Krzysztof Ćwikliński: POWRÓT

0
161
Filip Wrocławski

Krzysztof Ćwikliński


POWRÓT

 

Filip WrocławskiPod koniec roku 1982 czy też na początku 1983 znalazł się we Francji. Sformułowanie „znalazł się” – zważywszy na okoliczności – jest eufemizmem. Został zmuszony do wyjazdu, dokładniej brutalnie wyrzucony z Polski. Pojechał do Francji, której nie znał, ale którą kochał beznadziejną miłością Polaka biegle władającego francuskim. Gdy się upił, a pijał często, może nawet nazbyt często, mówił wyłącznie po francusku. Nikt z nas nie wiedział dlaczego, bo też nikt z nas nie przechodził w takich stanach na angielski czy niemiecki, mając już i tak wystarczające problemy z polskim, ale też żaden z nas nie kochał się, już nie tylko, że nie beznadziejnie, ale choćby nawet trochę, w Anglii czy Niemczech. Nie chorowaliśmy nawet na Polskę. Chorowaliśmy na samych siebie.

 

Tak więc z dwiema walizkami, w których zawierał się cały jego dobytek, znalazł się najpierw w pełnym Wietnamczyków i Polaków obozie przejściowym w Limoges, później – gdy się już okazało, że języka uczyć się nie potrzebuje – w Sarcelles pod Paryżem, gdzie wynajął mieszkanie. W pierwszych miesiącach pobytu temu czy innemu z przyjaciół przysłał widokówkę lub zwięzły list. Potem zapadła cisza.

 

W małym miasteczku, zagubionym gdzieś pośród lasów i jezior tuż przy rosyjskiej granicy, zostawił rodziców i siostrę. Czasem mówiliśmy, że to on powinien być nią, a ona nim, gdyż on był dziewczęco delikatny, ona sposobem bycia przypominała mężczyznę. Z tego miasteczka przyjechał siedem lat wcześniej na studia, które zresztą ukończył w terminie i jakby od niechcenia. Był wybitnie zdolny, błyskotliwy, oczytany. Potrafił i lubił imponować. Jednocześnie był węzłem kompleksów wywołanych jednym, ale za to jakże istotnym zagadnieniem egzystencjalnym: kim ma być? Chciał być artystą. Pisał poprawne wiersze w nieco klasycyzującej stylistyce, rzetelne, aczkolwiek pozbawione tego polotu, z jakim zwykł się wypowiadać, recenzje i szkice literackie. Ogłaszał je tu i ówdzie. Marzył o tomiku wierszy, snuł projekty książki o Ostapie Ortwinie. W naszym zamkniętym świecie knajp, klubów studenckich i akademików miał nazwisko. Poza nim go nie miał. To go chyba najbardziej bolało.

 

Po studiach pracował w lokalnym dzienniku, czytywanym chyba wyłącznie z przyzwyczajenia przez emerytów, zaś przez członków pewnego satelickiego stronnictwa politycznego z organizacyjnego obowiązku. Pisywał o rozprawach sądowych, na które nie chodził, o malowaniu na niebiesko śmietników, które i tak pozostawały nie pomalowane, o najnowszych książkach miejscowych pisarzy, których nikt nie czytał, o podjętych spontanicznie inicjatywach, których nikt nie zamierzał realizować. Gdy wybuchł Sierpień rzucił tę ogłupiającą go – jak nie bez racji twierdził – posadę i dał się ponieść rwącym falom historii. 13 grudnia 1981 roku został internowany. Rok później był już we Francji.

Znalazł tam dobrze płatną pracę, ale zamienił ją na jeszcze lepiej płatną. Potem podobno jeździł samochodem dostawczym, wózkiem widłowym, składał komputery i Bóg jeden wie, co jeszcze. Nie pisał. Jego nazwisko ani razu nie pojawiło się w prasie emigracyjnej. Czytał. Poświęcił się zupełnie swojemu ulubionemu zajęciu; zupełnie do tego stopnia, że stracił pracę i mieszkanie. Podobno mieszkał z jakąś Laotanką, a naprawdę nie wychodził z pobliskiego bistra. Może nawet tam spał?

 

Pewnego dnia zniknął, choć może lepiej byłoby powiedzieć rozpłynął się, gdzieś w pobliżu Gare du Nord, wtopił w tłum czy w mury budynków, pochłonęły go ruch i zgiełk, szczelnie skryły rosnące wokół klony i kasztanowce, porwał miotający ich konarami wiatr. Zniknął, przepadł, zaginął bez śladu.

Poszukiwano go bezskutecznie. Trwało to latami. Nie udało się niczego ustalić. Był i przestał być. Podobno ktoś rozpoznał go na policyjnym zdjęciu, ktoś inny widział na Martynice, jeszcze ktoś słyszał, że…

 

Podobno… Ktoś… Kiedyś… Gdzieś… Snuto domysły, tworzono fantastyczne wersje wydarzeń. Przeciętna, niczym szczególnym nie wyróżniająca się biografia urosła z czasem do wymiarów legendy. Powtarzano ją chętnie, najchętniej podczas biesiad, w oparach alkoholu i papierosowego dymu, aż niesiona przez kawiarniany szum i powtarzana niezliczoną ilość razy przez niezliczoną ilość ust wyblakła, zszarzała i odeszła w niebyt, gdy wyczerpały się ożywiające ją koncepty i gdy pamięć, niby przechowalnia bagażu, po który od lat nikt się nie zgłasza, sama w sobie i dla samej siebie wykonała najpierw remanent, a po nim kasację.

 

Pewnej jesieni, jakoś w połowie lat dziewięćdziesiątych, na cmentarzu w jego rodzinnym miasteczku pojawił się nagrobek z jego imieniem i nazwiskiem, także z datą śmierci: 30 marca 1995 roku. Dwoje starych ludzi siadywało przy nim na ławeczce, stawiało kwiaty, paliło znicze…

 

– Nasz syn wrócił – mówili.

 

Ale byli też tacy, którzy mówili, że go tam nie ma.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko