Dariusz T. Lebioda – O poezji Ryszarda Milczewskiego – Bruna

0
382

Dariusz T. Lebioda

 

Hermeneutyka śmietniska

O poezji Ryszarda Milczewskiego-Bruna

 

 

Ryszard Brunon Mielzewski przyszedł na świat w 1940 roku w Grudziądzu. W wieku osiemnastu lat zmienił nazwisko na Mielczewski. W publikacjach używał zmodyfikowanej formy – Milczewski – i dodawał pseudonim: Bruno. Pracował w różnych zawodach i nigdzie nie mógł zagrzać miejsca dłużej. Błąkał się po całej Polsce, brał udział w licznych zjazdach i konwektyklach literackich i na jednym z nich – w maju 1979 roku – utopił się w Nowej Wsi Szlacheckiej nieopodal  Torunia. Opublikował następujące książki poetyckie: Brzegiem słońca (1967), Poboki (1971), Podwójna należność (1972), Dopokąd (1974), Jesteś dla mnie taka umarła (1974), Nie ma zegarów (1978), Gwizdy w obecność (1982). Wydał też powieść pt. Jak już, to już oraz opublikował sporo tekstów publicystycznych w prasie. W 1989 roku ukazał się w Warszawie trzytomowy wybór jego pism w opracowaniu Jerzego Szatkowskiego i Czesława Mirosława Szczepaniaka. Trzy estetycznie wydane, pękate tomy prezentują poezję, prozę i listy poety z Grudziądza.

 

 

 

Norwid. Leśmian. Milczenie.

 

 

Poezja Ryszarda Milczewskiego-Bruna jest zdumiewającym pogłosem romantycznej liryki Cypriana Norwida. Poeta często sam swojego mistrza wskazywał w mottach, cytatach        i w kryptocytatach, ale też starał się zawsze zachować indywidualny wyraz swojego poezjowania. Tak jak Norwid – ale też tak jak Leśmian – rozumiał jak wielkie znaczenie ma język i jego specyfika w obrębie wiersza i podobnie jak oni kodował rzeczywistość. Tworzył szyfr słowno-metaforyczny, raz po raz wprowadzając wieloznaczne i grzmiące jak grom milczenie. Tak nawiązując i parafrazując, wielbiąc i buntując się dopracował się Bruno oryginalnej formuły języka poetyckiego, który wiele brał z tradycji, ale też niósł wiele nowych treści. To była broń i zbroja chroniąca go przed natrętnymi krytykami, ale też ów język poetycki rodził bunt u pisujących o poezji. Szczególnie ci mniej wrażliwi, nie rozumiejąc odsądzali wiersze Bruna od czci i wiary. Zachowały się na to dowody w korespondencji. Pisał poeta do Janusza Żernickiego w kwietniu 1968 roku: W ostatnim numerze „Kultury” jest recenzja z mojego tomiku – „Wiersze z Lascaux”, pióra (?) Jarosława Markiewicza. Wydawałoby się, że teraz zacznę wiedzieć, co u mnie piszczy. Dowiedziałem się jednak, że Markiewicz wcale się nie zna na poezji. Takie bzdury wypisywać, np. „w słowie »łąkokosy« ukrytych jest kilka czasowników potrzebnych do opisania sianokosów”. Mowa potem                 o naiwności (…). Przykłady wziął – omawiając – nie najlepsze (z wierszy napisanych przeze mnie w latach 59-60). A już w ogóle pomyliło mu się, gdy sądzi, „że niektóre pomysły słowne niczemu nie służą (jakie, które, ile?) w tych wierszach, zdradzają jakiś manieryzm, podpatrzenia u Stachury…”. Gówniarz! Byłem swego czasu u Steda w Warszawie: był on         i J. Szatkowski (…). I tam się wywiązała ostra dyskusja, w której Markiewicza zmieszałem nawet nie wiem z czym, ale niedobrze się o nim wyraziłem (zły poeta, oprócz kilku linijek). Sted także był wkurwiony, bo krytykowałem Jego większość wierszy z cyklu „Przystępuję do ciebie”. Tak, poezja Bruna jest niewygodna dla krytyka. Gdy ma on już jakąś jej wizję i jakiś pomysł interpretacyjny, jednym wierszem, jedną frazą przewraca wszystko do góry nogami, zwodzi i mami.

 

 

Ziemia jałowa. Śmietnisko.

 

 

Pierwsze opublikowane wiersze Bruna opisywały świat – były próbą rekonstrukcji          w słowie przestrzeni przyswajanych i odrzucanych. Sporo w tych penetracjach było polskiej prowincjonalnej bylejakości, sporo brudu, fekaliów. Poeta jakby przysiadał przy płocie rozpadającego się domostwa i notował w wierszach kolejne, atakujące jego świadomość, rekwizyty owego rozpadu. Miały one dla niego walor symboliczny, ale też były ironicznym memento nad światem. To jakby poetycka proza z metaforyczną pointą: Zdechł pies/ Nie ostudził dnia/ Śmierć swą/ Na słońcu opala/ Drogę do wsi/ Rozdziera muzyka/ Zapitych gardeł/ W rowie jak kawał drewna/ Leży człowiek/ Z nożem pod łopatką/ Jemioła/ Jak magiczne oko/ Mruga/ Na czerwonym nożu/ Rozmodlił się kruk. Poeta tkwi w tej bylejakości       i pragnie ją zanegować poprzez oswojenie poszczególnych atrap, poprzez zaanektowanie          w wierszu kolejnych elementów śmietniska świata. Idzie przez jego rewiry i nie przestaje szukać odpowiedzi na pytanie o sens takiej egzystencji. Jego świadomość została zwichnięta przez monstrualne, nie kończące się wysypisko. To ziemia jałowa, pustynia i krajobraz księżycowy z postrzępionymi sztandarami czarnych drzew: (…) Las Cieni/ Ukrzyżowane kopce na skraju pokrzyw/ Tu kret połączył zdechłe z wzniosłym. Cała poezja Bruna stara się łączyć zdechłe z wzniosłym – pragnie opisywać pogranicza, terytoria niechętnie poddawane poetyckiej eksploracji. Autor Poboków idzie jednak śmiało przez te padoły, bo wie, że tylko tam znajdzie prawdę o człowieku. Tego rodzaju postawa wymaga żelaznej konsekwencji i on ją miał.

 

 

Język. Bunt. Kontrkultura.

 

 

Nie zważając na krytyków, nie przejmując się powierzchownymi sądami szedł coraz dalej i dalej swoją drogą. Denerwował i drażnił, prowokował i wypełniał semantyczne luki  – walczył na swój sposób z oporem świata i ludzi. Klasyfikował zdarzenia, fakty, twarze i odcedzał  z nich poezję. Z czasem doszedł do takiej metaforycznej perfekcji, że do dzisiaj niewielu udało się zrozumieć do końca te wiersze. Był mistrzem skrótu i neologizmu – chcąc opisywać śmietnisko świata, zbierał w pamięci słowa zapomniane i niechciane, chuligański slang i mowę potoczną, brał źródłosłowy z gwary środowiskowej i specyfiki języka lokalnego, mieszał przedrostki i zamieniał przyrostki, wstawiał w słowa własne „plomby”. Tak kształtował indywidualny wyraz języka, tak ów język konstruował. Wiedział, że: Typ charakteru człowieka określa właśnie język! Człowieka widać w mowie. Mając na uwadze język – pisał w manifeście pt. Równoramiennimyślę oczywiście o tym… najpolskim! A gdzie, jeśli nie w poezji, powinno się go szukać! Rację ma Krzysztof Nowicki, gdy pisze, że poezja możliwa jest dopóty, dopóki autor jest wrażliwy na język. (…) autor wie, że aby „zsłowieć siebie”, potrzeba stałego napięcia między słowami. Aktywność polega na pamiętaniu lub odkrywaniu pierwotnych znaczeń, na stałej grze między tym, co zakorzenione w języku, a tym co wynika z czytanej właśnie sytuacji lirycznej. Między tymi biegunami rozciąga się obszar wielu możliwych manipulacji i przekształceń, które prowadzą do nieoczekiwanych rezultatów. (…) Mamy przeto owe wszystkie grugle, grzdyle, szmermele, sąszory, gorgule, ostrygojady, skurwiele i gągoły. Obok zaadoptowane imiona własne ludzi i miejscowości. Bruno z pasją wiąże obce – zdawałoby się – sobie obszary i raduje go ich niespodziewane sąsiedztwo. Czasem, by tak rzec, wyciąga je wprost z kapelusza, by ukazać tekst w blasku dźwiękowej autonomii. Trafne są te uwagi, szczególnie odnoszące tę lirykę do gier dadaistycznych, dwa jednakże określenia w diagnozie Nowickiego nie przystają do poezji Bruna, albo mogą być opacznie rozumiane – „manipulacja” i „adopcja”. Poeta nie manipuluje – raczej eksperymentuje na języku, przemieszcza swobodnie sensy i znaczenia. Nie adoptuje też imion własnych, a raczej wyławia je z ogromnego uniwersum języka i traktuje później jak własne. Eksperymenty językowe Bruna zrodziły się z buntu, z niezgody i wewnętrznego rozedrgania. Sięgnijmy raz jeszcze do  jego listów – pisał on już w styczniu 1963 roku do Ireny Polakowskiej: Coraz bardziej w moim wnętrzu czuję bunt jakiś. Skąd on, po co, dlaczego? Nie wiem. Mogę zwariować. A zresztą tym nie warto się przejmować – wariatem gdybym był, o ile wzbogaciłbym wyobraźnię, no nie? A jak już komuś pisałem – nie mam nic do stracenia. Gdybym miał garb – byłby tylko on. A tak? Ireczko! Tu powinnaś dać mi po mordzie. W tej chwili. Co za myśli. Z takich myśli rodził się bunt przeciw rzeczywistości, rozszerzający się aż po sferę języka. Mało na razie krytycy pisali o kontrkulturowej stronie poezji poety  z Grudziądza. A przecież szedł on dalej w swojej niezgodzie od tych, których zwykle przy takiej okazji wymienia się jednym tchem.

 

 

Miłość. Erotyka embrionów.

 

 

Doskonale widać ów Milczewski sprzeciw podczas lektury wierszy erotycznych. Kobieta opisywana jest w nich jak najzagorzalszy wróg – obłaskawiony zaledwie na chwilę. Podmiot i przedmiot miłości zdają się jakimiś monstrualnymi embrionami, które nagle – w wielkim brzuchu świata – odkryły delikatność i czułość. Ale nawet wtedy – w refleksji poetyckiej – wraca perspektywa beznamiętnego opisu: Zapaliłem się – nie dziwota/ Tak siebie mieć i ją – zdrowaść/ Obnażoną od ud w podbiały srebrne/ W topolniaku słodkim a sprośnym/ Gdzie jurność w płótnach odartych z rąk/ A polubowność symboliczna: dzięcioł/ Z cierpką szyją ulizanym włosem/ Śniętą w luboniu pierwej i mchłonniej/ Teraz ja ją w deskach moszczę – św. Jury/ Wśród opłotków szczękatych po rozpuk – -/ W wądołach żylnych nawłociach mrówkach/ Z czołem w bieluń i kukułką w myślach/ Zobacz: mówię, mówię: zobacz -/ Wypadły ci usta – została końska podkowa. To jest opis miłości w duchu turpistycznym, to jest zapis umierania w trakcie spełnienia, po którym kobieta wraca do roli przeciwnika mężczyzny i nawet staje się obiektem zjadliwej ironii. Bruno lubował się w sarkastycznym opisywaniu ludzi i zdarzeń. Nie wahał się używać słów gorzkich, wulgarnych, wydobytych gdzieś z lamusa słowników. Tak rodziły się wiersze o przemijaniu i o niezgodzie na zastany porządek świata. Stabilizacja – choć do niej tęsknił przez całe życie – była dla niego morderstwem ducha, zabijała w nim niebieskiego włóczęgę i wtłaczała w przyciasny uniform codzienności. Dlatego nie wytrzymywał w jakichkolwiek usankcjonowanych związkach, dlatego zmieniał stale otoczenie i ludzi. Po rozstaniach, albo w chwili podjęcia takich decyzji pisał bolesne wiersze, w których „walił prawdę prosto z mostu”, jak choćby w tym chyba najbardziej znanym jego erotyku bez tytułu: Ty dla mnie jesteś taka umarła/ Leżysz obok zimna jak astra/ w oddechu cmentarz masz czy co/ Gdy warkniesz przez sen to puchacz/ Albo sowa w duszy ci na motorze siedzi/      A w oczach to ci chyba ciemno też/ Choć lampka przez słomę pełga i ja/ I głucho ci chyba gdyś plecami do mnie/ Bo gdy budzik koguta zapieje dzwonek poranka/ To skacze coś w tobie jak lęk bo serce to nie/ Co to za bliskość nasza daleka jak ręka/ Żonate a niezamężne to kochanie nasze/ Zgasłe przez przywiązanie kogo do czego po co/ Jesteś dla mnie taka umarła   i już/ Tylko ziąb i ogień gdy ci naraz strzelą w pysk/ Mogą w ścianach naszych rozhulać ameny na pacierzach/ Że przebudzenie będzie dla mnie wieczne/ Jakeś żywa. To jest dramatyczny opis zaniku uczuć, opis egzystencji bez miłości – w tym sarkazmie jest zarazem żałobne wołanie o ratunek. Poeta nie potrafi dłużej oszukiwać, musi zerwać wszystko i ruszyć na szlak. Musi odreagować doznane cierpienia w koleżeńskim gronie. Pojawiają się wtedy charakterystyczne rekwizyty owego męskiego – choć nie homoseksualnego – zauroczenia; papierosy, piwo, wódka, niekończące się balangi i tanie kurewki: Kochałem kurwiszcze – moja wina/ Kurwiszcze kochało mnie – moja wina/ Kupiłem pieniądz – i odkochało się:/ Głupiomądrze – bez: skurwysyna! Ten świat z czasem także zostanie odrzucony i pojawi się smutna refleksja, jak w ostatnim – napisanym w dniu śmierci – liście do Piotra Müldnera-Nieckowskiego: Gdzieś tu jestem i nie wiem gdzie, raczej chyba jakoś się wydaje – Toruń? (…) Nie chce mi się już żyć – słyszysz? To powtórz za mną i nie powtarzaj nikomu. Jedziemy – na rzęsach – do chyba nieba z licznymi poetami. (…) Dużo wsi po drodze, a plecak chudy jak nogawica, w spodniach wisi, bo go nie ma.

 

 

Woda. Śmierć.

Powoli świat Ryszarda Milczewskiego-Bruna kurczył się do wymiarów podróżnego plecaka. Powoli odchodził od niego. To tak jakby rzeczywistość odklejała się powoli od świadomości, a do myśli   w p ł y w a ć   zaczynały obrazy rodem ze zgubionego gdzieś, kiedyś snu: Rozdwojona jaźń – od morza – skąd?/ Tak, że ja tu: dno a ty tam: hel/ (…)/Rozdwojona jaźń – w zatoce – jaka? To zdumiewające, ale jedną z częściej pojawiających się metafor w tej poezji jest właśnie w o d a. To tak jakby poeta w aktywnym akcie twórczym przeczuwał gdzie zakończy się jego ziemska wędrówka. Jakby buntował się nieświadomie przeciwko obrazowi topielca leżącego w głębinie na dnie jeziora. Wiele słyszało się bzdur na temat tej śmierci, bezpośrednio po tragedii i w latach późniejszych. Zacytujmy zatem fragment z Listu Janusza Kryszaka do Jerzego Szatkowskiego. Relacja bezpośredniego uczestnika zdarzeń, gwarantuje rzetelność przekazu: Wyjechaliśmy z Torunia rano do Nowej Wsi Szlacheckiej, gdzie znajduje się ośrodek „Almaturu”. W autobusie Bruno przysiadł się do mnie i była to jego ostatnia, najdłuższa rozmowa, niespodziewanie poważna i szczera. Mówił mi o swoich planach, zmęczeniu wędrówkami, o potrzebie osiedlenia. Pytał też, czy nie zechciałbym napisać wstępu do Jego wyboru wierszy w LSW (Bibl. Poetów), bo – co dla mnie było niespodzianką – ma duże zaufanie do tego co piszę o poezji. Gdy przyjechaliśmy na miejsce, poszliśmy we trójkę, tzn. Bruno, ja i Leszin-Koperski, do sklepiku kupić wino; Bruno był zupełnie trzeźwy, w geście nagłego przypływu humoru kupił mi w prezencie gałkę muszkatołową (mam ją do dzisiaj w biurku), a dzieciom znajdującym się w sklepie cukierki. Stąd poszliśmy nad jezioro – nie ma ono chyba swojej nazwy, a przynajmniej nikt nie umiał mi jej powiedzieć. Tu Bruno stwierdził, że musi się wykąpać, a niestety nie zareagował na moje ostrzeżenia by zaniechał pomysłu. Wszedł do wody ( w skarpetkach, bo jak powiedział – nie chce się przeziębić), trochę popływał i nagle krzyknął: „chłopaki, nie mogę”, w tym też momencie poszedł nagle na dno. Więcej już nie wypłynął. W tym miejscu była głębia kilkunastometrowa, o nurkowaniu nie było mowy, wszystkie próby okazały się daremne, bo nie można zejść na taką głębokość. Była godzina 13.00. Zwłoki wyłowił rybak. Siedziałem potem    z Januszem Żernickim, Jurkiem Rochowiakiem przy jego ciele leżącym na brzegu przez wiele godzin, słońce paliło niemiłosiernie i wkoło wrzeszczały jak opętane jakieś ptaki. Janusz mówił, że to słowiki. Być może. Przed wieczorem przenieśliśmy Bruna na drzwiach do łazienki w pałacyku. Dopiero w nocy przyjechał samochód i zwłoki przewieziono do Grudziądza. Być może poblaskiem przyszłych zdarzeń były słowa z jednego z wierszy: Kręgi na wodzie               w głowie kręgi czarne/ (…) się rozmieniam na liście i fale i druty – –. Być może były takim poblaskiem inne wersy: i wypłynąłem na bezdenne usta/ -ja/ żeglarz bez steru/ (moją głową/ moimi ustami)/ i płynąłem, płynąłem/ koło przylądka Zadartego Nosa/ i depresji Niebieskich Ócz/ płynąłem gnany wiatrem/ twoich palców. Poeta zawsze podchodził do wody z jakąś dziwną atencją – sakralizował ją, ale też traktował jak coś zwyczajnego, nieomal jak kompana: O, wodo wodeńko – rozmokłem w oczach/ Tyle soli że boli i cieknie; czuł czasem jakby miał  Nogi w wirach – ręce w ptakach. W powieści pt. Jak już, to już znajdziemy znamienny fragment: Co za widok! Woda Jaka! Jakiś poetnik to by na pewno jakąś metaforką sypnął (…) A tu brak słów! Oczy nie nadążają. Serce rośnie, że aż boli… O kordelasie! – gdzież teraz… Kilku łowi ryby. Dwie pary płyną łódkami. Cisza. Jedynie od czasu do czasu perkoz klaśnie        o wodę. (…) dzisiaj przy księżycu to się na golasa do jeziora rzucę…

Często też projektował Bruno w przestrzeń ewokacje jakiegoś straszliwego, eternalnego, zaśmieconego odpadkami  d n a:  Z perspektywy góry dno rzeki/ Widzę (…);  a widział jak Sztylety drzew – cieniem – leżą na dnie; generował skądś dokądś, z biblijnym nieomal zaśpiewem: I jadowita musi być im moja ręka/ Którą wypisuję na płocie: DNO/ (…)    w czasie przechyłów ciał/ W ustach klar – trumna i żwir. W takim ujęciu świat jest wielkim brudnym akwenem, wszystko w nim wodniste, wszystko wkorzenione w żywioł, wszystko przelewające się przez palce. W takiej rzeczywistości poeta przysiada  Nad wodą przy trzcinach; w takim wodnym świecie rekinem/ przepłynął tramwaj; w takich samotniach               i uroczyskach najlepiej poruszać się wpław, zresztą życie tam jawi się jako pływanie pośród nocy: jeszcze dziś płynę tą nocą/ tylko sam. W tych akwatycznych odległościach i bliskościach jedyną śmiercią, która ma sens jest śmierć w głębinach. I nie ma co na nią czekać, trzeba jej wychodzić naprzeciw, chociaż owe wychodzenie może okazać się też symboliczną grą: Chcieliśmy – we dwoje – skoczyć do Wisły:/ z mostu – Tam gdzie 834 kilometr rzeki – -/ (…)/ Rzuciliśmy do wody – symbolicznie – pamiętasz?:/ Ty: szalik – ja: beret – –. Woda powoli wypełniać zaczyna wyobraźnię poety, jak zapowiedź posępnych chwil pojawiły się w jego świadomości ironiczne śpiewogry z wodą na pierwszym planie i zarazem w tle: Ten przypływ znaczy: koniec/ Nie udało mi się zostać milczkiem/ Kamienie po mnie i obsrany oset/ Żadnego słowa na odczepne/ A był gdzieś kiedyś piorun/ Na dnie dorsz na widelcu – -/ Nie becz: krwi nie utoczy łza/ Daj kapsel topielcom. Poeta nie może uwolnić się od obsesyjnych obrazów – z czasem też zaczyna mówić o sobie stosując formułę czasu przeszłego: i tonąłem gdzieś/  przy zielonym brzegu, a słowa te, nawet jeśli były wkalkulowane w męską potyczkę z nieuchronnym, nawet jeśli były pozą, nabrały dzisiaj tragicznej, eschatologicznej głębi.

 

 

 

*

 

 

 

Był poetą wrażliwym, może jednym z najwrażliwszych we współczesnej poezji polskiej. Szedł konsekwentnie i nie bał się konfrontacji z ostatecznością. Wędrował, bo miał duszę wagabundy, a we krwi stały procent w o d y. Był dobry, rozdawał cukierki dzieciom, myślał       z czułością o synu, wiedział co to męska przyjaźń. Coś z jego duszy zostało w listach, coś         w powieści, coś  w wierszu- piosence:

 

Gdzieś w nas błyszczą gwiazdy poezji

Gdzieś w nas niosą krzyże Polonii

Gdzieś w nas kwilą buty północy

Gdzieś w nas kłują włócznie cmentarzy

 

(…)

 

Gdzieś w nas Tańczą stróżów strachy

Gdzieś w nas jadą bogowie wolni

Gdzieś w nas piją wodzowie klęski

Gdzieś w nas śpią ludzie niezłomni

 

 

 

1997

 

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko