Z ANDRZEJEM BRAUNEM rozmawia Krzysztof Lubczyński

0
312

Z ANDRZEJEM BRAUNEM rozmawia Krzysztof Lubczyński


Rozmowa pochodzi z tomu Krzysztofa Lubczyńskiego „Mieszanka firmowa. Rozmowy i szkice literackie”, który ukaże się właśnie niebawem nakładem Wydawnictwa Adam Marszałek w Toruniu

WIERNY SWOJEMU WIDZENIU


-Mówił Pan kiedyś, że choć jako urodzony w Łodzi, nie jest człowiekiem Wschodu, a większość życia spędził Pan w Warszawie, to jednak istotna część Pana prozy poświęcona jest Dalekiemu Wschodowi, Chinom, Tybetowi, Indonezji, a Pana podróże śladami Conrada to także są podróże m.in. do dalekiej Azji. Co jest we Wschodzie, że stał się tak ważnym motywem Pana twórczości?


– Po 1944 roku wschód nastał tutaj, więc taka asocjacja pojawiła się dość naturalnie, wraz z imperatywem, by zgłębić ten mimo wszystko mało znany świat. Byłem wychowany raczej na kulturze i literaturze zachodniej, głównie niemieckiej, np. na Goethem, ale także na francuskiej i angielskiej, choć literaturę rosyjską także ceniłem, zwłaszcza Fiodora Dostojewskiego, Lwa Tołstoja, Antoniego Czechowa, za jej dramatyczność. Oczywiście kultura Dalekiego Wschodu a wschód sowiecki w Polsce, to dwa różne światy, ale jakaś wspólna nić “wschodniości” istniała.

Nie miał Pan urazów antyrosyjskich, jako syn polskich inteligentów, którzy żyli w Kongresówce pod panowaniem Petersburga?

– Nie miałem, choć rodzice chodzili do gimnazjum rosyjskiego w Łodzi i mieli niedobre wspomnienia. Uczulenia na Wschód dostałem dopiero poprzez komunizm i to dopiero po jakimś czasie jego trwania w Polsce, gdy się zaczęło nasilać myślenie bizantyjskie, azjatyckie oraz rusyfikacja. Jednak jeszcze w czasie wojny nie miałem uczuć antyradzieckich, cieszyłem się z ich zwycięstw pod Stalingradem, ważne było dla mnie, że Niemcy, nasi okrutni okupanci, przegrywali.

Po wojnie opowiedział się Pan za nowym systemem. W latach 1950-52 pracował Pan w redakcji „Nowej Kultury” i „Sztandaru Młodych”, później był Pan także korespondentem „Trybuny Ludu” w Chinach. Jaka była Pańska motywacja przyjęcia takiej drogi?


– Pragmatyczna. Po Jałcie uważałem, że za mojego życia nowo ustanowiony porządek nie ulegnie zmianie, a nie miałem zamiaru emigrować, bo uważam, iż trzeba być ze swoim narodem w dobrym i w złym. Owszem, mieliśmy kiedyś Wielką Emigrację za czasów Mickiewicza, ale obecna emigracja powojenna, to ludzie pochodzący najczęściej z kresów, ze Lwowa, Wilna, którzy utraciwszy swoją ojczyznę, byli emigracją z konieczności. Przeciwny byłem robieniu z tego cnoty, oraz tytułu do czystości i sławy. Taki na przykład Herling-Grudziński sam mianował się samozwańczym sędzią, pisał o Polakach, którzy zostali w kraju, rozmaite nieprawdy i brednie, przypisując im wyłącznie strach, konformizm czy karierowiczostwo. Łatwo było sądzić Polaków z Rzymu, Maisons Laffitte czy z Neapolu, ale to nieuczciwe, nietolerancyjne i niesprawiedliwe. Gdy się nie zna danej rzeczywistości z autopsji, nie powinno się jej osądzać. Tadeusz Borowski miał prawo osądzać sprawy obozowe, bo był w Auschwitz, a Herling miał prawo osądzać rzeczywistość łagrową w Rosji, ale nie bytowanie w kraju. Nie rozumiał charakteru naszego upokorzenia. Owszem, bezmyślni kretyni mogli śpiewać: “Jedna bombka atomowa i wrócimy znów do Lwowa”, ale naród, który tu przecierpiał 6 lat okropnej wojny, niemieckiej okupacji, był nade wszystko zmęczony i zdradzony, a jednak musiał tu żyć i działać pozytywnie. Ludzie mieli dość wojny, w której udział tylko w propagandzie przyzywany był jako coś wspaniałego i chwalebnego. A przecież wojna to przede wszystkim upodlenie, jak sugestywnie pokazał to w swojej prozie Jan Józef Szczepański. Upodlenie, zarówno zwycięzców, jak i zwyciężonych.

Krytycy piszą o Panu jako o wyznawcy aktywizmu…

– Piszą? Gdzie? Zabrzmi to jak banał, ale mnie interesuje sens życia i działanie człowieka, oraz czy udaje mu się to, co zamierzył i na jaki natrafił opór rzeczywistości. Stąd konieczny aktywizm. Między innymi o tym mówi moja powieść “Wallenrod”, opisująca losy jednego z filomatów wileńskich i filaretów, z rodziny Witkiewiczów, którego losy nabrały podobieństwa do losów mickiewiczowskiego Wallenroda, bo on też stanął po stronie wrogów, żeby doprowadzić do ich klęski. Ryzykował jednak, że uznany zostanie za zdrajcę, że nikt się nie pozna na jego poświęceniu. Przecież Dalaj Lama z Tybetu, do którego dane mi było kiedyś dotrzeć przez straszliwe wyżyny himalajskie, jadąc gazikiem na wysokości 5 tysięcy metrów, więc krew nam ciekła z uszu, ten Dalaj Lama, ten święty bojownik o prawa człowieka, był członkiem partii komunistycznej Chin, wiceprzewodniczącym KC po to by mógł działać dla swojej sprawy. Inaczej nie mógł. Poświęciłem temu książkę “Zdobycie nieba”, z której wydaniem miałem i mam wielkie problemy, z cenzurą oczywiście. Bohater tej powieści Lao-ta, komunista, dostał zlecenie misji wojskowej na dwór Dalaj Lamy i przekonał się, że to co w jego mniemaniu miało być misją pokojową, okazało się podbojem. Jest tam rozdział, w którym komunistyczni zbawcy strzelają do owych biednych mnichów. Z drugiej strony ten Tybet był od wieków, podobnie jak Wietnam czy Mandżuria, pod dominacją wielkiego Cesarstwa Chińskiego, więc to nie była zewnętrzna agresja o jakiej mówiono. Ponadto było prawdą i to, że Tybet do czasów chińskiego komunizmu był średniowiecznym skansenem, który nie uległ zmianie od IX wieku. Dzięki Tybetowi uświadomiłem sobie, jak było w Europie we wczesnym średniowieczu. Chińczycy zaczęli burzyć klasztory buddyjskie oraz budować tory  kolejowe. Z jednej strony takie państwo jak Tybet nie mogło się utrzymać we współczesnym świecie, z drugiej zostali oni, wierzący w Buddę i Dalaj Lamę, poddani uszczęśliwianiu na siłę. Była tu więc dwuznaczność i sprzeczność. Ale na te sprawy nie wolno patrzeć schematycznie. Prawa człowieka nie są w świecie pojmowane tak samo. Co innego znaczą w USA i Europie, a co innego u Arabów, Afrykanów czy Chińczyków. I kiedy się im zarzuca, że nie przestrzegają praw człowieka  w rozumieniu europejskim, to znaczy, że się nie wie, iż one tam nie były nigdy znane. Możemy się z tym zgadzać lub nie, ale nie wolno ludziom mącić w głowach. Wybory demokratyczne w Iraku to ułuda amerykańska, bo w islamie nigdy nie będzie takiej demokracji jak  w USA czy Europie; tam jest władza rodów, władza mężczyzny nad kobietą. Może z czasem to ulegnie zmianie, ale trwać będzie bardzo długo.

Co Pan znalazł, w sensie duchowym, na Dalekim Wschodzie, w Tybecie, w Indonezji, podróżując śladami Conrada?

– Prawdę mówiąc, ja się specjalnie Dalekim Wschodem nie interesowałem i nie jechałem tam niczego konkretnego szukać. W tym kierunku geograficznym poprowadził mnie przypadek, jak to często bywa, bo w roku 1951 wysłano mnie, w okresie trwającej tam wojny, do Korei, do pracy w szpitalu. Pracowałem wtedy w “Nowej Kulturze”, pod kierownictwem starego komunisty, Pawła Hoffmana, nota bene bardzo porządnego człowieka i pewnego dnia zostałem wezwany przez Stefana Staszewskiego, który poinformował mnie, że partia mnie wytypowała na wyjazd do Korei, w ramach misji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, co oczywiście było wyrazem uznania, i nagrodą za napisanie “Lewantów”. Przedstawił mi to jako propozycję mówiąc: “Zastanówcie się towarzyszu, ale zachowajcie to w tajemnicy”. Pojechałem chętnie, bo miałem takie usposobienie, że jak się coś działo, wojna czy rewolucja, to pchało mnie, by tam jechać. Skoro nie dane mi było, jak Conradowi, zostać marynarzem, to przynajmniej w ten sposób mogłem zrealizować swoje marzenia. Mieszkaliśmy w górach, w pieczarach, w namiotach, przeżywaliśmy naloty amerykańskie. Później zostałem korespondentem “Trybuny Ludu”  w Chinach i pisałem reportaże okropnym językiem tamtych czasów. Mimo wszystko było to dla mnie ciekawe doświadczenie. Kolejny wyjazd był do Wietnamu Północnego, w 1954 roku, po okresie interwencji Francuzów. Ta tematyka stała się wtedy modna, pisał o tym regionie także Wojciech Żukrowski i Mirek Żuławski. Byłem też w Indonezji, śladami Conrada, gdzie trafiłem na czas krwawego przewrotu antykomunistycznego. Byłem również w Japonii i Australii. W ten sposób zbliżałem się do problematyki Dalekiego Wschodu.


– Conrad był dla Pana tak ważnym pisarzem, że podróżował Pan jego śladami i poświęcił mu 4 książki, a dla młodych inteligentów z AK był to pisarz niemal kanoniczny, w wymowie moralnej jego dzieł, zwłaszcza w wymiarze conradowskiej wierności sobie. Czy ten ideał ma jeszcze sens w świecie, który zmienia się w tempie szalonego kołowrotka?

– Życie Conrada też było niezłym kołowrotkiem. Wiem, bo grzebałem w jego biografii, niesłychanie bogatej. Bardzo ciekawie analizowała jego poglądy Maria Dąbrowska, a J. J. Szczepański napisał ciekawy esej o jego postawie moralnej, „W służbie Wielkiego Armatora”. Zawodowym conradologiem-anglistą jest Zdzisław Najder. Z tą “wiernością samemu sobie” – to było pewne przekłamanie wynikające z nieprecyzyjnych przekładów. Otóż on pisał nie o “wierności samemu sobie”, lecz o “wierności swojemu widzeniu świata” czyli wiernie opisywać świat tak jak się go widzi, jak się go odbiera. To zupełnie co innego, prawda? Natomiast rzeczywiście uważał, że trzeba być wiernym  nawet w przegranej sprawie, albowiem to także jest wartością moralną i oczywiście myślał przede wszystkim o zniewolonej ojczyźnie. Na pewno Conrad był dla części mojego pokolenia swoistym guru, wzorem do naśladowania, ale obecnie traci na popularności, zwłaszcza, że nie był wcale pisarzem marynistycznym, jak by się zdawało, i nie może liczyć wyłącznie na kategorie czytelników interesujących się tym gatunkiem prozy. Obecnie bardziej przyciąga publiczność taka proza jak Janusza Głowackiego  “Z głowy”. Myślę, iż ja Conrada wybrałem także dlatego, że nie był on ani lewicowy, ani prawicowy, ale właśnie wierny swojemu widzeniu świata. A jego antyrosyjskość była skutkiem historii jego narodu. W powieści “W oczach Zachodu”, ukazującej rewolucjonistów, okazał się proroczo przenikliwy w przewidywaniu tego, co może dać rewolucja niesiona światu przez Rosjan.


– Zapytam o Pana lewicowość, tę w której Pan wyrósł i tę, z którą wszedł Pan w życie Polski Ludowej, od 1952 roku zwanej PRL-em. Mówił Pan o tym w rozmowie z Jackiem Trznadlem w głośnej swego czasu książce “Hańba domowa”…

– Zdenerwowała mnie ta rozmowa, bo Trznadel postąpił nieuczciwie. Rozmawiałem z nim tak, jak z panem, z pełnym zaufaniem, tak przecież zakładam. Z nim rozmawiałem z takim samym zaufaniem. I oto nagle on wydaje książkę pod tytułem “Hańba domowa”. Tymczasem pisarzom, których prosił o rozmowę, w tym mnie, mówił, że to będzie rozmowa ze świadkami tamtych czasów, których będzie chciał namówić, by opowiedzieli, dlaczego poszli na współpracę z lewicą. A przecież to ważne świadectwo, bo przecież – o czym prawie wszyscy zapominają – dziś wiedza o stalinizmie, o ZSRR jest nieporównywalnie wielka w porównaniu z tym, co my wiedzieliśmy w 1945 roku, a nawet w latach późniejszych! Nie mieliśmy nawet małego ułamka tej wiedzy, która dziś jest dostępna w każdej bibliotece i księgarni. Bo i skąd mieliśmy mieć? Ludzie przecież szczerze wierzyli, że mordu w Katyniu dokonali Niemcy. Dlaczego nie mieli w to wierzyć, po Auschwitz i po ulicznych egzekucjach u nas? Na propozycję Trznadla odpowiedziałem pozytywnie, podobnie jak  Marian Brandys, Jacek Bocheński, Jerzy Andrzejewski, Wiktor Woroszylski i inni. Uważałem, iż trzeba młodemu, już po tych czasach urodzonemu pokoleniu opowiedzieć o tych latach, wytłumaczyć im jak to było, póki jeszcze żyjemy. Zwłaszcza, że bardzo mnie denerwowało u Zbyszka Herberta to mówienie o “czarnej dziurze”.


– Wśród rozmówców Trznadla był też właśnie Zbigniew Herbert, o którym wtedy, w roku 1985 mówił Pan Trznadlowi tak: “Obserwuję teraz Zbyszka Herberta, który stał się pieszczochem opinii – ukochany – wspaniały – wzór nieskazitelnej postawy, bo on nie miał z tym wszystkim nic wspólnego. Od początku wiedział… bo pochodził ze Lwowa. Oczywiście bardzo to jest piękne i bardzo mu to pomogło jako artyście, ale ja kochanego Zbyszka znam i pamiętam. Był on dla mnie trochę oryginałem, który stał z boku. Interesowały go tylko klasyczne problemy estetyczne. Ja nie wyobrażam sobie, że mógłbym być takim człowiekiem, ludzie po prostu są różni. Nie twierdziłbym jednak, że taki sposób postępowania, jak Zbyszka, to wspaniałe, a wszystko inne to błędne”.


Mocno Pan podważa tę legendę Herberta, jako “jedynego sprawiedliwego w Sodomie”, wskazując nie na takie znów bohaterskie źródła jego postawy.


– Po śmierci zrobiono z niego herosa. Kasia, jego żona napisała taki tekst opublikowany w “Gazecie Wyborczej”, gdzie pokazała, że w ich domu pod koniec jego życia gromadziło się mnóstwo oszołomów, nawet takich, o których sam nie wiedział, co to za ludzie. I oni wywierali na niego silny wpływ. W tygodniku “Solidarność” pisywał jadowite, napastliwe felietony. Zabrakło mu tolerancji. Myślę, że wpływało na niego także to, że za mocno już popijał. W końcu uwierzył, że jest Chrystusem Polaków, mianował się sędzią i katem zarazem, a przecież skończył studia w PRL, dostawał zagraniczne stypendia i paszporty, swego czasu pojawiał się nawet w telewizji. Tak więc “Hańbę domową” uważam za książkę niesprawiedliwą, o czym zresztą powiedziałem potem Trznadlowi, mówiąc, że: „najpierw ludzie panu opowiedzieli otwarcie, jak było, a pan potem napisał, że to była “hańba”. Dlaczego? Ja się nie czuję zhańbiony. Czy mam się tak czuć dlatego, że wtedy nie wiedziałem wielu rzeczy i że dziś inaczej myślę niż wtedy?” Zresztą zawsze byłem bardziej lewicowy niż prawicowy i nic na to nie poradzę. Potem ta “Hańba domowa” znalazła się wśród lektur szkolnych. To była indoktrynacja, tylko z innym znakiem ideologicznym, niż ta, którą uprawiano w latach w podręcznikach szkolnych w latach 50-tych. Skoro Trznadel z góry uznał, że to była “hańba”, to po co z nami gadał?

Pan pewnie zapyta, jakie mam prawo czy tytuł, aby być tak surowym i ostrym w osądzaniu innych? Otóż ja sam traktuję pisarstwo bardzo poważnie, nie rozrywkowo, tak poważnie jak życie i śmierć. Tak rozumiem literaturę. Niezależnie od walorów artystycznych, które są sporne i zmienne. Dają efekt lub go nie dają. Znakomity poeta, Zbyszek, był niesprawiedliwy mówiąc o „czarnej dziurze”, o tym że przystąpiliśmy do lewicy z tchórzostwa, oportunizmu albo dla kariery. Otóż ani z tchórzostwa, bo po doświadczeniach wojennych walki partyzanckiej wcale nie byliśmy tacy strachliwi, ani dla kariery, bo nikt z nas nie miał nawet byle samochodu, ani z oportunizmu, bo każdy z nas był przekonań jakoś lewicowych, zwłaszcza po zaprzedaniu nas w Jałcie Rosji, tyle tylko, że te idee lewicowe w praktyce się nie sprawdziły. Ale to inna sprawa. Chciałem wyjaśnić swoje intencje, powiedzieć co mnie wtedy ciągnęło do lewicy, mimo takich czy innych odpychających zjawisk. Tymczasem Trznadel potraktował temat po swojemu, propagandowo.


– Wystąpił Pan z partii w 1968 pod wpływem wydarzeń marcowych. Co było bezpośrednim impulsem?

– Nie mogłem dłużej firmować swoim nazwiskiem tego, co ta partia robiła. Mnie zszokowało to, że PZPR, będąca częścią ruchu komunistycznego, która nawiązywała do internacjonalizmu, głoszącego równość ras, narodów, oraz dzielił ludzi tylko na biednych i bogatych, zaczęła mentalnie upodabniać się do czarnej sotni, do metod ONR-owskich. Moi liczni żydowscy przyjaciele zaczęli uchodzić z Polski, jak Żydzi z Niemiec Hitlera. Pamiętam jak z Jackiem Bocheńskim pojechaliśmy na Okęcie, żeby zobaczyć tych ludzi czekających na odlot emigracyjny i usłyszeliśmy owe gwizdy jakichś zebranych tam osobników, krzyczących jak hunwejbini. To było straszne. Niemal jak kiedyś: „Żydzi na Madagaskar”.


– W 1978 roku był Pan bohaterem skandalu politycznego na           zjeździe Związku Literatów Polskich w Katowicach. Pana  śmiałe i opozycyjne w treści wystąpienie odebrane było niczym potężny huk w głuchej ciszy. Rzucił Pan wyzwanie cenzurze i całemu systemowi przemilczeń w PRL. Później wyszedł Pan demonstracyjnie z bankietu, a Jarosław Iwaszkiewicz bronił Pana przed Jerzym Łukaszewiczem, sekretarzem KC PZPR od spraw kultury.


Wyszedłem z bankietu, bo obraził mnie wojewoda katowicki.

Czuł Pan wtedy poparcie kolegów?

– Nie bardzo. Kiedy wracaliśmy autokarem do Warszawy, czułem się jakoś nieswojo, ale nie z powodu tego, co powiedziałem na zjeździe, bo musiałem to powiedzieć, ale z powodu pełnego napięcia milczenia kolegów, którzy jeszcze niedawno oklaskiwali moje wystąpienie, a teraz jakby nie wiedzieli, jak się dalej zachowywać. Jedynym kolegą pisarzem, który mi potem osobiście pogratulował, był Henryk Grynberg, który przebywał wtedy w Polsce.

Mimo, że pod koniec lat sześćdziesiątych oddał Pan legitymację partyjną i przeszedł do opozycji, to jednak trwale zachował Pan lewicowe przekonania. Jak więc Pan przyjął fakt, że przełom 1989 roku przyniósł radykalny odwrót od wszystkiego co lewicowe, także w sferze ekonomicznej, czego symbolem był plan Balcerowicza? I głośne na początku lat 90-tych zawołanie “komuno wróć”.

–  Mój punkt widzenia, jako pisarza, nie jest typowy, bo pisarze to specjalna, wyczulona naprawdę kategoria ale rozumiem zachowanie ludzi, których przekonywano, że całe ich dotychczasowe życie po wojnie nazwano winą, wdeptano w ziemię, a tak się w żadnym ustroju czynić nie powinno. A przecież już na samym początku zaczęto obrażać ludzi. Bo czym innym było hasło dekomunizacji? Ale jak można zrobić dekomunizację, skoro w partii było trzy miliony ludzi, którzy do tego mieli rodziny, a jeszcze więcej osób brało udział w różnych przejawach życia społecznego w PRL? Co nie znaczy, że zamierzam usprawiedliwiać tamten system, który przyniósł narodowi przeszło 40 lat życia w nędzy, w porównaniu z poziomem życia w krajach zachodnich.

Czy jako – użyję takiego określenia – lewicowy inteligent, socjalista laicko-lewicowy nie miał Pan w latach osiemdziesiątych obaw, albo przeczuć że jak „komuna” zostanie obalona, to pozostawione przez nią puste miejsce zajmie endecja i polityczny klerykalizm?

– Jestem i byłem demokratą. Wychowałem się w Łodzi, na Bałutach, więc wiem, co to był ONR, burdy antyżydowskie, jak wyglądały procesje Bożego Ciała, kiedy na ołtarzach umieszczano miecze Chrobrego. Tak więc nic z tego, co się zdarzyło po roku 89, nie zaskoczyło mnie. Choć oczywiście nic się nie powtarza w takiej samej postaci, bo każde czasy mają cechy sobie tylko właściwe.

Porozmawiajmy o Pana pisarstwie. Pana powieści, mają na ogół warstwę polityczną, a niektóre można nawet, jak “Lewanty” czy “Zdobycie nieba” określić jako polityczne. Czy dziś, w okresie jawności życia politycznego, każdego dnia wywlekanego na światło dzienne przez media, można napisać ciekawą powieść polityczną i czy to ma sens?

– Widzenie „Zdobycia nieba”, jako powieści tylko politycznej, to nazbyt powierzchowne, naskórkowe widzenie. Ale pisanie powieści politycznej ma sens, bo pisarz może dodać coś nowego w płaszczyźnie psychiki człowieka uczestniczącego w polityce,  w czym telewizja, radio czy prasa go nie zastąpią. Pisarz może w takiej powieści zapytać: ile człowiek może, gdzie są granice, których pojedynczy człowiek nie jest w stanie przekroczyć? I czy wszystko co dobrze zamierza, musi się także dobrze skończyć? Mnie to interesowało i znajduje się w licznych moich powieściach, także “chińskich”. Człowiek nie może uniknąć polityki, bo całe życie jest polityczne. Niejednokrotnie pytano mnie dlaczego w wielu moich powieściach głównym bohaterem jest komunista, skoro ja sam nie jestem komunistą. Odpowiadałem pytaniem: a czy Flaubert pisząc “Panią Bovary” lub Tołstoj tworząc postać Anny Kareniny, był kobietą? Autor a bohater to dwie różne sprawy. Mnie komuniści interesowali dlatego, że byli bohaterami działającymi, w tej epoce, której byłem świadkiem, odegrali równie wielką rolę, jak mieszczaństwo w wieku XIX, tylko sądzę, że mniej trwałą w tej wyrodnej postaci.

Przez cały czas mówimy o jakiejś rzeczywistości społecznej czy politycznej, która jest tematem Pana książek. W Pana dorobku nie ma, może poza niektórymi motywami “Próby ognia i wody”, prozy osobnej, autotematycznej, czyli takiej jaką uprawiało i uprawia wielu pisarzy, zajmującej się samym procesem pisania, tworzenia i towarzyszącymi mu trudnościami. Nigdy to Pana nie interesowało?

– Nie, w małym stopniu. Po pierwsze nie uważam, bym był najbardziej dla siebie samego interesującym jako temat. Po drugie, nie wydaje mi się by to było interesujące dla ogółu czytelników. Po trzecie uważam, że powinienem opisywać miejsca, w których byłem i czasy w których żyłem. Nigdy nie pisałem powieści historycznych, z wyjątkiem “Wallenroda”, bo nie umiem pisać o przeszłości, w której nie żyłem, nie pisałem też science fiction, bo nie umiem pisać bzdurnych fantazji.

Co jest dla Pana, w Pańskim pisarstwie, najistotniejsze?

– Dla mnie zawsze najistotniejsze było „co”, niż „jak”, chociaż jest to ze sobą ściśle powiązane. W najwcześniejszych opowiadaniach wojennych z tomu „Odskok”. „Ile mieliśmy do wyboru”, czy „Noc długich noży”. Widzenie wojny i człowieka było nie tyle bohaterskie, ile bezwzględne i prawdziwe. Taki był mój debiut – z wszystkimi jego słabościami. Tak też było w późniejszej powieści „Rzeczpospolita chwilowa”, czy „Bunt”. We wszystkich jeden dominował typ bohatera, chociaż w różnych sceneriach. Chodziło im głównie o los człowieka i o to, co on może. Dostrzegam – tak mi się zdaje – także okrutną ironię losu, losu indywidualnego, i losu historii. W „Rzeczypospolitej” daremność próby samowyzwolenia, przy ówczesnych okolicznościach. W „Nocy” zrównanie losu kata i ofiary w najgorszym położeniu. To ironia losu właśnie, łączy wszystko, co dzieliło ludzi w „Piekle wybrukowanym”, „Próżni” czy w powieści „Wallenrod”. Daremność indywidualnych trudów pokazuję w „Zdobyciu nieba”, czy też we wspomnianym „Wallenrodzie”. Niemożność rehabilitacji swego dobrego imienia pokazywałem w „Próbie ognia i wody” i w „Buncie”. W tych książkach doszukiwano się wpływu Conrada na moje próby. Nie będę temu przeczył. Tyle przechwałek autora. Dziękuję.


Dziękuję za rozmowę.

Rembertów, zima 2004

——————————————————————

ANDRZEJ BRAUN – ur. 19 sierpnia 1923 r. w Łodzi – zm. 9 listopada 2008 r. w Warszawie – żołnierz AK w oddziałach partyzanckich w Krakowskiem i na Kielecczyźnie. Po wojnie zaakceptował ustrój PRL i napisał jedną z najważniejszych powieści z nurtu realizmu socjalistycznego Lewanty (1952). Współzałożyciel i przez trzy lata prezes Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Od końca lat 70. związany z opozycją. Od 1975 roku prezes Klubu i Towarzystwa Conradystów. Jeden z ważnych przedstawicieli polskiej prozy powojennej. Debiutował w 1948 roku tomem poezji Szramy. W roku 1951wydał, wspólnie z Wiktorem Woroszylskim i Andrzejem Mandalianem, tom poezji agitacyjnej Wiosna sześciolatki. Napisał też m.in. Piekło wybrukowane (1984), powieść będącą rozrachunkiem z okresem 1948–1955, opowiadania okupacyjne Noc długich noży (1961),  powieść polityczną o tematyce chińsko-tybetańskiej Zdobycie nieba (1964), powieść polityczną Próżnia (1969), eseje Śladami Conrada (1972), powieść polityczno-przygodowo-egzystencjalną Bunt (1976), przez wielu krytyków uważaną za jego najlepszy utwór, powieść historyczną z XIX wieku Wallenrod (1990) i inne. Jego ostatnią powieścią był polityczny Cyrograf (2007).

 

W tym roku nakładem Wydawnictwa Adam Marszałek w Toruniu ukaże się książka Krzysztofa LubczyńskiegoMieszanka firmowa. Rozmowy i szkice literackie”.

Składać się na nią będą przeprowadzone na przestrzeni 18 lat rozmowy z kilkunastoma znanymi i wybitnymi polskimi (jeden wyjątek – węgierski pisarz Gyorgy Spiro, wszakże zajmujący się problematyką na wskroś polską, autor głośnych „Mesjaszy“) pisarzami i poetami starszego pokolenia, m.in. z R. Bratnym, J. Krasińskim, J. Henem, Z. Safjanem, E. Bryllem, A. Mandalianem, a także nieżyjącymi już J.S. Stawińskim i W. Żukrowskim).

Mieszanka firmowa” zawierać też będzie rozmowy z kilkoma znanymi krytykami i eseistami (m.in. z nieżyjącym już R. Matuszewskim, a także z M. Komarem, W. Sadkowskim czy A. Żurowskim), dwie rozmowy ze światowej renomy myślicielami (Z. Baumanem i A. Walickim) oraz kilka szkiców krytyczno-literackich poświęconych gronu pisarzy i krytyków, zarówno żyjących (m.in. J. Bocheński, T. Konwicki, S. Mrożek, J.M. Rymkiewicz, J. Głowacki, A. Żuławski, E. Niziurski), jak i nieżyjących (m.in. T. Breza, K. Brandys, K. Mętrak, W. Sokorski) .

Zgodnie z tytułem zawierającym słowo „mieszanka”, wspomniany zbiór charakteryzuje się wszechstronną różnorodnością. I to właśnie o nią chodziło autorowi – o różnorodność „ponad podziałami”. Rozmówcy Lubczyńskiego to twórcy najrozmaitszego autoramentu pisarskiego, estetycznego, a także środowiskowego i ideowo-politycznego, można by rzec, twórcy z różnych, nieraz antagonistycznych kręgów literatury polskiej. Dzieli ich niejednokrotnie bardzo, bardzo wiele, ale łączy jedno – każdy z nich pozostawił już swój ważny ślad na szlaku literatury polskiej. Dzięki temu książka ta jest ważnym przyczynkiem do obrazu polskiej literatury od 1945 roku.

 


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko