „ponad podziałami”. Rozmówcy Lubczyńskiego to twórcy najrozmaitszego autoramentu pisarskiego, estetycznego, a także środowiskowego i ideowo-politycznego, można by rzec, twórcy z różnych, nieraz antagonistycznych kręgów literatury polskiej. Dzieli ich niejednokrotnie bardzo, bardzo wiele, ale łączy jedno – każdy z nich pozostawił już swój ważny ślad na szlaku literatury polskiej. Dzięki temu książka ta jest ważnym przyczynkiem do obrazu polskiej literatury od 1945 roku.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko