Ryszard Tomczyk – Rumieńce drzew

0
163

Ryszard Tomczyk

„RUMIEŃCE Z DRZEW” Wiktora Mazurkiewicza

Ryszard Tomczyk - KorzenieO utworach Wiktora Mazurkiewicza pisałem już w związku z jego poprzednimi edycjami poetyckimi  – Nadewszystkość i Migotanie w przedsionku.  Zbiór wierszy pt. Rumieńce z drzew”, na który składają się utwory z ostatnich lat, został poddany ocenie jury Konkursowego Fundacji Elbląg, prowadzącej od lat działalność na rzecz środowiskowych ludzi pióra. Przede wszystkim potwierdziły się poprzednie spostrzeżenia jurorów na temat autentyczności i osobliwości talentu Mazurkiewicza, jak i jego niezwykłej wrażliwości.

Stwierdzono i dojrzałość nawet wcześniejszych jego wierszy i ich oczywistą rozpoznawalność. Niepodobna było nie dostrzec, że czynnikami motorycznymi tych wierszy były od początku – i wrażliwość na otaczający go świat zdarzeń, ludzi i przedmiotów, i wewnętrzny konflikt myślącego człowieka, świadomego niedoskonałości świata; i kult życia, miłości i natury ucieleśnionych w aktualnie chorej na przewlekłą i nieuleczalną chorobę żonie – Bożence. Była to i wola uczestnictwa we właściwej wszystkim słowiarzom świata  zabawie ze słowem, która tyleż umacnia własną siłę w samotności, co i łączy ze światami innych, zmagających się z tym tworzywem.

Nie trudno wyśledzić w twórczości Mazurkiewicza również i inne ważne jej czynniki sprawcze. Otóż właśnie to, że poeta jest w  wyższym stopniu, określony i uformowany stylistycznie niż ma to miejsce u innych przeciętnych autorów, jest  uderzające. Przyświecają mu zaś poeci wywodzący się jeszcze od  Norwida, w szczególności zaś od przybosiowskiej awangardy z całym jej instrumentarium teoretycznym. Przede wszystkim jednak patronuje mu Tymoteusz Karpowicz (plus inni współcześni, nachylający się ku tzw. „poezji niemożliwej”). Mazurkiewicz nieźle orientuje się w poezji wzmiankowanego nurtu, rzadko jednak wypowiada się na temat bliskiej mu sztuki pisania, dodam niezwykłej, bo uprawianej raczej bez natchnienia, ale z mozołem, z trudem, namysłem, niekiedy z iście laboratoryjnym ważeniem słów i ich sensów. Wierszem uchylającym jakby rąbka tajemnicy z tym związanej jest utwór pt. Oczekiwanie. Oto ten wiersz, a cytuję go dlatego, by sformułować kilka uogólnień dotyczących języka tej poezji:

od wielu tygodni pustka
trudno wypełnić wieczór – pomyślałem
o leśmianie  karpowicz
– zerknąłem w poezję niemożliwą

prosiłem żeby przyszła że warto
nie odpowiedziała

późną nocą odwrócone światło oświetlało ramę
kopia wypatrywała oryginału z którego pozostał tytuł
tylko zerkał na kalki logiczne
rozumienie męczyło

o brzasku znów
przyjdź – prosiłem – ścieżki nie mogę odnaleźć

szum odpływał

wreszcie pierwszy wers
– cóż to za trudna pustka co wypełnia się w ciszy

Jako autor nagrodzonego zbioru wierszy poeta pozostaje wierny ścieżce poszukiwań już sobie wyznaczonej. Tyle, że w zakresie tematycznym jego poezja staje się mniej już skoncentrowana na relacjach z ukochaną żoną i własnym oczarowaniu tym uczuciem , słowem – bardziej różnorodna, bardziej otwarta i bogatsza. I tym razem jego wiersze są adresowane do dojrzalszych i wymagających odbiorców, którzy rozumieją wagę lakoniczności, stanowiącej o specyfice sztuki poetyckiej. Boć jest to poezja słownego skrótu nie tylko ujędrniającego konkret, ale i  uwieloznaczniającego sensy, wielofunkcyjnego. Znajdujemy w tych wierszach i wierność zasadzie uuikania retoryki i przywiązanie do obrazu i soczystości konkretu, i praktykę niedopowiedzeń oraz figur wersyfikacyjnych i stylistycznych służącą zwielokrotnianiu sensu poetyckiego oraz wyrażaniu ironii (niekiedy egzystencjalnej) i autoironii. Rzecz znamienna: mimo niekiedy przykrych konstatacji związanych z obserwacją świata, nastrojem dominującym w jego wierszach jest pogoda, ufność w podstawowe racje stojące ponad zmiennością świata i ludzi, kult dobrze wykonanej roboty, solenności i ładu, „pogański” zmysł zabawy, zmysłowość, wreszcie wola poszukiwania wartości nadających sens istnieniu i działaniu człowieka.

Docenieniu tych wartości dało wyraz jury tegorocznej edycji Konkursu, przyznając poecie za zgłoszony zbiór wierszy pierwszą lokatę literacką.

 


Ciągle pamięta zapach black tourmaline

zwiastunów nie było  
pojawił się nagle
zapach kadzidła

zaczął grać role najbardziej dziwaczne
mroczki i narodziny tej jedynej

co ubierze gładką sukienkę
już w złote groszki obrasta
ledwie etiuda klawiaturę muśnie
już upięte włosy rozpływają się w ramionach  
stęsknionej bieli wtedy nikt nie pytał  

jesteś chorobliwie zapatrzona – mówili – wyluzuj

biedna
w bujającym się kłosie widziała piękne ziarno
lecz ono nie chciało tego kłosa
opuścić


Instalacje dziadka Józefa

„Ładny to był chłopak”

Jan Mazurkiewicz –  brat Józefa

prawie pomorze

lecz jeszcze kujawy

ziemia tu i wody wypasione

szczupaki w słońcu płycizna jeziora

drzemkę im przerywał uderzeniem pałki

– oblizywali się z apetytem

*

osiemnastolatek

w nowym wieku

z mglistym widokiem wokół

wszystko drzemało

w szmacie historii

młodość czuwała

przybił do przystani z nadzieją na barkach

– reinickendorf w. antonienstrasse 421

vereinigte kammerich’sche werke-berlin n.2 – pot i chleb

andzia – pragnienie co wciąż rodziło nowe

pawełek co stał się ciałem

potem helenka

na placu zebrań

karol z różą czerwoną – otwierali oczy

cesarz niemiecki mundur

na polskim żołnierzu

lisiczańsk3 –  kopalnia węgla

i puste puszki od konserw na rozpiętych drutach

vereinigte kammerich’sche werke-berlin n. –  pot i chleb

*

dopiero w dwudziestym wrócił

z wiosną szczupaki

na brzegu jeziora nie było jeszcze nikogo

na jego starość patrzyły rozbrykane koźlęta

na odejście – zakurzony chrystus

z podniesioną ręką

————–

1 – adres zamieszkania w Berlinie /1905r./

2 – nazwa zakładu pracy

3 –  miejscowość we wschodniej części Ukrainy

Mała suita na cztery ręce

wyświechtany akademik
przy hałaśliwym skrzyżowaniu z fasadą
nakrapianą piskiem pyłem i smrodem na dachu
ustawiczne remonty z głośnym wulgarnym spoiwem
nawet sprzątaczki krzykiem zacierają kurze
łapki też

tułacze
z brudnopisem i dyktafonem
szukający piątej istoty
najczęściej znajdują drugą

i zaklęcia ciszy
aby ją zamówić

wystarczy klucz
od środka przekręcić walc
na przykład z baletu chaczaturiana
maskarada na niby
zagłuszy


Usiadła na balustradzie balkonu

patrzyła, jakby widziała się w lustrze. bezczelnie

ukradła spory bagaż, znikając między blokami.

też odleciałem;

– wtedy, gdy siadła na parapecie, liczyłem słupki z matmy.

przed domem las nie trudny, sowy niechronione,

przesieka pod linią wysokiego napięcia w upalny dzień

wibrowała chrząszczami, trzmielami, konikami polnymi.

wysoka sosna pęknięta od pioruna,

strzałki zakreślane na ścieżkach w gęstym zagajniku.

na prawo szlak i ogrodzone kamienie

granitowe, rzadziej z marmuru – poukładane z sensem

dla bezsensu drżą, gdy pociągi pomykają z północy do gór,

zagłębiają w zadumie, gdy suną do fal.

wrócę tam,

na pewno wrócę

w drewnianym garniturze.



Taki starzec Zosima

zadumany usłyszał:
– już tylko leży, ledwo oddycha,
właściwie rzęzi, a przy nim cały czas  
to maleństwo śmieje się, beztrosko bawi,  
jakże trudno mi na to patrzeć;

na to starzec:
– kontrabas z perkusją ciężko, choć miarowo dyszą,
a pianino dziecinnie szczebiocze w górnych rejestrach,
ta harmonia dotyka niebios.

 

Filip Wrocławski

 

 




 


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko