Z JERZYM KRYSZAKIEM – aktorem i człowiekiem kabaretu – rozmawia Krzysztof Lubczyński

0
376

Z JERZYM KRYSZAKIEM – aktorem i człowiekiem kabaretu –   rozmawia Krzysztof Lubczyński

Z BRZYTWĄ NA JĘZYKU

 

Jest Pan trochę podobny do wizerunków Robespierre’a. Czy tylko raz go Pan grał¸, w krakowskiej „Sprawie Dantona” w reżyserii Jerzego Krasowskiego w 1975 roku?

 

– Dwa razy. Po raz pierwszy w przedstawieniu dyplomowym, w „Thermidorze”, też Stanisławy Przybyszewskiej. Graliśmy to w warszawskim Małym Teatrze Adama Hanuszkiewicza i kiedy mnie zobaczył, zaprosił mnie do swojego Teatru Narodowego. Byłem jednak po umowie z Krasowskim do krakowskiego teatru im. Słowackiego i tym sposobem Narodowy mnie ominął¸. Pewnie inaczej potoczyły by się wtedy moje losy zawodowe, teatralno-telewizyjne, bo wszedłbym w inny układ konstelacyjny. Sporo miłych i ciekawych wrażeń zawdzięczam temu Robespierrowi. Andrzej Wajda, który wystawił¸ „Sprawę Dantona” w warszawskim Powszechnym przyjechał na naszą premierę, a po spektaklu, za kulisami objął mnie w pas i pogratulował. Pomyślałem sobie: chłopie, winda w górę. Wcześniej jednak zdarzyła mi się chwila grozy, w jednej ze scen, kiedy Robespierre długo, emocjonalnie i oschle, z fałszem i z prawdą, krwią i życiem, przemawia przed Konwentem. Przede mną stało ze dwudziestu kilku aktorów na scenie, premierowa widownia, „żabie oczka” czyli kilku krytyków z Warszawy, którzy wtedy mieli bardzo  dużo do powiedzenia.

 

– W Warszawie nawet pies szczeka centralniej…

 

– Wygłaszam tę mowę i nagle – dziura w pamięci, a sufler daleko. Trwało to może trzy sekundy, ale dla mnie to była wieczność. Widziałem jak Krasowski łapie za balustradę loży i wychyla się jakby chciał mi powiedzieć ten tekst. Koledzy patrzą i nie wiedzą jak reagować. Rzuciłem kilka słów, jakby skandując i wreszcie wróciłem na właściwy tor. Dopiero wtedy ręce zaczęły mi drżeć, ale już dobrze płynąłem.

 

– Rok 1975 to świetny czas krakowskich teatrów…

– Tak. Była inspirująca rywalizacja między „Słowackim” a „Starym”. Krystyna Skuszanka otworzyła małą scenę teatru „Miniatura”, gdzie zagrałem Savonarolę w „Fiorenzy” Tomasza Manna oraz Cipollę w „Mario i czarodzieju”. Tego Savonarolę grałem na premierze z gorączką 39 stopni, co mi chyba zresztą pomogło oddać jednocześnie gorączkę i słabość, którą był trawiony ten fanatyczny mnich. Nie zapomnę też innego przypadku połączenia sytuacji prywatnej z rolą. Z Krasowskim robiliśmy sceny z „Don Juana” Moliera. W jednej ze scen upadłem, mając związane ręce, twarzą na gwóźdź wystający z podłogi. Odruchowo odwróciłem twarz i dzięki temu uratowałem oko, choć gwóźdź rozharatał mi tkankę obok oka i zalała mnie krew. Wybiegłem ze sceny na korytarz, do lustra, żeby zobaczyć czy mam oko, po drodze przerażając zdających studentów. „Widzicie? Zdawajcie, zdawajcie, będziecie mieli to samo. Tutaj biją” – zażartowałem….

 

– Żart sytuacyjny w takim momencie!…

 

–  Na szczęście oko mam…

 

– A nawet wzrok się Panu wyostrzył…

 

– To nie było wcale takie śmieszne, bowiem chirurg założył mi osiem szwów, a zranione miejsce bolało mnie jak cholera. Przyszło do grania, a grałem Don Juana. Poprosiłem rektora Krasowskiego, żebym mógł nie grać, ale on kazał mi grać. Pomyślałem o nim najgorszymi słowami, ale zagrałem. Po przedstawieniu odbyła się dyskusja. Krasowski kazał się wypowiadać kolegom. Jeden z nich powiedział, że był zachwycony moją grą i nie mógł ode mnie oderwać oczu. W końcu Krasowski powiedział o mnie, że mieliśmy do czynienia z czymś więcej niż aktorstwem, bo z artyzmem. Pojawiło się coś, co się rzadko pojawia, coś czego nie umiemy nazwać, co jest wypełnieniem świata iluzji jakąś nadprawdą. To były dla mnie najwspanialsze słowa, jakie mogłem usłyszeć. Kiedy był spektakl egzaminacyjny, chciałem to powtórzyć, ale mi się nie udało, bo już tego w sobie nie miałem, tej nadwartości, która powstała w wyniku splotu różnych okoliczności, tej mojej unieruchomionej trochę bólem twarzy i mojej wtedy niechęci do Krasowskiego.

 

–  Wszedł Pan do teatru rolami na wskroś dramatycznymi, Robespierrem i Savonarolą. Był też Judasz w teatrze telewizji w 1981 roku,  później Pafnucy w „Thais” w filmie Ryszarda Bera. Czy wtedy choć raz przyszło Panu na myśl, że kiedyś odda się Pan muzie scenicznej lżejszego autoramentu, komediowej, kabaretowej?

– Nie zaświtało mi to, aczkolwiek zawsze, nawet w „Dantonie” próbowałem szukać momentów, w których mógłby pojawić się śmiech na widowni, żeby nie iść tylko batem, na ostro, żeby przemieszać tragedię z odrobiną komedii, ciężkość z lekkością, tak jak to jest u Szekspira i jak jest w życiu. Uczył mnie tego także Krasowski.

 

– Czy w krakowskich latach brał Pan udział w życiu towarzyskim, chodził¸ Pan do Piwnicy pod Baranami, do SPATtiF-u?

– Piwnicę miałem w lekkiej pogardzie. Niektóre monologi i skecze mi się podobały, ale panujący tam dym,  opary wódy, nierzadko granie na rauszu, wszystko to wydawało mi się nieprofesjonalne. Taki chciałem być wtedy czysty i cnotliwy. Strasznie poważnie brałem wtedy poczucie misji zawodowej. Dużo zresztą siedzieliśmy wtedy w szkole, często od rana do nocy, nieraz właśnie z Krasowskim.

 

–  Jak Pan i koledzy aktorzy traktowaliście Krasowskich, to znaczy jego i Krystynę Skuszankę?

– Na początku przyjęto ich w Krakowie z rezerwą, jako bardzo zaangażowanych partyjnie, ale szybko wpisali się w krakowski pejzaż teatralny, jako kontrapunkt dla Wajdy, Swinarskiego, Jarockiego. Ja w końcu z Krakowa odszedłem, bo trochę byłem pokłócony ze Skuszanką, która mi wciskała swoje koncepcje roli, a potrafiłem być uparty. Pojechałem do Rzeszowa, gdzie zagrałem gościnnie w „Nocy listopadowej”  Wyspiańskiego Wielkiego Księcia Konstantego zakochanego w Polsce, a wkrótce potem pojechałem do Warszawy, do Ateneum, do dyrektora Janusza Warmińskiego, gdzie zagrałem m.in. w „Polonezie” Jerzego S. Sito, walcząc o oklaski z Janem Świderskim. Były to czasy, że chciało się wszystko wykrzyczeć. Potem by¸ „Hamlet” czasów stanu wojennego, ingerencje cenzury nawet w kostiumy i scenografię, co dodawało spektaklom napięcia. To by¸ złoty czas teatru: pełna publiczność, widownia wsłuchana w każde słowo, nikt nawet nie zakasłał, nie zaskrzypiał, wyszukiwano aluzji nawet tam, gdzie ich nie było, dawano kwiaty po spektaklach. No ale w końcu stan wojenny się skończył, a ja zobaczyłem, że nie wiem, po co jestem w teatrze. Po rozrywaniu koszuli jak Rejtan i byciu kapłanem świątyni wolności przyszły jakieś spektakle bez znaczenia. Nie wiedziałem po co wchodzę na scenę, w jakim celu, co chcę powiedzieć. Słowa straciły siłę. Misja się skończyła.

 

– Jak Pan wspomina Warmińskiego?

– Jeśli teatr był moją świątynią, to on był  moim arcybiskupem. Dawał temu teatrowi arystokratyczność. Nie był wielkim reżyserem, zaledwie dobrym rzemieślnikiem, ale wielkim dyrektorem.

 

– W krakowskim okresie, w 1976 roku, uczestniczył Pan w ciekawym przedsięwzięciu, czyli „Wodzireju” Feliksa Falka, gdzie zagrał Pan postać Przybylskiego, śpiewającego na dancingu chałturowatą piosenkę z refrenem: „Erotico, erotico…”

 

– Z nurtu moralnego niepokoju, w filmie o polskim piekiełku, o polskich świństewkach. Zagrałem epizod cwaniaczkowatego szansonisty, ale wtedy nie zdawałem sobie, że ten film stanie się tak ważny, że zrobi taką karierę, podobnie jak „Alternatywy 4” Barei.

 

– Gdy zaczynał Pan w telewizji „Polskie ZOO”, to polityków jeszcze można było wyśmiewać, bo dziś sami się ośmieszają i to bez pomocy kabaretu….  Co się  stało?

– Wtedy by¸ jeszcze stary, wyraźny podział – tak zwani postkomuniści czyli  lewica i postsolidarnościowa reszta. Wtedy jeszcze język polityki był ideowy, jako podzwonne lat 80. Teraz zamiast „ZOO” trzeba by zrobić pszczeli ul, w którym siedzą wszyscy i cynicznie grają. Podziały są ostre, ale niejednoznaczne. Jest dla przykładu taka partia jak pszczółka, która zbiera nektary gdzie się da, u każdego. Byli i są politycy, którzy przekraczają granicę cynizmu, a nawet… zdrowego rozsądku – aby tylko rządzić. Tak po prawdzie to wszyscy flirtują ze wszystkimi, ponieważ jest to oderwana od rzeczywistości specyficzna kasta rządzących, ci „nasi”  politycy… Oni mają barwne życie, bo  często zmieniają sztandary… A Naród wybiera, to ma…

 

– Jak Pan potrafi wybrnąć z tej skomplikowanej sytuacji?

– Na podstawie reakcji publiczności mógłbym napisać pracę socjologiczną. To już prehistoria, ale ze stoperem mogłem mierzyć reakcje na przykład  na żarty o Wałęsie i Kwaśniewskim, kiedy rywalizowali o prezydenturę. Najpierw słabo reagowano na dowcipy o Wałęsie, a mocno na Kwaśniewskiego, ale potem – gdy sondaże się zmieniły – natężenie reakcji na dowcipy o Kwaśniewskim słabło, a na Wałęsę rosło. Dziś nie mogę przegiąć w żadną  stronę, bo sytuacja jest dużo bardziej skomplikowana. Staram się iść środkiem…

 

…rozumiem, że „złotym środkiem”…

…ale zawsze z brzytwą na języku!… Jak wszem i wobec wiadomo, pełne misy mają ci co idą na daleko idące kompromisy… A ja takich zachowań nie mam w genach… Powtarzam za Gałczyńskim: „Gdy wieje wiatr historii, / ludziom jak pięknym ptakom / rosną skrzydła, natomiast / trzęsą się portki pętakom”…

 

–  Taak, a geniusze bez teki – to nasz czysto nadwiślański płód! „Polska jest jak poeta / i za to ją świat wini. / Poeta ma natchnienie. / Forsę inni”…

– I co nam pozostało?.. Mówiąc bardzo delikatnie i METAFORYCZNIE: Zaczarowana taksówka, zaczarowany taksówkarz i zaczarowany taksometr…

 

 

———————————————————-

 

JERZY KRYSZAK – ur. 24 kwietnia 1950 w Kaliszu, aktor filmowy i telewizyjny, satyryk („60 minut na godzinę”) i parodysta. Był aktorem teatrów im. J. Słowackiego w Krakowie (1974-1978) i Ateneum w Warszawie (1978-1993). Wśród ról teatralnych m.in.  Stachowski w „Karykaturach” J. A. Kisielewskiego w Krakowie, a także Saint Just w „Śmierci  Dantona” G. Buechnera, von Zieten w „Wielkim Fryderyku” A. Nowaczyńskiego, Leon Węgorzewski w „Matce” Witkacego w Ateneum. Jako parodysta potrafi mówił wieloma głosami, m.in. Lecha Wałęsy, Adama Michnika, Józefa Oleksego, Tadeusza Mazowieckiego, Andrzeja Leppera, Wojciecha Jaruzelskiego, czy Jana Pawła II. Współprowadził telewizyjne „Polskie ZOO” i program „Mój pierwszy raz”. W 2007 r. prowadził z Agatę Młynarską  program „Dzień Kangura”. W programie „Piotr Bałtroczyk na żywo” prezentował aktualną sytuację polityczną w Polsce. Obecnie gospodarz programu „Uważaj na kioskarza” w TVP2. Grał m.in. w serialu „Alternatywy 4” ( doktor Zdzisław Kotek), w filmach: „Aktorzy prowincjonalni” (1979) A. Holland, „Thais” (1983) R. Bera, „Dolina Issy” (1982) T. Konwickiego, Limuzyna Daimler Benz” (1983) F. Bajona i wielu innych.

W tym roku nakładem Wydawnictwa Adam Marszałek w Toruniu ukaże się książka Krzysztofa LubczyńskiegoMieszanka firmowa. Rozmowy i szkice literackie”.

Składać się na nią będą przeprowadzone na przestrzeni 18 lat rozmowy z kilkunastoma znanymi i wybitnymi polskimi (jeden wyjątek – węgierski pisarz Gyorgy Spiro, wszakże zajmujący się problematyką na wskroś polską, autor głośnych „Mesjaszy“) pisarzami i poetami starszego pokolenia, m.in. z R. Bratnym, J. Krasińskim, J. Henem, Z. Safjanem, E. Bryllem, A. Mandalianem, a także nieżyjącymi już J.S. Stawińskim i W. Żukrowskim).

Mieszanka firmowa” zawierać też będzie rozmowy z kilkoma znanymi krytykami i eseistami (m.in. z nieżyjącym już R. Matuszewskim, a także z M. Komarem, W. Sadkowskim czy A. Żurowskim), dwie rozmowy ze światowej renomy myślicielami (Z. Baumanem i A. Walickim) oraz kilka szkiców krytyczno-literackich poświęconych gronu pisarzy i krytyków, zarówno żyjących (m.in. J. Bocheński, T. Konwicki, S. Mrożek, J.M. Rymkiewicz, J. Głowacki, A. Żuławski, E. Niziurski), jak i nieżyjących (m.in. T. Breza, K. Brandys, K. Mętrak, W. Sokorski) .

Zgodnie z tytułem zawierającym słowo „mieszanka”, wspomniany zbiór charakteryzuje się wszechstronną różnorodnością. I to właśnie o nią chodziło autorowi – o różnorodność „ponad podziałami”. Rozmówcy Lubczyńskiego to twórcy najrozmaitszego autoramentu pisarskiego, estetycznego, a także środowiskowego i ideowo-politycznego, można by rzec, twórcy z różnych, nieraz antagonistycznych kręgów literatury polskiej. Dzieli ich niejednokrotnie bardzo, bardzo wiele, ale łączy jedno – każdy z nich pozostawił już swój ważny ślad na szlaku literatury polskiej. Dzięki temu książka ta jest ważnym przyczynkiem do obrazu polskiej literatury od 1945 roku.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko