Marek Wawrzkiewicz – Miłosz

0
15

Marek Wawrzkiewicz

Miłosz

Filip WrocławskiNie mogę się pochwalić znajomością z Poetą. Zetknąłem się z nim ledwie dwa razy i to zawsze jako część tłumu. Ale mimo to mam chyba prawo sądzić, że moja znajomość z nim jest bardzo długa.

Jako nieletnie pachole znalazłem w domowej bibliotece stare numery „Twórczości”, a w jednym z nich „Traktat moralny” Czesława Miłosza. Niewiele z tego zrozumiałem.

Nie wiedziałem kto to jest klerk i podejrzewałem, że to odmiana kleryka. Nie wiedziałem dlaczego Heidelberg cierpiał na czkawkę („ Pośmiertna czkawka Heidelbergu, pociecha zrozpaczonych klerków”),  gdzie leżą Toarmina i Triest. Ale mimo to czytałem ten poemat z zachwytem – do tej pory znam na pamięć całe obszerne fragmenty – i zmusił mnie on do uzupełnienia mizernej młodzieńczej wiedzy: aby zrozumieć „Traktat” przeczytałem wiele książek. Potem już z większym zrozumieniem cytowałem:

 

Więc tak się moja rzecz zaczyna:

Potrzebna tobie dyscyplina

Eliminacji. Na teorie

Racz spojrzeć grzecznie i pokornie…

Nie wiem, czy dokładnie tak to napisano, nie zaglądam do tekstu. Tak jest to zapisane w mojej pamięci. „Traktat moralny” i wiele innych wierszy Poety.

W jakiejś łódzkiej bibliotece zakładowej wyciągnąłem z półki zakurzony tom „Ocalenie”. Karta wypożyczeń książki była dziewiczo czysta. Bez wahania wsadziłem książkę za pasek spodni i zapiąłem marynarkę. Nie wstydzę się tego złodziejstwa. Byłem jedynym czytelnikiem tego egzemplarza, ale za to ile razy go przeczytałem!

Należę do licznej grupy czytelników, którzy mają wielki sentyment do wczesnych wierszy Czesława Miłosza – tych, które tak łatwo trafiają do serca i zapadają w pamięć.

Gdzieś około roku 1970 napisałem wiersz pomieszczony potem w tomie „Przed sobą” (Czytelnik, 1973). Chcę go przytoczyć nie tylko dlatego, że jest zainspirowany wczesną twórczością Miłosza.

Czułość

(niby „Poema naiwne”)

To znaczy tylko – pisanie po skórze,

Nad krwi ogniskiem, które z wolna gaśnie.

To znaczy tylko – czekanie nieduże,

Nim się zapali utajona jasność.

A bez niej tylko – i krążyć i błądzić,

Pytać bez słowa, bo nadzieja mała,

A przecież bez niej – jak drewniany pątnik –

Do prostych modłów w piaszczystych rozstajach.

I na dróg troje i na cztery wiatry –

Nim się dowlecze litościwe echo.

Pisać – to pytać, nawet o ostatnie

Wyrazy, które przybiegną z daleka.

Bo to nic więcej – pisanie po skórze –

Nim dotyk zwiędnie, nim się krew skamieni.

Bo to nic więcej – czekanie zbyt duże,

Aby nie wierzyć w to, że wszystko zmieni.

Teraz, po latach wiem już, że niezbyt wierny w tym wierszu (nigdy go już potem nie publikowałem) byłem poetyce Miłosza, a już na pewno nie uzyskałem jego prostoty i klarowności. Ale byłem twórczością tego miłoszowskiego okresu zauroczony i zafascynowany. Podtytuł wskazywał źródło inspiracji. Ale dlaczego nie napisałem wprost: według „Poem naiwnych” Czesława Miłosza?

To nazwisko w tym czasie było niecenzuralne. Bardzo rzadko pojawiało się nawet  w opracowaniach krytycznych. Ich autorzy stosowali różne wybiegi: posługiwali się inicjałami poety, albo pisali: jak sądzi autor „Traktatu poetyckiego”… I wszyscy wszystko wiedzieli. Cenzorzy zresztą również…

Nieobecny – a jednak obecny. Tak było przez długie lata. Docierał wtedy do nas inny Miłosz, nie ten z „Trzech zim” i „Ocalenia”. Inny i ważny ze zgoła odmiennych powodów.

Zanim ukazały się pierwsze antologie poezji angielskiej i amerykańskiej, zanim po raz pierwszy wydano Eliota, tę wielką, wywierającą na nas ogromny wpływ poezje przybliżał nam Czesław Miłosz. Nie tylko przez swoje przekłady. Również przez swoje nowe wiersze utrzymane w  zupełnie innej poetyce, w której wykorzystywał doświadczenia i osiągnięcia artystyczne poezji anglojęzycznej. Od Miłosza – w wielkiej mierze – zaczęła się nowa polska poezja. Poezja intelektualnego przeżycia, filozoficznej refleksji nad historią i ludzką kondycją.

Nagroda Nobla dla Miłosza wcale nie była tak wielkim zaskoczeniem jak się to teraz sądzi. Była faktem niemal oczywistym – przynajmniej dla nas.

Opowiadał mi Wacław Sadkowski, że w czasach, kiedy szefował „Literaturze na świecie” gościli w jego redakcji dwaj pisarze francuscy. Wacek dostał telefon o nagrodzie i zakomunikował tę wieść swoim gościom  „Ach tak – powiedzieli – znamy, znamy, Oskar Milosz…” Francuzi znali bowiem tylko tamtego poetę i tłumacza.

W tym samym czasie porażony swoją niewielką wiedzą o Poecie poszedłem do biblioteki Domu Literatury, aby się trochę dokształcić. Wziąłem „Dolinę Issy” wydaną przez Instytut Literacki – nasza biblioteka dysponowała pewna ilością prohibitów, gdzie indziej niedostępnych. Ta książka była rozcięta do 16 strony. Wywnioskowałem z tego, że albo każdy polski pisarz ma w swoich zbiorach dzieła wszystkie Miłosza, albo  że jego uwielbienie nowego Noblisty jest pozorowane.

.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko