Z wybitną aktorką młodego pokolenia MARTĄ ŻMUDĄ-TRZEBIATOWSKĄ rozmawia Adam Sęczkowski

0
454

Z wybitną aktorką młodego pokolenia MARTĄ ŻMUDĄ-TRZEBIATOWSKĄ rozmawia Adam Sęczkowski


Ach, zagrać u boku Tarantino…

 

–  W Twojej biografii wyczytałem, że urodziłaś się 26-go lipca czyli jesteś zodiakalnym Lwem; tak na marginesie:  ja urodziłem się 29-go lipca. W opisie dla tego znaku Zodiaku znajdziemy między innymi: energię, optymizm, radość życia, poczucie humoru, nie załamywanie się niepowodzeniami. Czy te cechy Cię charakteryzują?

– Urodziłeś się 29-go lipca?…

 

 

– Tak….

 

– Czyli urodziłeś się w dniu moich imienin… Fajnie!…   Szczerze powiedziawszy to nie do końca wierzę w horoskopy i tą całą magię, ale wierzę w to, że gdzieś tam na górze każdy ma przypisaną swoją gwiazdę. Pod wszystkimi cechami charakteru, które wymieniłeś mogę się śmiało podpisać. Mam urodziny 26-go lipca, a znak Lwa zaczyna się 24-go, więc wydaje mi się, że mam też sporo cech raka; a Rak to jest czasem wycofanie, czasem zamknięcie, „życie refleksją”. Uważam, więc, że jestem mieszanką cech Raka i Lwa…


–  Pozostając  jeszcze przez moment w kręgu astrologii, przeczytałem, że kobiety urodzone w dekadzie Lwa uwielbiają złoto i szlachetne kamienie…  Czy tego rodzaju prezentów  spodziewasz  się od swojego partnera?

 

– Jak mi się dokładnie przyjrzysz –  to możesz zaobserwować, że raczej nie jestem obwieszona złotem czy jakimiś tego typu gadżetami  czy precjozami… (śmiech Marty). Jedyna rzecz, którą lubię z ozdób to są duże, męskie zegarki. Poza tym nie przywiązuję dużej wagi do różnych „okazjonalnych dni”, które niejako „wymuszają” prezenty od mężczyzn dla kobiet… Nie uznaję  Święta Kobiet, jak i  na przykład  Walentynek. Są to oczywiście bardzo miłe święta, ale uważam, że kobieta każdego dnia powinna mieć  Dzień Kobiet. Z takiego założenia wychodzę i tego wymagam od wszystkich mężczyzn…

 

– Dzisiaj  spotykamy się w Łodzi, w Teatrze Jaracza na sztuce „Motyle są wolne”. Był to Twój debiut teatralny, ponieważ raczej jesteś aktorką grającą w teatrze lub w telewizji. Czy możesz coś więcej powiedzieć Czytelnikom o sztuce i Twojej roli?

 

– Otóż półtora roku  temu po raz pierwszy wystąpiłam w tym przedstawieniu. Obecnie  gram także spektaklu pt. „Kiedy Harry poznał Sally” w warszawskim Teatrze Kwadrat. Premiera odbyła  się 10-go kwietnia, czyli można powiedzieć, że rok po debiucie wchodzę w zupełnie inne przedstawienie i inną rolę. Jeśli chodzi o „Motyle są wolne”  – to myślę, że to przedstawienie dopiero teraz dojrzało. Nie wiem, co prawda, który to już spektakl gramy, ale dziś tak szybko sobie podsumowaliśmy i wyszło nam, że chyba 50-ty. Wydaje mi się, że dopiero teraz to przedstawienie ma taki fajny, bardzo profesjonalny, właściwy kształt.  Cały zespół ma wielką frajdę z grania tego przedstawienia, bo zaraz po premierze spektakl był jeszcze taki bardzo surowy;  to znaczy –   każdą komedię należy sprawdzić z publicznością i dopiero wtedy można ją dopracować. Wtedy można miejsca, sceny, dialogi,  w których  na przykład  publiczność się nie śmieje, nie reaguje tak jakbyśmy tego oczekiwali – dopracować, a nawet  zmodyfikować, stworzyć na nowo. Teraz mam wielką radość grania roli swojej bohaterki. Po premierze czułam się dość niepewnie; może, dlatego, że mam dość małe doświadczenie teatralne, a po drugie, dlatego, że brakowało mi kontaktu z widzem. Przez trzy miesiące pracowaliśmy sami, zamknięci w teatrze i dopiero po tym czasie mieliśmy okazję sprawdzić spektakl z widzem.

 

–  Występowałaś w takich serialach jak: „Magda M.”, „Twarzą w twarz”, „Serce na dłoni”, później w filmie „Nie kłam kochanie”, następnie „Teraz albo nigdy”, „Ciacho”. Czytając Twoją filmografię mam wrażenie, że wolisz występować  przed kamerami,  niż w teatrze. A może się mylę?…  Większą przyjemność sprawia Ci perspektywa tego, że widzowie zobaczą Cię, gdy będzie zmontowany film czy serial, czy też kontakt z żywą publicznością w teatrze?

 

–  To jest zupełnie inna praca. W teatrze buduje się rolę od początku do końca. Każdy spektakl jest inny, tutaj nic nie można już w trakcie spektaklu  poprawić, wszystko dzieje się „tu i teraz”, na żywo. Przed kamerą, jak stwierdziłeś, rolę nie tylko buduje aktor, ale też reżyser, montażysta i wiele innych osób, które mają wpływ na efekt  finalny.  Na razie  mam zbyt małe doświadczenie, żeby odpowiedzieć Ci na to pytanie, co bardziej lubię. Może za parę lat będę potrafiła odpowiedzieć na to pytanie, już z przekonaniem i stanowczo….

 

–  Czyli możemy się wstępnie umówić na rozmowę za kilka lat?

–  Możemy, możemy (śmiech Marty). Na tę chwilę odpowiem dyplomatycznie. Wielką frajdę sprawia mi zarówno gra przed kamerą i na deskach w teatrze. Stąd moja decyzja, aby występować w Teatrze Kwadrat, bo właśnie dołączyłam na stałe do zespołu. A to jest dla mnie  wyróżnienie!  Nie zamierzam jednak rezygnować z kamery i filmów. W tym sezonie również sporo filmowych  przedsięwzięć zrealizuję, takie mam plany. A  życie, jak to życie, często weryfikuje plany i zamierzenia….

 

– Czy są już dla Ciebie konkretne propozycje filmowe czy serialowe?

– Są konkretne propozycje, ale nie chciałabym jeszcze o nich mówić. Nie chodzi nawet o to, aby nie zapeszyć, ale chciałabym najpierw to zrobić, aby potem mieć, o czym mówić. Chciałabym najpierw  w ciszy i spokoju skupić się na tych projektach. Wracając do sedna; myślę, że dla rozwoju aktora potrzebna jest gra zarówno w filmie jak i w teatrze.

 

– Sława, sukces, rozpoznawalność  – to wielkie słowa. Jak czujesz się jako aktorka, która doświadcza tego w tak młodym wieku?!…

 

–  (Śmiech) Uważam, że przez  ponad  trzy lata po skończeniu szkoły bardzo dojrzałam. Wiele  spraw, w bardzo krótkim czasie na mnie spadło. Bardzo szybko dowiedziałam się, co mi się podoba, a czego nie chcę. Mogę powiedzieć, że od niedawna wytyczyłam sobie świadomą drogą artystyczną. Moje ostatnie wybory zawodowe były bardzo świadome. Wielokrotnie podkreślam to, że po szkole teatralnej młody aktor chce grać, uczyć się, więc czeka na jakąkolwiek propozycję i chwyta się każdej roli. Mnie w pewnym momencie przestało to wystarczać. Przestrzeń serialu stała się dla mnie zbyt ciasna, poczułam, że się wyczerpałam i takie bezpieczeństwo gry w serialu, które daje stałą pracę i stały dochód staje się na przekór –  bardzo niebezpieczne!…  Człowiek przestaje się wtedy rozwijać. Postawiłam wszystko na jedną kartę, odwróciłam cząstkę mojego świata do góry nogami decydując się na dość ryzykowne produkcje filmowe oraz na teatr.

 

–  Słyszałem, że marzy Ci się gra u boku Quentina Tarantino. Czy to Twój wzór i Mistrz?…

 

–  Skąd Ty to wiesz?…  (śmiech) Miło byłoby zagrać pod jego batutą;  u jego boku  także… Bardzo cenię jego filmy począwszy od „Reservoir Dogs”, a kończąc na „Bękartach wojny”. Podoba mi się to, co robi w kinie, jest szalony, nieobliczalny…  i kiedy oglądam –  co bardzo lubię  –  materiały dodatkowe oprócz filmu i słucham jak aktorzy opowiadają o pracy z Tarantino,  to wydaje mi się, że temperament tego „szaleńca” dorównuje mojemu temperamentowi….


– Wracając jeszcze do Tarantino; kiedyś powiedział on, że traktuje swoją pracę „śmiertelnie poważnie, jak zawał”….  Czy Ty również jesteś perfekcjonistką?

 

– Jestem….  Choć jak mówią – wszelki perfekcjonizm jest drogą do samozagłady…. (śmiech)

 

–  Jaką masz definicję szczęścia?

– Trudne pytanie. Nie wiem, jak na nie odpowiedzieć. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Często co prawda podkreślam, że jestem osobą szczęśliwą, ale to wynika raczej z mojego podejścia do życia, z mojej filozofii;  to znaczy, że nawet potknięcia czy porażki nie traktuję w kategorii nieszczęścia, tragedii a staram się je „przekuwać” na swego rodzaju szczęście, zwycięstwo…  Cieszę się, że to mnie spotkało, dzięki temu mogę wyciągnąć wnioski, nauczyć się czegoś nowego i umocnić swój charakter.

 

–  Czyli coś na wzór: „Co mnie nie zabije to – wzmocni”?…

 

–  Absolutnie tak!…   Ale czym jeszcze tak naprawdę jest szczęście? Tego nie wiem. Na pewno każdy ma swoją definicję. Wydaje mi się, że nie jest to coś co się osiąga, a raczej sposób życia, „sposób podróżowania” w życiu…

 

–  Jesteś określana mianem najpiękniejszej i najseksowniejszej polskiej aktorki. Jak się z tym czujesz?

 

–  (Śmiech) Bardzo mi miło. Dziękuję…

 

–  Jesteś osobą niezamężną, panną. Skąd u Ciebie dwa nazwiska?

No tak. Jestem jeszcze dość młoda i jeszcze przyjdzie czas na małżeństwo (śmiech). Żmuda – jest przydomkiem,  Trzebiatowska –  nazwiskiem właściwym. Na terenach, z których pochodzę jest to normalne. Jest tam mnóstwo rodzin, które mają dwuczłonowe nazwiska i absolutnie nie jest to nazwisko po mężu, albo jedno po mamie, a drugie po tacie.

 

–  Rozpoczyna się kolejna edycja show „Taniec z gwiazdami”, w którym Ty byłaś o krok od zwycięstwa. Czy będziesz śledzić zmagania uczestników? Jak wspominasz swoje występy?

 

–  Bardzo mało oglądam telewizję. Jak ja występowałam,  to nie widziałam nawet jednego odcinka z  moimi wyczynami na parkiecie…  Czasem tylko w internecie obejrzałam jakiś pojedynczy taniec. Wspominam program z dużym sentymentem, to była świetna okazja, by nauczyć się tańczyć;  dziś narzekam, że nie mam czasu ani okazji, aby potańczyć poza na przykład   imprezami typu Sylwester….  (śmiech)

 

–  W jaki sposób spędzasz czas wolny?

 

–  Jestem typem „kanapowca”, który spędza czas z dobrą książką. Luksusem jest dla mnie kiedy mam chwilę wolnego czasu i  tak właśnie mogę  go spędzić. Uwielbiam czytać i uważam, że pomimo iż  dużo czytam –  to wciąż czytam za mało.

 

–  Jaka jest ostatnio przeczytana przez Ciebie książka, którą możesz nam polecić?

 

–  Obecnie  jestem w trakcie lektury „Krytyki politycznej”  Andrzeja Żuławskiego;  jest to wywiad rzeka. Nawet jadąc tutaj z Warszawy do Łodzi byłam pochłonięta tą lekturą. Mnie to bardzo interesuje. Lubię też czytać książki, które jakoś tam łączą się z moim zawodem. Jestem typem człowieka, który czyta pięć książek na raz, bo czytam też teraz podręcznik „Reżyserowanie aktorów”. Mam pięć zakładek  w różnych  książkach i wybieram  tytuł  w zależności od swojego nastroju.

 

–  Dotknęliśmy tematu Twoich rodzinnych stron. Pochodzisz z Kaszub. Czy możesz pozdrowić czytelników w języku kaszubskim?

 

–  Absolutnie nie, bo nie uczyłam się nigdy języka kaszubskiego. Mój dziadek był rodowitym Kaszubem, ale tylko dziadek.  W naszym domu nigdy nie kultywowano tradycji kaszubskich, ani nie mówiło się w tym języku.

 

–  Czego można Ci życzyć na najbliższe miesiące?

–  Dobrych ról, świetnych scenariuszy, bo gdy ich nie ma – aktor może tylko westchnąć: „Po pierwsze – nie ma armat…”  (śmiech)

 

–  Tego właśnie Ci życzę i dziękuję za rozmowę.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko