KRZYSZTOF LUBCZYŃSKI: MGŁA

0
287

KRZYSZTOF LUBCZYŃSKI

 


MGŁA

 

Obudził go jej przyspieszony oddech i dopiero wtedy poczuł przenikliwy chłód. Byli  wtuleni w siebie, spleceni  jak węże w koszu, ale ich wzajem przenikające się ciepła nie chroniły ich wystarczająco przed zimnem panującym w izbie. Wyplątał się z jej objęć, odwinął derkę i boso stanął na lodowatej podłodze. Po omacku podszedł do stołu i zapalił świecę, w której blasku objawiły się kostropate liszaje na ścianach. W wilgotnym pomieszczeniu płomień rozwijał się leniwie, skwiercząc. Chwycił lichtarz i postawił go obok misy  z wodą. Na powierzchni pływały kawałki lodu. Szybkimi ruchami przemył twarz, po czym starannie wytarł się szorstkim kawałkiem płótna. Podszedł do okna i przybliżył oko do szczeliny w zamkniętej okiennicy. Na zewnątrz panowała jeszcze ciemność. Dorota poruszyła się na łóżku, po czym gwałtownie, nerwowo zerwała, rozglądając się w popłochu. Uspokoił ją chrapliwym szeptem, mówiąc, że dzwony jeszcze nie biły. W kleszczach mroźnego przedświtu pamięć miłosnej nocy wydawała mu się niemal nierealna. Dorota w pośpiechu przywdziała suknie, plącząc się w nich i motając. Szybko przemyła twarz.

– Zdążę? – spytała niespokojnie.

– Zdążysz, nie bój się – powiedział uspokajająco.

Szybko skrzesał ogień na palenisku i zamieszał drewnianą łyżką w pękatym kociołku wiszącym na łańcuchu, pod sufitem. Po chwili rozszedł się zapach kartoflanki z bulionem. Siorbnęli oboje po kilka łyżek strawy, przywdziali okrycia i pospiesznie wyszli na ulicę.  Browarna przywitała ich chłodem, mgłą i wilgocią. Szybko, choć trochę po omacku poszli w górę miasta, plątaniną ścieżek między budami, budkami, szopami, rozpadającymi się ruderami, depcząc z chrupiącym hałasem zamarznięte rynsztoki, mijając po drodze plątające się tu i ówdzie, okutane w łachmany figury. Roznosił się gorzki zapach dymów snujących się z kominów domostw i z palenisk. Doszli do Mariensztatu i wydostali się na plac Zamkowy. Wyniosła kolumna z figurą króla dzierżącego w dłoni krzyż oraz bryła Zamku zawsze były dla nich niezawodnymi punktami orientacyjnymi. Mgła zasnuła cokół i część kolumny, więc król jakby lewitował wysoko nad ziemią. Stąd do placu Bankowego było już bardzo blisko i nie tak mitrężnie jak od Browarnej. Dorota służyła jako podkuchenna w pałacu Zamoyskich. „U państwa” – jak zwykła mawiać. Jan mawiał o miejscu jej służby: „w Błękitnym”.  Gdy w pośpiechu przebiegali plac doszły do ich uszu jakieś hałasy, pokrzykiwania, jakby stłumione przez mgłę, choć nie bardzo odległe. Nigdy o tej porze takich odgłosów tu nie słyszeli. Uwagę Jana zwrócił gniewny, nerwowy ton tych okrzyków. Były to po części pohukiwania pijackie, bełkotliwe, po części wojskowe, dziarskie. Zatrzymał się, zatrzymując też Dorotę. Popatrzyła na niego ze zdziwieniem, a w jej oku pojawił się wyraz ponaglenia, by szybko iść dalej.

– Widzisz? – spytał wskazując ruchem głowy ciżbę ludzką kłębiącą się wokół dwóch  ognisk roznieconych u wylotu Piwnej i Świętojańskiej.

– Co? – Dorota szczęknęła zębami.

– A nic, nieważne, nie wiem co to jest, idziemy – zdecydował w mgnieniu oka.

Skierowali się szybko w Senatorską. Gdy doszli do zbiegu z Miodową minęli szybko idący ront wojskowy. Jakby przeczuwając, że ten nietypowy ruch o tej porze znów przyciągnie uwagę kochanka, Dorota energicznie pociągnęła go za rękaw. Szła tak szybko, że ledwo za nią nadążał.

Przed pałacem Prymasowskim również kłębili się jacyś ludzie, rozmaitego autoramentu, mundurowi i surdutowi, łachmaniarze. Na chwilę zdziwiła go osobliwa komitywa tych trzech stanów. Nie pamiętał, by wcześniej surdutowi panowie w cylindrach spoufalali się z plebsem, a to, co teraz ujrzał, sprawiało takie wrażenie. Po chwili pojawił się masyw pałacu Jabłonowskich i Jan przypomniał sobie minione lato, gdy w tamtejszych piwnicach wykonywał prace mularskie. Chłód piwniczny  i kwarta piwa z lodem przyniesione przez majstra dawały ulgę od upału lejącego się z nieba na wyludnione ulice miasta. Jeszcze tylko kilka zadyszanych pośpiechem chwil i doszli do Błękitnego. Dziedziniec przed pałacem wypełniony był hałaśliwą  ciżbą. Jan spojrzał w prawo, w przestrzeń placu, skąd, szczególnie spod gmachu Komisji Skarbu dochodził odgłos jakby brzęczącego pszczelego roju. Ciżba ludzka przed Błękitnym była niespokojna. Na dziedzińcu paliło się kilka ognisk, wokół których, wśród połyskujących iskier kłębiły się tłumki chętnych do ogrzania się. Słychać było okrzyki, oklaski, śmiechy, przekomarzania, kłótnie, urągania, przekleństwa. Dorota uścisnęła na pożegnanie ramię Jana, przekroczyła bramę w ogrodzeniu otaczającym pałac i przeciskając się przez tłum ruszyła w kierunku bocznej oficyny, w której służyła. Jan miał ochotę zatrzymać się, zapytać kogoś o przyczyny tumultu, ale machnął ręką, bo i on musi pędzić do warsztatu na Chłodną. Biegnąc niemal, patrzył pod nogi i raz tylko zahaczył wzrokiem o jakiś fragment muru, a jego wzrok uchwycił, na ułamek sekundy, na jednej z bram kamienicznych biel świeżego afisza. Przesylabizował w myśli pierwsze słowa: „Polacy, równie smutne jak niespodziewane wypadki wczorajszego wieczora i nocy…”, ale nie chciało mu się sylabizować dalej i pobiegł w pustawą Elektoralną. Raz tylko obejrzał się za siebie, by nie wpaść pod koła kląskającego mu za plecami powozu. Wreszcie wyłoniła się Chłodna. Gdy wchodził w bramę kamienicy ku ciemnemu podwórzu, przy którym mieścił się warsztat, ostatnim rzutem oka spojrzał ku wylotowi Orlej i ujrzał kolejne ludzkie kłębowisko wokół ogniska. Kiedy jednak wszedł do warsztatu, szybko zapomniał o doznanych wrażeniach.

 

Tymczasem Dorota szybko wbiegła do oficyny, do pomieszczenia dla służby i w pośpiechu przywdziała fartuch. Palono już w kuchennych piecach i rozchodził się wokół zapach palonych, mokrych bierwion i kopciu. Ze słodyczą pomyślała o niedawnej miłosnej nocy. Czuła, że jej oczy są jeszcze zasnute mgiełką upojenia. Jeszcze czuła tamto spocone ciepło, tamten rytm. Sięgnęła na półkę spiżarni i zdjęła wielką, glinianą donicę pełną jaj, które zaczęła rozbijać, wlewając zawartość do drugiej donicy. Pozostałych podkuchennych nie było, co ją trochę zdziwiło, ale nie zaprzątała sobie tym głowy i pogrążyła w robocie. Gdzieś z dala, za korytarzem  dochodziły odgłosy wzmożonej krzątaniny. Nagle z hałasem otworzyły się drzwi, w których stanęła chuda pokojowa. Spod czepka wystawały jej siwe kosmyki włosów.

– Szybko nalej gorącej wody, ale żywo – rzuciła zdyszanym głosem i wskazując biały stos płóciennych serwet leżący na komodzie dodała:  – Weź te płótna i chodź za mną.

Dorota posłusznie wykonała polecenia. Szły słabo oświetlonym korytarzem, następnie krętymi schodami w górę i doszły do obszernego przedsionka. Tu już jasno jarzyły się całe kolonie świec. Jeszcze jeden korytarz, ten wyłożony wzorzystą, strojną, żółtą tapetą w różane esy-floresy. Przed wysokimi, zdobnymi, białymi drzwiami ze złoconą klamką stał majordomus. Dorota widziała go po raz pierwszy i zwróciły jej uwagę jego łydki w białych pończochach i błyszczące, wiśniowe pantalony Zamaszystym ruchem otworzył drzwi obszernej komnaty. Na jej środku stało szerokie łoże, w którym leżał mężczyzna w sile wieku, mocno już przyprószony siwizną. Jego włosy były zlepione potem i skrzepami krwi.  Oczy miał zamknięte i ciężko oddychał. Robił wrażenie nieprzytomnego. Wyglądał na trawionego przez gorączkę. Ciało jego nieustannie lekko drżało, jakby z zimna, choć piec zbudowany ze zdobnych kafli i przypominający chiński pałac, dobrze ogrzewał komnatę. Na kołdrze, którą był przykryty widać było plamy krwi. Obok łoża stała misa z zakrwawioną wodą. W drugiej misie leżały zakrwawione szmaty. W kącie komnaty siedział starszy mężczyzna w surducie, opasany fartuchem, nieco poplamionym krwią. Na podłodze stała torba, obok niej szary cylinder. Na stoliku, na płótnie leżały lekarskie narzędzia. Roznosił się intensywny zapach ziół, wśród których dominowała woń rumianku. Pokojowa odsłoniła pierś mężczyzny, na której widać było kilka głębokich ran i zaczęła je delikatnie obmywać. Jedna z ran zahaczała o szyję. Wtedy ranny otworzył oczy, w których Dorota zobaczyła bolesny obłęd i poruszył się niespokojnie.

– Spokojnie, generale, spokojnie – powiedział lekarz.

W odpowiedzi na te słowa ranny spazmatycznie i przeciągle, po psiemu zaskowyczał i podniósłszy z wysileniem głowę zawołał łkając: – Boże mój, Boże mój, co oni uczynili, dlaczego mi to zrobili, doktorze? Za moją miłość ojczyzny! Panie przebacz im, bo nie wiedzą co czynią!

Zmęczony tym wysiłkiem opuścił głowę na poduszkę i ponownie popadł w letarg. Pokojowa dokończyła swoich czynności, przykryła tors generała i wycofała się, a za nią Dorota. Gdy wracały, Dorota w oka mgnieniu zobaczyła przez okno, z wysoka, szary, gęsty tłum zapełniający plac Bankowy. Gdy powróciła do spiżarni zajęła się układaniem na pólkach słojów z konfiturami, przyniesionych przez kogoś w międzyczasie. Całkowicie zapomniała o porannym tłumie, ale prześladował ją widok zakrwawionego, płaczącego generała. „Co mu się stało, biedakowi?” – zastanawiała się przez chwilę, ale niebawem przestała sobie tym zaprzątać głowę, zajęta bez reszty robotą

W „Honoratce” gęsty jak galareta dym szczelnie wypełniał pomieszczenia aż po łuki sklepień. Szczękały naczynia, bulgotały płyny,  unosiła się woń rozmaitych alkoholi, z dominującym odorem piwa, zapachy gorących i zimnych zakąsek, bigosu i kiszonej kapusty. Faworski pociągał dymu z długiej lulki, sączył kawiznę i przerzucał „Nowiny Warszawskie”. Jego wzrok spoczął na moment na jakiejś notce o petersburskich teatrach, ale nie przyciągnął jego uwagi. Przerzucał dziś gazetę z roztargnieniem, bo trawił go nieokreślony niepokój. Odpoczywał po ślęczeniu redakcyjnym, dziś szczególnie męczącym. Wypuścił kłąb dymu i spojrzał na tarczę swojej cebuli. Do rozpoczęcia spektaklu Marii pozostały trzy kwadranse. Grała w nim jakąś „Damę II”, bliżej się nie orientował, nie miał serca do teatru. Miał  natomiast serce do Marii i zwyczaj oczekiwania na nią za kulisami. Rozejrzał się jeszcze po honoratkowym przybytku. Tego wieczoru ruch w lokalu wydał mu się jakby nieco wzmożony niż zazwyczaj. W przeciwległym roku dostrzegł drobnego jak młody kurczak koleżkę o kruczoczarnych, kręconych włosach, bladej cerze i wielkich, ciemnych, pałających oczach. Poznał go na Giełdzie, gdzie Jul, kontysta w Komisji Skarbu, bardzo biegły w rachunkach, rachujący z szatańską prędkością, grywał z powodzeniem.  Jul kochał pieniądze z namiętnością dziecka cieszącego się zabawką. Poza tym był poetą i w dogodnej chwili wyjmował z kiezeni kajet, coś tam w nim zapisując. Faworski wymienił kilka ukłonów ze znajomymi bywalcami „Honoratki”, przecisnął się przez ciżbę i wyszedł na Miodową. Z wolna, stukając laską o bruk ruszył ku „Rozmaitościom”. Było mgliście i w powietrzu wirowały rzadkie drobiny śniegu, szybko topniejące. Po lewej stronie placu cielsko pałacu Krasińskich jarzyło się tu i ówdzie nielicznymi oczkami świateł. Po przeciwnej stronie świecił intensywnie niski, przysadzisty budynek teatru. Faworski przemierzył błotnistą przestrzeń placu i wszedł w ciepły, brudny westybul „Rozmaitości”. W garderobach i korytarzach, jak zwykle przed spektaklem, kłębił się personel. Na moment mignęła mu Maria, ale nie zauważyła go w zaaferowaniu. Wszędzie roznosił się zapach pudru, szminek, kurzu i wosku z palących się świec. Faworski przysiadł w kącie. Machinalnie sięgnął na półkę po postrzępiony egzemplarz jakiejś sztuki i bezmyślnie go przerzucał. Zabrzmiał pierwszy dzwonek na przedstawienie. Faworski zbliżył się do kurtyny. Słychać było zza niej gwar schodzącej się publiczności, tupot obcasów, chrząkania, pokasływanie, odgłosy rozmów. Ogarnięty ciepłem i dookolnym poszumem przysnął i obudził go dopiero intensywny szum braw i śmiechy. Znów zapadł w sen i znów obudził go hałas, ale tym razem inny niż zazwyczaj. Zamiast rytmicznej deklamacji aktorów i muzyki, dał się słyszeć bardzo głośny, zmasowany tupot obcasów, jakby na widownię wtargnęło wielu ludzi. Głośne okrzyki zdradzały stan zdenerwowania. Za kurtyną najwyraźniej odbywała się jakaś awantura i Faworski wyczuł, że nie jest to kłótnia sceniczna, lecz jakaś najzupełniej prawdziwa. Przetarł dłońmi zaspaną twarz i na chwilę zamienił się w słuch. Przeciągnął się, gwałtownie podniósł z fotela i przez szczelinę w kotarze spojrzał na widownię. Jego wzrok natrafił na lożę, w której stał wzburzony, siwy oficer. Faworski nie znał go, ale rozpoznał po chwili na jego mundurze generalskie szlify. Czerwona twarz generała drżała od gniewu i kontrastowała ze szlachetną siwizną gęstej czupryny i okazałych faworytów. Nawet z dala było widać, że jeszcze chwila a trafi go atak apopleksji. Widzowie zachowywali się różnie. Jedni siedzieli w fotelach, zesztywniali, inni, na ogół młodzi mężczyźni stali pod ścianami, rozemocjonowani.  Główne wejście na widownię wypełnione było przez grupę podchorążych. Faworski bez trudu rozpoznał ich niebieskie mundury.

– Ki diabeł?– mruknął pod nosem.

Generał, głęboko i apoplektycznie oddychając mówił coś gniewnie, porywczo. Faworski słyszał tylko urywane skrawki jego przemowy: „półgłówki”, „ciężko przypłacić”, „burda”. Zwłaszcza słowo „burda” zabrzmiało najdobitniej i najdźwięczniej, tonem wyczuwalnej irytacji i niecierpliwości. Wydało mu się, ale nie był pewny, że ostatnie słowa generała brzmiały: „Idę spać”. Zobaczył jeszcze tylko, jak jeden z podchorążych, ten który stał przed szeregiem, zasalutował, dał komendę „w  tył zwrot, naprzód marsz” i zaczął opuszczać salę ze swymi towarzyszami. Znudzony podpatrywaniem tumultu Faworski powrócił na sofę i zapalił fajkę. Zza kurtyny dochodziły zmasowane odgłosy szurania obcasami. Wyglądało na to, że publiczność opuszcza salę. Znów ogarnęła go błoga senność. Przebudziło go dotknięcie dłoni Marii. Uśmiechała się promiennie.

– Możemy iść – powiedziała.

Rzucił okiem na tarczę cebuli.

– Iść? A przedstawienie?

– Skończyło się wcześniej, nawet nie zdążyłam wyjść na scenę.

– A co, z powodu tego tumultu? O co chodziło? – dopytywał się.

– Nawet nie wiem. Podobno jakaś burda w mieście – odpowiedziała niedbale.

– Jaka burda?

– A skąd mam wiedzieć?

W Faworski odezwał się na chwilę dziennikarz, ale był zbyt znużony by podtrzymać w sobie ten odruch.

Wyszli na plac. Ciemną przestrzeń oświetlały tylko blade snopki światła rzucane przez nieliczne latarnie. U wylotu Długiej, przed pijarami, stał fiakier. Wsiedli pod budę powozu, która się zakołysała i z wolna ruszyła.

– Do Łaźni? – spytał woźnica.

– Tak – potwierdził Faworski.

Fiakier ruszył w dół Długiej. Faworski bezmyślnie wsłuchiwał się w kląskanie kopyt końskich. Przy skręcie w prawo zamajaczyła sylweta paulinów, jeszcze chwila i ponowny skręt w prawo, w Podwale. Jechali wzdłuż murów, słabo widocznych we mgle. Plac Zamkowy, sylweta króla Zygmunta. Zjechali ku Mariensztatowi, mijając bezładnie postawione i tonące w błocie drewniane domki, budki i budeczki. W końcu fiakier zatrzymał się przed rzęsiście oświetloną Łaźnią Majewskiej. Pod rzymskimi kolumnami, pokrytymi odpadającym tynkiem i zgniłą zielenią grzyba jarzyły się rozświetlone okna. Dochodziły dźwięki skrzypiec, jakiegoś sfatygowanego klawesynu, podśpiewywania, odgłosy rozmów i śmiechów. Jedna z latarń wiszących nad wejściem rzucała pasemko czerwonego światła. Faworski pomógł Marii wysiąść spod budy i zapłacił fiakrowi. Ten schował monetę do kieszeni, skłonił się uchylając pomiętego cylindra i cmokając na konie odjechał. Po chwili pleczyste, czarne cielsko powozu zniknęło za zakrętem. Faworski i Maria weszli do wnętrza i owiały ich intensywne wyziewy Łaźni. Była to mieszanina woni mydła, ziół, dymu tytoniowego, kwaśnego wina, mięsiwa, perfum i potu. Po obu stronach wejścia stali wysztywnieni fagasi. Jeden trzymał kandelabr z zapalonymi świecami, drugi odbierał okrycia. Ten wziął od nich peleryny i cylinder oraz laskę Faworskiego. Weszli  w labirynt korytarzy i komnat. Wokół panował gwar rozmów, kręciły się damy, niektóre z lekka roznegliżowane i podochoceni panowie, cywilni i mundurowi.  Służba roznosiła na tacach kieliszki szampana, kłębił się dym z cygar i fajek, snuły dźwięki muzyki. W kącie dużej sali o ścianach wyłożonych żółtą tapetą w czerwone róże Maria zobaczyła stare przyjaciółki, Górkową i Wielhorską.  Pulchna blondynka o rumianej twarzy Górkowa chichotała po dziewczęcemu, co tworzyło kontrast z tykowatą jak żyrafa i strojącą godne miny, upudrowaną na dziobatej fizjonomii Wielhorską. Uściskała się z nimi kordialnie, po czym trójka dam rozszczebiotała się wesoło i z ożywieniem nad nowymi trendami w damskiej modzie warszawskiej. Faworski rozejrzał się po sali. Jak zwykle badał swoim okiem dziennikarskim ludzkie osobliwości, podejrzane typy, których zawsze kręciło się tu mnóstwo, osobników o rozbieganych oczach, na których twarzach malowało się hulaszcze życie, wygalantowanych nuworyszy, szulerów, którzy na kilometr cuchnęli podejrzanymi interesami, czy szykownie ubranych dandysów. Faworski podszedł do majordomusa i spytał go o „pana hrabiego”. Majordom wskazał mu drogę  płynnym, uprzejmym ruchem ramienia. Hrabia siedział w niewielkim, gustownie urządzonym, ustronnym saloniku, za inkrustowanym bogatymi rzeźbieniami orzechowym biurkiem. Tkwił rozparty w fotelu, w rozpiętym swobodnie zielonkawym surducie, z tą swoją gruźlastą, pokrytą czerwonymi wykwitami twarzą. Lewą, nieco sękatą dłonią trzymał za ucho filiżankę z parującą kawą, a w prawej dzierżył niewielką książeczkę, w którą wczytywał się przez opuszczone nisko, na czubek nosa binokle. Na srebrnej popielnicy dymiło wypalone do połowy cygaro. Przez dłuższą chwilę zdawał się nie zauważać Faworskiego, który wiedział, że to kabotyńska demonstracja wyższości i w postawie niemal na baczność stanął w progu. Wreszcie Hrabia podniósł, nieco leniwie, wzrok i skierował go na gościa.

– I cóż tam nowego, panie redaktorze? – spytał z lekką drwiną w głosie – Co słychać? Podobno jakaś ruchawka w mieście?

– Podobno, panie hrabio.

– Taaa… – mruknął przeciągle Hrabia – Wróżę temu narodowi ciężki los. A wie pan dlaczego? Z powodu występującego u niego chronicznego braku rozumu. Przeczuwam, że cały ten wysiłek księcia ministra Lubeckiego, żeby podnieść z gnoju cały ten narodowy interes, spełznie na niczym. Wszystko diabli wezmą. Widzi pan, wystąpienie Kościuszki to był ostatni moment, kiedy w tym narodzie były siły do odzyskania niepodległości. Teraz jest już za późno. Moi ludzie donieśli mi, że ta ruchawka nie zyskała aplauzu, ale Konstanty i najjaśniejszy cesarz zbieszą się tęgo, a bitni oficerkowie sami zaciągną sobie pętle na szyjach. Ma pan dla mnie ten artykuł?

– Jutro przed południem dostarczę panu do biura. A co do tego, co pan powiedział, hrabio, ja nigdy nie podzielałem tych gorączek p a t r i o t y cz n y ch – ostatnie słowo wypowiedział z ironiczną emfazą.

– No, ja nie wątpię kochany panie redaktorze – w głosie hrabiego zabrzmiał z ton z lekka kpiarski – W przeciwnym razie nie moglibyśmy ze sobą współpracować i może zamiast pracować dla mnie, pisałby pan po nocach nieprawomyślne broszury, a moje psy ścigały by pana, jak kiedyś tego nieszczęsnego majora Łukasińskiego. Gnije od kilku lat u karmelitów, a szkoda, bo to podobno tęga głowa, lotny i wzniosły umysł, który przydał by się krajowi. Oficer śledczy, inteligentny człowiek z którym czasem grywam w wista i który  tu bywa, a może jest i dziś, na przesłuchiwaniu tego Łukasińskiego strawił wiele dni. I wiesz pan co? Był nim oczarowany? Ale cóż , pan major wybrał mrzonki, więc niech gnije w lochu. Cóż pan poradzisz, tu nawet najlepsze umysły łatwo ulegają skłonności do popadania w niepojęty dur.

– Przepraszam, panie hrabio, czy mogę o coś zapytać?

– Słucham.

– A czy pan wierzył kiedyś w te narodowe mrzonki?

– Nie tyle wierzyłem, panie Faworski, ile do pewnego momentu uważałem, że nie pozbawione są szans. Cóż pan zresztą chce, jako młodzian uczestniczyłem w ruchawce pana naczelnika Kościuszki. Zupełny wtedy byłem młokos. Ile to miałem lat? … Dziewiętnaście, dziewiętnaście mój panie. Służyłem wtedy w artylerii, pod innym, nawet młodszym nieco ode mnie młodzikiem, ogniomistrzem, panem hrabią Hoene-Wrońskim,  Józefem, dziś filozofem w Paryżu, głoszącym mesjanizm polski. Uważasz pan? Mesjanizm polski.  Nie lada był to frant. Zwykły oficer, choć arystokrata, artylerzysta, ale strasznie uczony. Aliści choć wyniosły jak lord angielski, polubił mnie czemuś i opowiadał mi w wolnych chwilach, na biwakach, przy ognisku i flaszce wina jakieś uczone farmazony, z których ni w ząb nie tylko nic nie rozumiałem, lecz zgoła nie pojmowałem, tak były zawiłe. Mówił, że ten naród jest skazany na zagładę. Mówił tak przekonująco, z jakąś straszliwą elokwencją, z diabelskim naciskiem, że aż mi ciarki przechodziły. I wiesz pan, ja to na całe życie zapamiętałem, utkwiło mi to jak cierń  głowie i nigdy jej już nie opuściło. Dlatego ta dzisiejsza ruchawka nie robi na mnie wrażenia. No panie Faworski, chodźmy do towarzystwa, a przede wszystkim do dam – spuentował monolog Hrabia.

Towarzystwo coraz bardziej się rozochocało, alkohol zaczynał buzować w głowach, twarze zaczerwieniły się, ruchy stały bardziej impulsywne, głosy podniesione. Wielhorska i Górkowa dalej deliberowały z Marią. Faworski odnotował, że nadal wymieniały uwagi o modzie i jakieś ploteczki. Przy Hrabim pojawiła się barwnie, papugowato  ubrana i nieco zbyt jaskrawo umalowana, młoda jejmość. Podał jej kieliszek szampana, przepił do niej i dał głową znak, w odpowiedzi na który oddaliła się na piętro. Faworski usiadł na sofie i przyglądał się kłębowisku gości. Z sąsiedniej sali dochodziły odgłosy muzyki i widać było kilka tańczących par. Wypił kilka kieliszków szampana i po czym znów uległ senności. Ocknął się, gdy za oknem wstawał blady świt. Na rozstawionych w pobliżu sofach spało ciężko i chrapliwie kilku jegomościów. Zastanowił się przez chwilę, gdzie może znajdować się Maria, ale machnął ręką na myśl o jej poszukiwaniu. Przy westybulu drzemał na siedząco lokaj. Ocknął się, gdy Faworski stanął nad nim jak kat nad grzeszną duszą.

– Już, już będzie fiakier dla pana redaktora – powiedział ze skwapliwą usłużnością lokaj.

Faworski wyszedł na orzeźwiające powietrze i łapczywie je wdychał dla otrzeźwienia. Od pobliskiej Wisły wiła się gęsta mgła. Zakląskały kopyta i fiakier zatrzymał się przy kolumnach Łaźni. „Na Elektoralną” – rzucił komendę Faworski, któremu w nagłej iluminacji przyszła myśl, by złożyć poranną wizytę Julowi. Powóz ruszył ze skrzypieniem, kopyta roztaplały się w gęstym błocku. Przeciął Mariensztat i wjechał na plac Zamkowy, gdzie płonęło kilka ognisk, wokół których gromadziły się tłumne grupy. Faworski ze znudzeniem przyglądał się obrazom przesuwającym się za szybą powozu i odczuwał coraz większą dokuczliwość bólu głowy, następstwo nadmiaru szampana. Powóz skierował się w Senatorską, po czym skręcił w prawo w Miodową. Pod Pałacem Prymasowskim stacjonowały grupki zbrojnych. Na Miodowej powóz rozpędził się nieco, minął kapucynów i kiedy mijał wielki łuk bramy pałacu Paca Faworski pomyślał o Julu, który swego czasu krótko przemieszkiwał w tamtejszej oficynie. Przez chwilę rozważał, czy Jul spał tej nocy, czy może nocne wypadki ściągnęły go na ulicę. Tu i ówdzie Faworski zauważył białe plamy afiszów rozlepionych na murach kamieniczek i na drzewach. Przez moment pomyślał by na chwilę zatrzymać fiakra i treść afisza odczytać, ale odechciało mu się. Fiakier ostro skręcił w Długą w stronę Arsenału. Władysławowski gmach i jego otoczenie przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy. Łuk głównej bramy, zwykle zamkniętej, ział na przestrzał ku wewnętrznemu dziedzińcowi, a rozrzucone resztki wyważonej i potrzaskanej bramy poniewierały się na placu. Wszędzie wałęsały się grupy mundurowych i cywilnych, milczące patrole i hałaśliwe hałastry, wśród których rej wodzili osobnicy robiący wrażenie nietrzeźwych. Faworski przypomniał sobie widziany chwilą splądrowany skład wódek Newachowicza. Przed Komisją Lubeckiego i rotundą Banku roił się rozgorączkowany tłum. Do powozu podbiegali jacyś podochoceni osobnicy, którzy coś wykrzykiwali  i stukali w szybę robiąc w stronę Faworskiego nieprzyjazne i nieprzystojne gesty. Faworski patrzył na tę pantomimę ze wzgardliwą obojętnością. Przypomniały mu się słowa Hrabiego z ich wieczornego spotkania w Łaźni, o chronicznym braku rozumu w tym narodzie. „Ruchawka pijanej hałastry” – pomyślał z pogardą. Głośno i przeciągle ziewnął, gdy pojazd zatrzymał się przed dziedzińcem pałacu Błękitnego. Zobaczył parę jakichś szaraków podchodzących do ogrodzenia pałacu. Kobieta uścisnęła ramię mężczyzny przekroczyła ogrodzenie i przedzierając się przez ciżbę się ruszyła ku oficynie pałacowej. Mężczyzna przez chwilę patrzył za nią, po czym szybkim krokiem skierował się ku wylotowi Elektoralnej. Fiakier Faworskiego jechał mimowolnie jego śladem do momentu, gdy mężczyzna zniknął w bramie jednej z kamieniczek. Mgła ciągle wisiała w powietrzu.

Jula zastał w bieliźnie, zaspanego. Na orzechowym stoliczku, wokół kałamarza z resztką atramentu, w którym tkwiło pióro, leżały rozrzucone, zapisane kartki. Na opasłym tomie Hegla stał talerzyk z niedojedzonym ciastkiem kremowym, a obok filiżanka wystygłej kawy.

– Spodziewałem się raczej, że spędziłeś tę noc na ulicy – powiedział tonem żartobliwego wyrzutu.

Jul popatrzył na niego wzrokiem w którym malowało się zdziwienie.

– A z jakiegoż to powodu? – spytał rozespanym głosem i nie czekając na odpowiedź dodał szybko: – Planuję pograć dziś w kasynie. Pójdziesz ze mną?

– Być może. Jak opadnie mgła, zapraszam cię na kawę do Brzezińskiej.

– Z przyjemnością – ucieszył się Jul i wyglądając przez okno powiedział: – Rzeczywiście, wyjątkowo gęsta ta mgła.

 

Warszawa, 29 listopada 2010 roku

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko