Krzysztof Lubczyński rozmawia z Andrzejem Strzeleckim, aktorem, rektorem szkoły teatralnej

0
358

{jcomments on}Z ANDRZEJEM STRZELECKIM, aktorem, reżyserem,  rektorem Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie rozmawia Krzysztof Lubczyński

Podobno ma Pan ogromną kolekcję chińskich bucików porcelanowych…

– Tak, kiedyś w USA nabyłem taki bucik. Spodobała mi się koronkowa chińska robota i zacząłem zbierać, ale obecnie nie powiększam kolekcji, bo się tych bucików zrobiło w mieszkaniu za dużo.

 


Nie jestem pewien, czy takie hobby pedagoga i rektora jest wychowawcze dla młodzieży…

– (śmiech) – O, to na pewno nie.

 

Od kiedy uczy Pan młodzieży aktorstwa?

– Od 1974 roku zacząłem tu pracować jako asystent, po ukończeniu szkoły teatralnej, a w trakcie studiów reżyserskich. A w 1968 przyszedłem tu ze Starego Miasta, z Nowomiejskiej, czyli jako chłopiec ze Starówki. Obejrzałem tu przedstawienia fantastycznego rocznika dyplomowego, Piotra Fronczewskiego, Maćka Englerta, Andrzeja Seweryna. Aktorem zostałem przez przypadek, bo miałem być dziennikarzem jak rodzice.

 

43 lata doświadczeń i obserwacji pozwalają Panu na liczne wnioski. Jak w tym czasie zmieniała się młodzież aktorska?

 

– Podstawową zmianą, jaka zaszła, jest zmiana ustroju. Co to oznacza? Do momentu zmiany ustroju teatr pełnił różne funkcje o charakterze społecznym. Po zmianie stał się tylko jednym z licznych sposobów korzystania z życia, także przez studentów i młodych aktorów. Oni są nastawieni egoistycznie na siebie, bo zmusza ich do tego kapitalizm, rynek. Ja wychowałem się w czasach zespołowych. Poza tym teatr utracił mistyczną magię przekaźnika prawdy. W zamian zaproponował publiczności przypatrywanie się światu aktorskiemu jako światu celebryckiemu. Konsekwencją tego stanu rzeczy jest eliminacja wszelkich kryteriów wartości. Kiedyś wiedzieliśmy, kto jest kim w środowisku, a piramida hierarchiczna powstawała naturalnie. Teraz obca siła, spoza środowiska, zaczęła budować swoje piramidy i namieszała ludziom we łbach. Kiedy mówiło się „aktor”, to miało się na myśli Holoubka, Stuhra, Fronczewskiego, a teraz określa się tym słowem jakieś młodziutkie efemerydy bez najmniejszego dorobku. Pewna pani z Indii zapytała mnie, tu w Warszawie, gdzie podziali się znani jej polscy aktorzy starszego i średniego pokolenia. Spytała, czy my ich chowamy czy palimy na stosie (śmiech). Bo zobaczyła we wszystkich spektaklach samych młodych ludzi.

 

Aktorzy starszego pokolenia rzeczywiście rzadko występują…

– Rok po roku wytracamy filary tradycji, a po odejściach, rok po roku, Gucia Holoubka i Zbyszka Zapasiewicza, te przęsła jeszcze bardziej się zachwiały. Dziś młodzi ludzie po studiach nie Ida do teatru na etat, ale biegają po castingach i szukają projektów teatralnych. Oni są tacy, że porażki to dla nich norma, nie tragedia, ale w związku z tym także sukcesy już nie mają tego smaku, jak dla nas.

 

A jak podchodzą do sztuki słowa, esencji teatru? Mówi się o jej upadku wśród młodych aktorów…

– Staramy się ich uczyć tego, żeby byli słyszalni na scenie, bo to podstawa. Ale, jak mówił jeszcze Zbyszek Zapasiewicz, powstaje pytanie, po co uczyć Norwida, skoro i tak nie jest od lat wystawiany? Mimo to uczymy tego Norwida i innych, bo zobowiązuje nas tradycja i potrzeba pokazania młodym ludziom piękna w sztuce. Czynią to nasi pedagodzy, bardzo różni i bardzo różnie uczący. Młodzi ludzie muszą to przynajmniej poznać, wiedzieć że jest tradycja i piękno w sztuce. Muszą nauczyć się mówić mową wiązaną, n.p. Fredrą. Akademia Teatralna jest szkołą publiczną.

 

Nie tylko Norwida ale klasyki  w ogóle gra się obecnie bardzo mało…

 

– To prawda. Muszą  być jednak przygotowani na to, że klasyka wróci do teatru.

 

W tym czasie bardzo zmienił się i zmienia język aktorstwa…

 

– Odpowiedź na to uzyska pan oglądając stare taśmy ze spektaklami teatru telewizji, n.p. spektakl „Mistrza” Jerzego Antczaka sprzed 45 lat, gdzie stary już wtedy aktor Janusz Warnecki gra tak, że to do dziś jest współczesne. Podobne wrażenie odnosi się, gdy patrzy się na Bogumiła Kobielę w „Mieszczaninie szlachcicem” Moliera w reżyserii Jerzego Gruzy sprzed 43 lat. Ale już tak szacowni aktorzy jak Tadeusz Białoszczyński czy Zdzisław Mrożewski nawet jako młodzi grali tradycyjnie, hieratycznie, na wysokim C. Czyli nie metryka i czas, ale typ talentu i indywidualności decyduje.

 

Dziękuję za rozmowę.

Andrzej Strzelecki , ur. 4 lutego 1952 roku w Warszawiereżyser i aktor teatralny, telewizyjny i filmowy, nauczyciel akademicki, profesor sztuk teatralnych, reżyser imprez masowych, satyryk. Twórca warszawskiego Teatru Rampa. Wśród masowej widowni najbardziej kojarzony z serialu „Klan” jako doktor Tadeusz Koziełło-Kozłowski. Gracz i działacz golfowy,

W latach 19741981 był związany z Teatrem Rozmaitości w Warszawie. Był twórcą i współzałożycielem kabaretu „Kur” (1974) oraz teatru Rampa, którego przez 10 lat (19871997) był dyrektorem naczelnym i artystycznym. Grał w kilkunastu spektaklach Teatru Telewizji – m.in. „Król w kraju rozkoszy” – „Żółta szlafmyca” oraz jednoaktówkach Michaiła Zoszczenki „Love”, „Film” i „Smutne miasteczko. Prowadził ok. 50 autorskich programów telewizyjnych w TVP: m.in. „Parada blagierów. Jest także aktorem filmowym. Grał m.in. w „Przepraszam czy tu biją”, „Ostatni bieg”, „Kuchnia polska”, „Przeprowadzki”, „W pustyni i w puszczy”. W 2007 r. wydał swoją pierwszą książkę – “Człowiek w jednej rękawiczce”, w której zawarł rozmaite anegdoty i historie, które przydarzyły się jemu i innym miłośnikom golfa.

.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko